Bugonia” to z grubsza film o pszczołach i ludziach – i nie pierwszy raz Yórgos Lánthimos znajduje niepokojące połączenia między kondycją ludzką a zwierzęcą. Te pożyteczne owady mogą być, jak wiadomo, żywym wskaźnikiem czystości naszego ekosystemu albo, przynajmniej dla niektórych, wzorcowym przykładem etyki pracy. Chociaż bardziej w imię korporacyjnego sukcesu aniżeli wspólnego dobra.
Bez pszczół ludzkość raczej nie przetrwa, ale też, naśladując ich ślepe posłuszeństwo wobec roju, skazuje siebie na półniewolnicze trwanie. Film greckiego reżysera jest brawurową opowieścią o buncie, który wyrasta z ludzkiej bezsilności, desperacji, niezgody, lecz karmiony niezaleczoną traumą i teoriami spiskowymi staje się własną parodią.
O czym jest „Bugonia” Lánthimosa
O pszczołach w jednej ze scen rozprawia trójka głównych bohaterów: dwaj porywacze i porwana. Oni, nerwowy Teddy (Jesse Plemons) i jego mało rozgarnięty kuzyn Don (Aidan Delbis), w wymieraniu miodnego gatunku węszą międzyplanetarny spisek, którego ważnym ogniwem ma być Michelle (Emma Stone), szefowa wielkiego koncernu chemicznego. Była dotąd całkowicie bezkarna w zatruwaniu środowiska pestycydami i w ryzykownych eksperymentach farmakologicznych, aczkolwiek Teddy i Don wolą wierzyć, że przysłano ją na Ziemię z odległej galaktyki, by kontrolować ludzki gatunek.
To właśnie misja ratowania naszej planety, a pod spodem osobisty resentyment (matka Teddy’ego padła ofiarą wspomnianych testów) każe bohaterom przetrzymywać i torturować w swojej piwnicy tę elokwentną harpię – i zarazem domniemaną kosmitkę.
A to dopiero początek historii, która do samego końca będzie brzmieć niczym opowieść wariata, jednak wzorem wielu innych współczesnych filmów rozrywkowych (patrz: „Jedna bitwa po drugiej”) diagnozuje całkiem na serio szaleństwa tego świata. Przepowiada jego nieuchronną przyszłość już nie tylko z szatańskim śmiechem na ustach, ale i z Wergiliuszem pod pachą.
Jak prawie wszystkie filmy twórcy „Lobstera” i „Faworyty”, ten również jest wariacją na temat władzy, przywileju, przemocy i dynamika tych sił tworzy chwilami bardzo gęste napięcie. Oto dwóch przegrywów, pozostawionych ze swymi niedostatkami na społecznych obrzeżach, zapatrzonych w science fiction i foliarskie witryny internetowe, bierze odwet na beneficjentce społeczno-ekonomicznego systemu, w jego najbardziej darwinistycznym wydaniu.
Nawet kobiecość Michelle może być jej przewagą. Stąd dla pewności, na czas trwania swojej misji, bohaterowie poddają się chemicznej kastracji (włosy zgolą zakładniczce z innych powodów). A film, utrzymany w absurdalnym stylu braci Coenów czy Tarantina, zamieni się w próbę sił między naładowanym agresją Teddym i jego ospałym pomocnikiem a nieprzyzwoicie uprzywilejowaną kobietą.
Zresztą bohaterka rychło zaczyna się orientować, iż jej porywacze są osobami niepełnosprytnymi i rozpoczyna z nimi własną grę, opartą na manipulacjach, blefach i kłamstwach. Przy czym cała historia opowiedziana jest tak cynicznie, że przez dłuższy czas trudno zająć sztywne stanowisko – obie strony, w zależności od tego, kto akurat znajduje się na górze, a kto na dole, potrafią budzić litość lub trwogę.
Jednakże – mówi Lánthimos – to nie nasz wujek czy kuzyn foliarz jest dziś prawdziwym zagrożeniem. Już prędzej ci, którzy mając w ręku realną władzę, wszelkie zasoby, nie mówiąc o publicznej widzialności, doprowadzili do odpalenia się tych szalonych wujaszków.
