Katarzyna Kubisiowska: Odbierając w roku 2021 Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za tom poezji „Mer de Glace”, na koniec przemówienia zaapelowałaś: „kochajmy się”. Co właściwie miałaś na myśli?
Małgorzata Lebda: W czasie różnego rodzaju kryzysów, w jakich żyjemy – klimatycznego, wojennego, migracyjnego, empatia wobec drugiego człowieka, empatia, którą wiążę z miłością, z kochaniem, wydaje mi się konieczna. Za nią idzie czujność i troska o to, co się dzieje z innymi ludźmi, ale nie tylko z nimi, bo i z całą resztą natury: zwierzętami, rzekami, lasami.
Z naturą, którą zdewastowaliśmy, a teraz jesteśmy tym przerażeni?
Strategie radzenia sobie z tym są różne, jak chociażby te dalekie od siebie: denializm, czyli zaprzeczanie faktom, i aktywizm, czyli konfrontacja i próba zmiany stanu rzeczy. Wielu z nas dotyka solastalgia – depresja klimatyczna czy żałoba klimatyczna. Żeby przetrwać, wypracowałam pewne strategie radzenia sobie z tym, takie, które pomagają mi widzieć się jako osobę sprawczą: biorę udział w wyborach, jestem weganką, w swoich pracach – literackiej, naukowej – nie unikam tematów związanych z kryzysem klimatycznym.
Wiele w myśleniu o miejscu człowieka w kryzysie klimatycznym zmieniła przygoda „Czytanie wody: Wisła”, czyli mój bieg wzdłuż najdłuższej z polskich rzek, który realizowałam wraz z artystą wizualnym Rafałem Siderskim. Bycie przy rzece na ponad 1100 kilometrów w czasie niecałego miesiąca sprawiło, że myślę o rzekach jak o bliskich i moja troska o nie przybiera taki wymiar również.

Tak wiele spraw da się objąć jedną ludzką miłością?
Moje doświadczenia podpowiadają mi, że jeśli kocha się kogoś lub coś, to chce się dla niego jak najlepiej, tak jakby myślało się o sobie. A nawet, ileż razy tak jest, że chce się nawet lepiej niż dla siebie. Apel wypowiedziany, gdy odbierałam nagrodę, był też świadomym nawiązaniem do jej patronki. Wisława Szymborska swoją poezją wyrażała głęboką empatię i ciekawość wobec całego świata.
Świata, który zmienia się w błyskawicznym tempie, trudno za tym nadążyć.
Inwazja Rosji wobec Ukrainy wielu nam kazała na nowo przemyśleć, czym jest człowieczeństwo. Do czego jesteśmy zdolni w sytuacjach kryzysowych. Jak w swojej istocie bywamy źli i brutalni. Poruszyło mnie hasło, na które natrafiłam na początku agresji Rosji, skierowane do żołnierzy rosyjskich: „ściągnij mundur, przeproś matkę”.
Te proste słowa przypominają, że każdy z tych walczących mężczyzn ma matkę albo siostrę, albo dziewczynę, albo żonę… A na froncie staje się tym, który potrafi zabić czyjąś matkę, skrzywdzić czyjąś siostrę, zgwałcić czyjąś dziewczynę, upokorzyć czyjąś żonę.
A człowieczeństwo w warunkach pokojowych?
Czy nie masz wrażenia, że za mało w nas życzliwości? Czy to jest tramwaj, w którym pasażerowie patrzą na siebie złym okiem, czy urząd, w którym pan w okienku wydaje się, że nie chce pomóc, a raczej szuka zwady, czy kolejka przed czymkolwiek. Mogę tylko przypuszczać, że brak uprzejmości, empatii, wynika z tego, że ludzie sami tego na co dzień nie doświadczają. Pewnie trudno sobie wyobrazić, że tak drobny gest jak uśmiech czy zrobienie komuś miejsca może przynieść coś dobrego.
