Reklama

Smutek, że dobro jest trudne

Smutek, że dobro jest trudne

29.01.2010
Czyta się kilka minut
Wielu ludzi zaangażowanych w tworzenie gwarancji dla PRL- -owskich elit broniło własnej przeszłości.
L

Lata 80. to jeden z najciemniejszych okresów naszej historii. Sposób, w jaki z niego wyszliśmy - przez kompromis Okrągłego Stołu czy choćby przez prezydenturę Jaruzelskiego - podpowiada tropy interpretacji tego, co było przedtem. I nie chodzi tu wyłącznie o ukryte i nieznane nam sprężyny historii. Raczej o to, kim byliśmy jako społeczeństwo poddane presji stanu wojennego i nieznośnie długiej "normalizacji" po jego formalnym zniesieniu.

Siedem lat, które dzielą datę wprowadzenia stanu wojennego od realnej liberalizacji jesienią 1988 r., to epoka w życiu społeczeństwa. To czas odebranych nadziei, szarej codzienności - tak różnej od tego, co działo się za "żelazną kurtyną". To triumf świata opartego na przemocy i kłamstwie, zwycięstwo mechanizmów łamania ludzi, wykorzystywania ich słabości, świadomego niszczenia naturalnych więzi. Z takiego okresu żadne społeczeństwo nie wychodzi bez szwanku.

Obok realizmu "geopolitycznego", który w latach 80. mógł prowadzić do poszukiwania jakiegoś modus vivendi z rządzącymi, w kolejnej dekadzie powstał trudniejszy do zaakceptowania realizm "wewnętrznego rachunku sił". Realizm uznający wpływy społeczne i realne zasoby postkomunistów po 1989 r. Uznający przetrwanie (w sensie społecznym) sporego odłamu opinii, ukształtowanego przez wydarzenia lat 80. - nie tylko propagandę, ale też osobiste doświadczenie.

Zapomniane miliony

Wiosną ubiegłego roku świętowaliśmy zwycięstwo z czerwca 1989 r., gdy 10 mln Polaków poparło kandydatów Solidarności (licząc najlepsze wyniki kandydatów do Senatu). Ale jakoś zapomnieliśmy, że równocześnie 7 mln Polaków głosowało wtedy inaczej: zapomnieliśmy o głosach oddanych poniekąd na Czesława Kiszczaka. Skądś wreszcie wzięło się 5,3 mln Polaków, którzy w 1990 r., w pierwszych wyborach prezydenckich, głosowali przeciw kandydatom Solidarności. Wreszcie - to nie suma błędów Solidarności była jedynym czynnikiem dwukrotnego zwycięstwa prezydenckiego Aleksandra Kwaśniewskiego.

Dekada, której symbolem jest Jaruzelski, oskarża nie tylko jego. Podłość tamtego okresu ma dziesiątki tysięcy sprawców: milicjantów i dyrektorów szkół, komisarzy w mundurach i donosicieli, partyjnych dygnitarzy i ludzi, którzy tworzyli propagandową osłonę działań władz. Tej zbiorowej podłości, której byliśmy świadkami lub ofiarami, nie da się rozliczyć. Każdy pewnie pamięta porządnych ludzi po "tamtej stronie". Ale nikt nie ma złudzeń, że była to większość.

Wielu tych porządnych wstydziło się swej przeszłości. Inni cynicznie zapomnieli o wszystkim w jeden wieczór. Właśnie ci ostatni do dziś pozostali "ludźmi Jaruzelskiego", funkcjonariuszami wyższej konieczności, usprawiedliwiającej zarówno ówczesną nikczemność, jak też późniejszą - po 1989 r. - brutalną walkę o przetrwanie na możliwie najlepszych warunkach. Przekłada się to też na szersze fakty społeczne. Dziesięć lat po 13 grudnia, 53 proc. respondentów OBOP uznawało decyzję Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego za słuszną, jednak 51 proc. badanych opowiadało się za jakąś formą kary (32 proc. za publicznym potępieniem, a 19 proc. za odpowiedzialnością przed sądem). Znów dziesięć lat później o słuszności mówiło nadal 49 proc., ale za ukaraniem opowiadało się już tylko 42 proc. Co ciekawe, w 25. rocznicę stanu wojennego oba wskaźniki wróciły na stary poziom.

Fatalistyczna warstwa historii

Wojna o ocenę stanu wojennego jest przegrana, choć w młodym pokoleniu grono adwokatów Jaruzelskiego jest już mniejsze. Szczęśliwie jeszcze mniejsza jest siła resentymentu, rozumianego w duchu Maxa Schelera: "smutku, wynikającego z tego, że dobro jest trudne", owocującego niechęcią do tych, którym wyrządziliśmy krzywdę. Zdarzało mi się w ostatnim 20-leciu spotykać ludzi żywiących niechęć do Solidarności jako do nieuzasadnionego społecznego pragnienia, które należało zdławić w imię jakiejś rozumności. I nie spotkałem tak silnych emocji negatywnych u tych, których internowano, którym zniszczono życie rodzinne.

Naiwnie mógłbym zadeklarować, że nie chcę podtrzymywać tamtego podziału. Ale on został podtrzymany mocą setek aktów politycznych i prawnych, mocą tysięcy tekstów i wypowiedzi. Historia ma swoją potoczność, swoje zwykłe "odczep się od generała" (rzucone przez Adama Michnika jednemu z moich rówieśników) i swoją głębszą warstwę: mechaniczną niemal logikę. To, co Stanisław Mackiewicz nazwał prawem wielkich liczb, a co wydaje się mechanizmem dziejów, działającym poza wolą jednostek. Lub ledwie za ich wiedzą.

