Stare prawa wojny

Oglądając film Michaela Winterbottoma, zaczynamy zastanawiać się, ilu spośród setek więźniów obozu w Guantanamo mogło znaleźć się tam przez przypadek: z powodu błędu, zaniedbania, donosu, dla poprawienia statystyk...
Czyta się kilka minut
Kadr z "Drogi do Guantanamo" Winterbottoma /
Kadr z "Drogi do Guantanamo" Winterbottoma /

"Droga z Guantanamo" - tak mógłby nazywać się film o dalszych losach Shafiqa, Asifa i Ruhela, którzy dwa lata spędzili w niesławnym amerykańskim więzieniu na Kubie, a dziś po wszystkich przejściach są zupełnie innymi ludźmi. Byłby to prawdopodobnie film jeszcze ciekawszy niż wchodzący właśnie na nasze ekrany głośny tytuł.

Brytyjski reżyser Michael Winterbottom zrekonstruował w "Drodze do Guantanamo" losy tak zwanej trójki z Tipton, miasta niedaleko Birmingham. Z filmu dowiadujemy się więc, jak to młodzi Brytyjczycy pakistańskiego pochodzenia przylatują do kraju przodków, gdzie jeden z nich, Asif, ma właśnie pojąć za żonę nieznaną kuzynkę. Jak po drodze trafiają do meczetu w Karaczi, gdzie dowiadują się, że ich afgańscy sąsiedzi i bracia w wierze znajdują się w przededniu straszliwej wojny. A w końcu, jak kierowani nieznanym bliżej impulsem postanawiają przekroczyć granicę z Afganistanem, gdzie właśnie rozpętało się istne piekło. Asif, Shafiq i Ruhel szybko trafiają w ręce żołnierzy Sojuszu Północnego. Jest rok 2001. Minęło zaledwie kilka tygodni od ataku terrorystów na World Trade Center.

Dziś po kilku latach słuchamy opowieści o koszmarze, jaki przyszło przeżyć chłopcom z Tipton. Fabularyzowane materiały z udziałem aktorów przetykane są wypowiedziami, jakich przed kamerą Winterbottoma udzielili autentyczni bohaterowie tamtych zdarzeń. Dziś nie przypominają w niczym beztroskich młodzieńców. Noszą źle kojarzące się długie brody, wspominają o umocnieniu swojej wiary - widać, że każdy z nich nosi w sobie nieusuwalną skazę. Nasze współczucie miesza się niebezpiecznie z jakimś irracjonalnym lękiem. Ofiary patrzą na nas, działając niczym żywy wyrzut sumienia. W ten sposób film sugeruje nam wyraźnie, że dopiero doświadczenia z obozu w Guantanamo mogły uczynić z Shafiqa, Asifa i Ruhela prawdziwie niebezpiecznych religijnych radykałów.

Spontaniczna decyzja o wyjeździe do kraju talibów w tak krytycznym momencie ma w filmie Winterbottoma i Whitecrossa dosyć mętną motywację. Czy bohaterom chodziło zwyczajnie o udzielenie humanitarnej pomocy? A może tylko o podszyte ciekawością pragnienie przeżycia męskiej przygody? W jakim stopniu wpłynął na tę decyzję religijny nakaz, który usłyszeli w kazaniu pakistańskiego imama? Ten brak jednoznacznej motywacji natchnie zwątpieniem niejednego widza przekonanego o słuszności filmu, a sceptyka jeszcze bardziej utwierdzi w podejrzeniach. Trudno uwierzyć w domniemaną niewinność bohaterów, o których nic prawie nie wiemy, nie znamy ich wewnętrznego świata ani środowiska, z którego wyrośli. Musimy przyjąć na wiarę przekonanie twórców filmu o tym, że bohaterowie mieli w swoim młodym życiu wyjątkowego pecha. Albowiem jedno jest pewne: na swoją eskapadę młodzi muzułmanie z Tipton wybrali wyjątkowo niefortunne miejsce i czas.

