Woody Allen każdym swoim filmem musi zdawać test na zawartość Woody’ego w Allenie. A jest to egzamin o tyle trudny, że widownia już dawno podzieliła się na dwie odrębne komisje: pierwsza domaga się wypełnienia szeroko pojętej formuły „filmu allenowskiego”, podczas gdy druga oczekuje, że twórca „Annie Hall” odważy się w końcu z tej formuły wyłamać. Jedno jest pewne: cokolwiek by zrobił, Allen zawsze ryzykuje, że któryś z egzaminów obleje. Kiedy w latach 80. wyznawał swoją miłość do Bergmana, realizując serię poważnych dramatów psychologicznych, jak „Wrzesień” czy „Inna kobieta”, poczytano mu to nieomal za zdradę. Kiedy dwie dekady później zafundował sobie filmową objazdówkę po europejskich miastach magicznych, zarzucano mu bezwstydne odcinanie kuponów.
Najzdrowiej byłoby wyzbyć się wreszcie jakichkolwiek oczekiwań. Reżyser, który ma w swojej filmografii prawie pół setki tytułów, w lwiej części udanych, może sobie pozwolić zarówno na bezpieczną przewidywalność, jak i na beztroską nieprzewidywalność. Najnowszy jego film „Blue Jasmine” wprowadza do tego podziału pewne zamieszanie: oto Allen niby taki sam, ale inny. Znów amerykański, choć już nie nowojorski. Komediowy, ale i tragiczny.
MARTINI Z ANTYDEPRESANTAMI
Jeśli ktoś w tym przypadku może pogodzić zwolenników i przeciwników płodozmianowej taktyki reżysera, to z pewnością będzie to grająca główną rolę Cate Blanchett. W „Blue Jasmine” wciela się w tytułową postać zdegradowanej burżujki z Manhattanu, która opuszcza Nowy Jork, by zacząć nowe życie na Zachodnim Wybrzeżu. Jej portret nosi z początku wszelkie cechy społecznej satyry: ubrana w krzykliwie markowe stroje przypomina „kobiety pistolety” z piosenki Marii Peszek („są kobiety bezzmarszczkowe / fit kobiety luksusowe / pielęgnacji wciąż oddane / z samych siebie odessane”). Zdradzana przez męża biznesmena (Alec Baldwin), a wreszcie pozbawiona środków do życia, kiedy małżonek trafia do więzienia za potężne malwersacje, ciągle szykowna Jasmine odwiedza w San Francisco dawno niewidzianą siostrę Ginger.
Przy tej okazji Allen zderza ze sobą dwie Ameryki: finansowych elit, wiodących życie próżne i próżniacze oraz zwykłych ludzi harujących w supermarketach i wieszających na ścianach niegustowne makatki. Osią intrygi są próby przystosowania się bohaterki do tego drugiego świata. Teraz Jasmine musi na powrót stać się Jeanette – takie jest jej prawdziwe imię z czasów, kiedy nie nosiła jeszcze żakietów od Chanel. Niedawna członkini nowojorskiej socjety musi nauczyć się zarabiać na utrzymanie, poznać smak mniej wyszukanych potraw i towarzystwo mniej wyrafinowanych ludzi. Ale Jasmine nie zamierza rezygnować z luksusowych ambicji. Wspomagając się hojnie antydepresantami i martini, podtrzymuje dawny wizerunek i marzy o kolejnym księciu z bajki.
CUDZYSŁÓW Z ZAWIJASEM
Jakże daleko jej do innych Allenowskich marzycielek – Cecilii z „Purpurowej róży z Kairu” czy tytułowej bohaterki „Alicji”. Bardziej przypomina Blanche DuBois z „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennessee Williamsa. Blanchett nadaje karykaturalnej postaci Jasmine rys prawdziwie tragiczny: osoby zafiksowanej w roli ofiary, nieuleczalnej mitomanki, żyjącej odklejonymi od rzeczywistości wyobrażeniami o sobie i o innych.
Allen poprzez skontrastowane postacie sióstr: snobistycznej, skrachowanej Jasmine i pospolitej, acz pogodnej Ginger (Brytyjka Sally Hawkins gra tu przedłużenie swojej roli z „Happy-go-lucky, czyli co nas uszczęśliwia” Mike’a Leigh), pokazuje okrucieństwo tego świata, który z grubsza został podzielony na nieudaczników i nielicznych zwycięzców, na geny „lepsze” i „gorsze”, choć z bliska wygląda to zupełnie inaczej. Jasmine reprezentuje właśnie owo taksujące spojrzenie, tak różne od poczciwego spojrzenia Ginger. Wszyscy bohaterowie filmu Allena odczuwają potrzebę jakiegoś nowego początku, cudownej odmiany losu, ale to właśnie skazana na sukces Jasmine karmi się tym mitem najżarłoczniej i na ślepo. W relacjach erotycznych reprezentuje typ określany jako kobieta-powój. „Wierzy, że kobieta może rozwinąć wszystkie swoje możliwości tylko u boku odpowiedniego faceta” – mówiła o swojej bohaterce sama Blanchett.
Odgrywając tak rozdzierająco dramat Jasmine w lekkim z pozoru filmie, aktorka wprowadza pewien dysonans. To na nim opiera się cała koncepcja najnowszej tragikomedii amerykańskiego reżysera, co wielu z pewnością poczyta mu za słabość. Zwłaszcza że serwuje nam Allen bardzo nieallenowskie zakończenie: tam, gdzie spodziewalibyśmy się cudownej przewrotki czy oczyszczającego śmiechu, następuje niepokojące zawieszenie akcji. Tym razem reżyser nie mruga do nas okiem na pożegnanie, nie zamyka cudzysłowu finezyjnym zawijasem. I właśnie tej niekonsekwencji wielu może mu nie wybaczyć. Ja upatruję w niej oryginalność „Blue Jasmine”.
„BLUE JASMINE” – scen. i reż. Woody Allen, zdj. Javier Aguirresarobe, wyst. Cate Blanchett, Alec Baldwin, Sally Hawkins, Peter Sarsgaard i inni. Prod. USA 2013. W kinach od 23 sierpnia 2013 r.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