Lánthimos odhacza w „Bugonii” palące tematy
Stone i Plemmons, regularnie występujący w filmach Lánthimosa, to wystrzałowy duet postaci, które swoim różnie wyrażanym okrucieństwem i obłędem nawzajem się napędzają. Tworzą razem nierozerwalny splot, co chwila burząc porządek władzy czy moralnej słuszności. Choć przecież w tej krwawej komedii nie chodzi o to, by w przededniu Wielkiego Końca wrzucać do jednego nihilistycznego wora niebezpiecznych antsystemowców i odpowiedzialnych za katastrofalny stan rzeczy.
Jakkolwiek twórcy „Bugonii” bezustannie prowokują – bo co, jeśli to nie ci myślący racjonalnie mają rację? I kiedy już, już wydaje się, że znamy puentę tej historii, dopisują kolejną, nie stawiając ostatecznej kropki.
Yórgos Lánthimos w amerykańskim systemie produkcji nie może sobie pozwolić na taką dezynwolturę, jaką miały jego kameralne i bardzo konceptualne filmy greckie. Nie ma też w „Bugonii” orgii pomysłów na skalę „Biednych istot”, a nieco późniejsze „Rodzaje życzliwości” były dowodem, że i mistrz może czasem chybić.
W najnowszym filmie udaje się, na mniejszą już skalę, połączyć kreatywne szaleństwo i gatunkową dyscyplinę, ambicje i przystępność. Bez wątpienia ma w tym swoje zasługi scenarzysta Will Tracy – człowiek, który wcześniej pracował przy filmie „Menu” i serialu „Sukcesja”, zaś jako producent ma także na koncie „Mountainhead” i „Eddingtona”. Czyli kino zdecydowanie krytyczne wobec mechanizmów tego świata i zarazem potrafiące tę krytykę mniej lub bardziej atrakcyjnie sprzedać.
Tracy wziął tu zresztą na warsztat cudzy scenariusz, koreańskiego filmu „Save the Green Planet!” Joon-hwan Janga z 2003 r., a sam tytuł pożyczony został od starożytnych Greków i Rzymian. Według ich wierzeń bugonia oznaczała odrodzenie się pszczelego roju z ciała martwego byka – czyli mimo wszystko triumf życia ponad śmiercią. Na ile ironiczna to metafora, pozostawiam indywidualnej ocenie.
Pod tą międzygatunkową zabawą (kinem zemsty, klaustrofobicznym thrillerem, psychodeliczną fantastyką) nie każdy znajdzie ostry film zaangażowany; to bardziej odhaczanie palących tematów – współczesnego technofeudalizmu, ekologicznej dewastacji, kryzysu opioidowego, porzucenia przez państwo najsłabszych obywateli, internetowej szurii...
Film raczej bawi się tymi zjawiskami w rytm przeskalowanej muzyki Jerskina Fendriksa, wyraźnie zasłuchanego w filmach Hitchcocka, acz robi to w taki sposób, że śmiech czasami zastyga w grymas przerażenia. Działa tak również kończąca film melancholijna piosenka „Where Have All the Flowers Gone?” w wykonaniu Marleny Dietrich.
Jedynie wizja finałowej bugonii, trochę jak z naszych niedawnych pandemicznych rojeń, mogłaby tu wnieść iskierkę nadziei. „Ale nie dla nas”, jak pisał Franz Kafka cytowany niedawno w pewnym polskim filmie dokumentalnym. Dobrze, że i dzisiaj ktoś o tym próbuje opowiadać.
BUGONIA – reż. Yórgos Lánthimos. Prod. USA/Korea Południowa/Irlandia/Kanada/Wielka Brytania 2025. Dystryb. UIP. W kinach.
Yórgos Lánthimos jeszcze dekadę temu był współtwórcą greckiej Nowej Fali, znanym z ekscentrycznych filmów „Kieł” czy „Alpy”. Anglojęzyczny „Lobster” (2015) zapoczątkował jego międzynarodową karierę, znaczoną takimi tytułami, jak „Zabicie świętego jelenia” (2017), nominowane do Oscara „Faworyta” (2018) i „Biedne istoty” (2023), a ostatnio „Rodzaje życzliwości” (2024).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