Jaruzelski jest dla mnie postacią z tej fatalistycznej warstwy historii. Jest brudnoszarym cieniem, jaki rzucało na Polskę sowieckie imperium. Mało mnie interesują szczegóły tego cienia. Nie jest on tragicznym bohaterem, postacią dwuznaczną - tak mogę myśleć o Imre Nagyu czy pułkowniku Kuklińskim. Spodziewam się, że ludzka prawda o Wojciechu Jaruzelskim może być gorsza niż nasz dzisiejszy stan wiedzy. To, co wiemy o paranoi kremlowskich władców, nie pozwala być w tej sprawie optymistą. To nie był system, w którym najbardziej zaufany członek kierownictwa partii, w jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów satelickich, może być materiałem na męża stanu.

Strategia na nowe czasy

Postać Jaruzelskiego to nie dziedzictwo samowolnej dyktatury, jak w przypadku Franco, za którą kryje się dramatyczna decyzja wynikająca z jakiejś politycznej kalkulacji. I choć w systemie komunistycznym także sami władcy są w pewnym sensie jego ofiarami, to chyba mam w sobie za mało humanizmu, by wyciągać z tego zbyt daleko idące wnioski. Jeżeli - w wymiarze psychologicznym, we własnej wyobraźni - Jaruzelski lub Kiszczak wybrali jakieś mniejsze zło, to wybór ten był konsekwencją wyboru zła większego, jakiego dokonali wcześniej i jaki potwierdzili swoją służbą w poprzednich dziesięcioleciach.

Najpoważniejszy argument, jaki pada w obronie Wojciecha Jaruzelskiego, to zatem nie ten, który broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, ale ten, który wskazuje na pokojowe rozwiązanie konfliktu. Gdyby historia potoczyła się po myśli Jaruzelskiego i Kiszczaka, gdyby można przypuszczać, że ich kalkulacje miały na celu ewolucyjne przekazanie władzy - można by jeszcze z tego uczynić jakąś przekonującą doktrynę odkupienia uprzednich win.

Jednak nic na to nie wskazuje. Uruchomienie w końcu lat 80. strategii konfrontacji byłoby dla generałów samobójcze. Jakąś formę rozmów z opozycją podpowiadał im zwłaszcza międzynarodowy kontekst ich rządów. Próbowali inaczej, zwlekali, kluczyli. Aż doszli do wniosku, że pożądany efekt legitymizacyjny może nastąpić jedynie za cenę rozmów z Wałęsą. Co więcej: sami na siebie założyli pułapkę kontraktowych wyborów; popełniając błędy, utracili kontrolę nad sytuacją - na poziomie, który zakładali pod koniec roku 1988.

Ich upadek był wypadkową ciągu zdarzeń wewnętrznych i zasadniczej zmiany koniunktury międzynarodowej. W 1989 r. "socjalizmu" trzeba było bronić, opierając się wyłącznie na własnych siłach i jeśli można - bez uciekania się do przemocy. Można było - w sensie osłonowym - straszyć. Można było stosować (i stosowano) przemoc na peryferiach negocjacji. Można było wreszcie postawić sobie za cel urządzenie się w nowych warunkach. Stworzenie pewnych reguł koegzystencji z niedawnym wrogiem, uśpienia jego czujności, a zarazem zbudowania sobie i podwładnym realnych gwarancji bezpieczeństwa.

Polityka gwarantowanej bezkarności

Wielu ludzi zaangażowanych w tworzenie systemu takich gwarancji broniło własnej przeszłości. Inni - z przeciwnej strony barykady - tak właśnie wyobrażali sobie zobowiązanie zaciągnięte przy Okrągłym Stole. Jedni i drudzy korzystali przy tym z całkiem realnego społecznego zaplecza, wspierającego politykę "gwarantowanej bezkarności" - rozciąganej zresztą także na pierwsze lata po 1989 r.

Państwo stanu wojennego nie tylko nie zostało rozliczone, ale w zasadzie inkorporowano je do nowego porządku. Nie w sensie prawnym, ale realnym. Można rzec - materialnym. Polskie kłopoty z państwem - wynikające z naszej kultury, gospodarczej i intelektualnej słabości - miały zostać zwielokrotnione właśnie przez ową pokojową inkorporację. To, co stało się z samymi osobami Jaruzelskiego i Kiszczaka, było tylko symbolem owej inkorporacji.

Jednak sprawa rozliczeń mogła być dokonana właśnie na tym symbolicznym poziomie. W początku lat 90. można było zakwestionować pozycję Jaruzelskiego i jego ekipy i w ten sposób naruszyć społeczne status quo postkomunizmu. Prawdziwe rozliczenie stanu wojennego i siedmiu kolejnych lat było jednak - ze względu właśnie na zakres społecznego uwikłania, na skutki systemowej przemocy - prawie niemożliwe.

Dziś sprawa Jaruzelskiego przeniosła się do głębszej warstwy życia narodowego, na pole kultury. Traci w wymiarze bezpośredniej polityki, doraźnych rozgrywek. Zyskuje jednak - wraz z całą epoką lat 80. - niezwykle istotny wymiar. To właśnie kultura - a nie polityka czy badania naukowe - musi poradzić sobie z Jaruzelskim i ponurym dziedzictwem jego rządów. Przemilczana, trudna dla nas wszystkich epoka powinna stać się elementem narodowej samowiedzy, a nie wypieranym z pamięci doświadczeniem.

RAFAŁ MATYJA (ur. 1967) jest politologiem i historykiem. W latach 80. działał w opozycji, m.in. w Ruchu Młodej Polski. Autor książek, m.in. "Państwowość PRL w polskiej refleksji politycznej lat 1956-1980". W 2009 r. ukazały się "Konserwatyzm po komunizmie" i "Państwo, czyli kłopot".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]