Najpierw była pasja odkrywania możliwości. Pierwszą świadomie odkrytą było czytanie. Pamiętam doskonale: kiedyś wszedłem na drzewo i kiedy z niego zszedłem, umiałem czytać (oczywiście nie wejście na drzewo o tym zdecydowało). Pamiętam tytuł: „Kiddi, dziecię obozu”. Samej książki już nie za bardzo. Miałem wtedy sześć, może siedem lat.
Po latach i wydarzeniach, które nie należą do tematu, zostałem księdzem. A potem zacząłem pracować w „Tygodniku Powszechnym” i do czytania doszło pisanie. Moim mistrzem był niezrównany Tadeusz Żychiewicz, autor „Poczty ojca Malachiasza”. Zaczęło się od odpisywania na kierowane do niego listy czytelników: Tadeusz czytał wszystkie moje odpowiedzi, korygował, skreślał, dopisywał, dyskutował ze mną: jednym słowem przeszedłem wtedy prawdziwą szkołę. W miarę czasu pisałem coraz więcej, czasem znacznie więcej (Boże odpuść), niż miałem ochotę. Taki zawód.
Po chorobie pisanie przychodziło mi z trudem
To nie jest zresztą szczególnie interesujące. Interesujące się zaczęło, kiedy (już dobrze po osiemdziesiątce) zachorowałem i nie mogłem pisać. A potem, po trochu, znów mogłem. „Tygodnik” zapraszał, drukował, ale już nie było tak jak dawniej. Mniejsza o szczegóły, ale byłem inny. Inaczej myślałem, inaczej patrzyłem na świat. Stopniowo uczyłem się tego nowego sposobu istnienia. Dzięki terapiom nauczyłem się ukrywać niedostatki mózgownicy, ale pisanie przychodziło mi z trudem. Czekałem, aż koledzy powiedzą mi, żebym przestał. Nie powiedzieli.
Piszę więc co tydzień ten niewielki tekst, rodzaj edytorialu. Człowiek, niby krytyczny wobec siebie, myśli, że to jest coś warte. Wiem, że nie mam narzędzi, by to oceniać, jednak piszę te teksty i co gorsza: nie wyobrażam sobie, żebym ich nie pisał. Smutne jest to, że napisanie większego tekstu chyba przekracza moje możliwości. „Chyba” wynika z tego, że nawet nie próbowałem. A tekst na początku numeru musi zainteresować (czasem potencjalnego) czytelnika.
Zwykle się dowiaduję wcześniej, o czym powinien być ten tekścik, i potem rozmyślam, co mam napisać. Rozmyślam, czasem coś czytam w związku z sugerowanym tematem i wreszcie piszę. Nigdy nie wiem, czy tekst pójdzie, czy nie. Ale myślę, że dobry jest taki stan niewiedzy i cotygodniowe czekanie. Na pewno lepszy niż stan niezachwianej pewności siebie.
Straszenie redaktorów po nocach
Nie należy z tego wnosić, że człowiek po wylewie kompletnie zgłupiał. Fakt: są zmiany, pamięć nie taka, jak za młodu, zdarzają się nawet jakieś słowa, a nawet wydarzenia kompletnie zapomniane, jednak myśl nadal działa, nawet może przenikliwiej niż kiedyś, a pamięć nie została całkiem wyczyszczona, świat się nadal widzi, nadal wyciąga się wnioski.
Wdzięczny jestem za to miejsce w „Tygodniku”, za miejsce we wszechświecie. To więcej niż jakiekolwiek zapewnienia. Wiem, że kiedyś zniknę, a życie będzie szło naprzód. Wiem nawet i to, że nie będzie mnie nazbyt brakowało. To jest normalne. Ale i tak mam zamiar straszyć redaktorów po nocach. Wszystko po to, żeby „Tygodnik” trwał i zdobywał rzesze kolejnych czytelników.
Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!
Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.
Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.
Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