Do tego dochodzi pośpiech, pęd. Pogoń za sukcesem, za pieniędzmi, a czasem przecież tylko po to, żeby związać koniec z końcem. Chodzimy jak w zegarku, dobę mamy zaplanowaną co do minuty. Nie mamy czasu, a może bardziej gotowości na to, by zobaczyć, że ktoś jest w potrzebie. Ostatnio na dworcu zapytałam starszą panią, czy pomóc jej z walizkami. W pierwszym odruchu przestraszyła się, może nawet pomyślała, że chcę ją okraść, choć raczej nie mam łobuzerskiego wyglądu. Musiała trochę pomyśleć, zanim dotarło do niej, że to jest propozycja pokojowa i bezinteresowna. Nie chcę mówić z pozycji osoby oświeconej, mądrej, zawsze empatycznej. Daleko mi do tego.
Dobrze, że to powiedziałaś.
Sama żyję pod różnymi presjami, w tym przez długi czas żyłam pod presją zarabiania na własny kąt do życia, a z domu wyszłam z wielkimi nadziejami pokładanymi we mnie przez rodziców, za czym szły ambicje, które nie pozwalają odpoczywać. Choć przyszedł moment, kiedy zrozumiałam, że nie potrzebuję dużo.
Kiedy?
W pandemii. Ale zanim o nim powiem, muszę podkreślić jedną ważną rzecz: moim rodzicom bardzo zależało na tym, bym zdobyła wykształcenie. I bym była kimś, jak to nazywali. W takim sensie, żebym zdobyła wykształcenie i nie musiała ciężko harować na gospodarce. Tata nawet nie skończył szkoły podstawowej. Rodzice całe życie pracowali na roli. Nasza rodzina utrzymywała się z pszczół, krów, upraw. Zarówno mamie, jak i tacie zależało, byśmy z moją siostrą bliźniaczką wyjechały ze wsi do miasta, byśmy nie powtórzyły ich ciężkiego losu. Postanowili, że nasz brat przejmie po nich gospodarstwo, że on zostaje na wsi.
W pewnym momencie uznałam narrację rodziców, ich pomysł na moje życie. Choć to było jakoś wbrew mnie: chciałam mieszkać na wsi. Ale w Krakowie skończyłam studia, obroniłam magisterkę, potem doktorat. Zostałam na uczelni, prowadziłam zajęcia. W pewnym momencie dotarło do mnie, że moja praca przypomina tryby korporacyjne, że zamiast kontaktu ze studentami jestem zagrzebana po uszy w papierach i moja romantyczna wizja pracy dydaktycznej nie może się ziścić. W pracy nie było przyjaznej atmosfery, ale za to miałam etat oraz ubezpieczenie. Nie starczało czasu na nic poza uczelnią. Nie mogłam zająć się pisaniem, a bez niego trudno mi istnieć. Moja wyobraźnia ograniczała się tylko do tego, co dzisiaj zjem na obiad. Któregoś dnia zrobiłam na kartce rozpiskę, czy z zaoszczędzonych pieniędzy jestem w stanie przeżyć rok. Po to, żeby pisać. Podjęłam decyzję: zwolniłam się z uczelni. To mi chyba uratowało życie.
Aż tak?
To był czas depresji. W moim życiu osobistym odbywały się zmiany: rozwodziłam się z mężem, którego kochałam, a przez którego jednocześnie cierpiałam ponad dekadę. Był himalaistą, i kiedy wyjeżdżał na wielomiesięczne wyprawy, to były to momenty, kiedy przestawałam żyć własnym życiem. A żyłam tylko tym, czy on żyje. Związek z takim człowiekiem jest potężnie inspirujący, a przy tym też wyniszczający. To jest jak życie z żołnierzem podczas wojny: wieczny strach, czy on wróci z frontu. I jeśli mówimy o miłości, to jej częścią jest także i gotowość na to, że potrafimy kogoś puścić i każdy udaje się w swoją stronę. Bywa, że jest to najpiękniejsze, co ludzie mogą sobie dać.
Szlachetne, ale w praktyce wyjątkowo trudne.
Czasem to też sposób na uratowanie samej siebie. Mój mąż realizował swoje pasje górskie w stu procentach. Nie oglądał się na nic i na nikogo. Szedł za głosem serca, sama nie mogłam, moją rolą było trzymanie się rzeczywistości i stworzenie domu, do którego może zawsze wrócić. Wyjście z tego kręgu myślenia, danie sobie wolności, było dla mnie budujące. Dostałam drugą szansę, w której pisanie stało się istotne, nie było umniejszane, bagatelizowane przez otoczenie. Jasny czas poprzedzał ten ciemny, rozpięty pomiędzy wieloma niepokojami. Co istotne, zawsze jasnym punktem była moja siostra bliźniaczka.