Winterbottom, twórca szczerze zatroskany problemem "zderzenia cywilizacji", dał już temu wyraz w filmie "Na tym świecie", zwycięzcy Berlinale sprzed 5 lat, który nigdy nie doczekał się dystrybucji w Polsce (podobnie zresztą jak brawurowy "A Cock and Bull Story" według "Tristrama Shandy'ego" Sterne'a). Dlatego trudno nie wierzyć temu akurat twórcy w zacność jego intencji. Trudno przejść obojętnie, kiedy pokazuje horror przeżywany każdego dnia przez więźniów obozu Guantanamo - skrępowanych, żyjących w ciasnych metalowych klatkach, z ogolonymi głowami przypiekanymi przez bezlitosne kubańskie słońce. Trudno nie oburzyć się na stosowane przez Amerykanów metody zmierzające do całkowitej izolacji więźnia od świata: zakaz kontaktu z prawnikiem, rodziną, nawet kolegą z sąsiedniej celi. Film nie oszczędzi nam także iście kafkowskich przesłuchań, podczas których zredukowany do numeru więzień może czuć się winny już z racji samego urodzenia i mieć pewność, że każdy dowód zawsze przemówi na jego niekorzyść. Będziemy też świadkami gwałcących konwencję genewską tortur, opisywanych ongiś przez prasę, takich jak bicie, szczucie psami czy katowanie przez wiele godzin heavy metalową muzyką puszczoną na cały regulator.

Abstrahując od faktu, czy Asif i jego kompani rzeczywiście byli członkami Al-Kaidy, co tępo usiłują im wmówić przesłuchujący, dotykamy za sprawą filmu Winterbottoma drażliwego problemu. Zaczynamy zastanawiać się, ilu spośród setek więźniów obozu w Guantanamo mogło znaleźć się tam przez przypadek: z powodu błędu, zaniedbania, donosu, dla poprawienia statystyk... Wielu z nich tkwi tam po dziś dzień. Nasuwa się jeszcze jedno pytanie: czy rzeczywiście przejęcie bezwzględnych metod wroga daje nam nad nim skuteczną przewagę? Sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld w jednej z wypełniających film kronikarskich migawek mówi coś o humanitarnym traktowaniu, o zachodnich standardach, ale też o specyfice wroga w dobie wojny z terroryzmem. George W. Bush w otwierającym film telewizyjnym materiale wyraża niezachwianą pewność, że wszyscy więźniowie Guantanamo są "złymi ludźmi". Oto gdzieś na szczycie ustanowiono "nowe prawa wojny" - jak głosił podtytuł pokazywanego również w polskich kinach szwedzkiego dokumentu Erica Gandiniego i Tarika Saleha, dociekającego prawdy o traktowaniu więźniów GITMO (tak nazywa się w wojskowym żargonie więzienie w Guantanamo). W imię tych praw przestaje liczyć się nie tylko ludzkie życie, godność, ustanowione w naszym kręgu kultury zasady, ale też i prawda. Można ją dowolnie urabiać w oparciu o wspomniane "nowe" - choć przecież stare jak świat - prawa wojenne.

Film Winterbottoma, z każdą minutą coraz bardziej przygniatający, skonstruowany został według reguł dość ryzykownej poetyki. Amerykanie nazywają to docudramą, czyli inscenizowanym dokumentem, w tym przypadku inkrustowanym autentycznymi archiwaliami i wspomnianymi już wypowiedziami autentycznych osób dramatu. Wyczuwa się w tej kombinacji żywy reporterski nerw (temperaturę miejsc, prawie namacalne osaczenia bohaterów), a jednocześnie pewien perswazyjny wysiłek. Sceny fabularyzowane mają dramaturgię napiętą do granic, wziętą jakby żywcem z kina sensacyjnego.

***

Winterbottom nie ukrywa swojego celu: chce, abyśmy przejęli punkt widzenia bohaterów, przeżyli na własnej skórze ten sam koszmar. Proponuje więc wersję skrajnie subiektywną - z którą możemy do woli polemizować - ale która nie zwalnia nas z dostrzegania haniebnych nadużyć, dokonujących się każdego dnia, a często też w naszym imieniu i w imię tak zwanych najwyższych wartości.

"DROGA DO GUANTANAMO" ("Road to Guantanamo") - scen. i reż.: Michael Winterbottom (współpr.: Mat Whitecross), zdj.: Marcel Zyskind, muz.: Harry Escott, Molly Nyman, wyst.: Riz Ahmed, Farhad Harun, Waqar Siddiqui, Afran Usman, Shahid Iqbal i inni. Prod.: Wielka Brytania 2006. Dystryb.: Kino Świat.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2007