W „Łakomych” jest ona prototypem powieściowej Ann.
To jest dla mnie wielkie szczęście, że przy narodzinach dostałam swoją najlepszą przyjaciółkę, jestem wdzięczna za to, że coś takiego mi się przytrafiło, bowiem przez kolejnych 18 lat dzień w dzień była koło mnie Basia. Siostra urodziła się pierwsza i ważyła prawie cztery razy więcej niż ja. Moja mama nie miała pojęcia, że jest w bliźniaczej ciąży – w połowie lat 80. na wsi nie chodziło się za często do lekarza. A mama z coraz większym brzuchem pracowała na gospodarstwie do ostatnich miesięcy i do szpitala trafiła na początku dziewiątego miesiąca tylko dlatego, że krowa kopnęła ją w trakcie dojenia. Trzeba było błyskawicznie wykonać cesarskie cięcie.
Powiedz więcej o siostrze.
Odkąd pamiętam, byłyśmy dla siebie wsparciem. Choć jesteśmy bardzo różne. Ja byłam dzieckiem pola, łąk i potoków, nastawionym na najniebezpieczniejsze okoliczności zabawy. Natomiast siostra lubiła czytać książki, rozmyślać i siedzieć w cieple. Ja szukałam ryzyka, ona bezpieczeństwa. Trudno ją było namówić na to, by towarzyszyła mi w eskapadach. Początkowo myślałam, że patrzy na mnie jak na dzikuskę. Trochę czasu upłynęło zanim zrozumiałam, że Basia ma inny temperament i potrzeby. To były dla mnie pierwsze ćwiczenia z empatii: nauka szacunku wobec drugiego. Dziś łączy nas wyjątkowa więź: Basia natychmiast wyczuwa, co się ze mną dzieje. W tym dla mnie ciemnym czasie, o którym opowiadałam, potrafiła odezwać się w momentach granicznych, kiedy sama wiedziałam, że potrzebuję pomocy, natomiast nie miałam siły, by o tę pomoc prosić.
Siostrzana intuicja?
Jej trzecie oko? O tym, jak wzmacniająca jest nasza miłość, przekonałam się, kiedy zmarli nasi rodzice – najpierw mama, a za pół roku tata. Basia wtedy powiedziała: – Małgosia, teraz musimy sobie zastąpić rodziców. I na pewien sposób Basia mi matkuje, ale w taki czuły, nieinwazyjny sposób.
W zakres miłości wchodzi opieka nad chorującą mamą?
Kiedy dowiedziałam się, że mama ma nowotwór w zaawansowanym stadium, zostawiłam Kraków i wróciłam do rodzinnego domu, by się nią opiekować. A Basia była osobą wspierającą, pracującą w mieście, ale zawsze pojawiającą się w ważnych momentach. Nie miałam wtedy pojęcia, ile to wszystko potrwa – tydzień, miesiąc, jeden rok, dziesięć lat? Ale zupełnie nie miało to dla mnie znaczenia. Towarzyszyłam mamie aż do śmierci. Moje decyzja była sprowokowana właśnie miłością, nie wyobrażałam sobie, bym mogła zrobić inaczej. Bycie blisko niej dawało mi poczucie jakiejkolwiek sprawczości, tego, że mogę coś jeszcze dla niej zrobić.
Odwzajemniona miłość dziecka?
W rodzicielstwie rodzice przypominali dzikie zwierzęta opiekujące się swoimi małymi. Słuchali instynktu, chronili nas. Mama właściwie całe życie poświęciła wychowywaniu dzieci. Jej pracą był dom, pole, gospodarstwo. Była to jedna z najciężej pracujących kobiet, jakie spotkałam. I ona to wszystko robiła dla nas, byśmy mieli na podręczniki, nowe dżinsy, buty na zimę i byśmy mogli chodzić do dentysty. Czyniła to wielkim kosztem siebie, wielkich wyrzeczeń. Mama nigdy w życiu nie kupiła dla siebie nowych ubrań, wszystko, co miała, dostawała po siostrze. Uświadomiłam to sobie, kiedy po jej odejściu porządkowałam jej szafę.
A miłość taty?
Manifestowała się podobnie, jak ta w „Łakomych” miłość dziadka do babki: w praktycznych gestach przekładających się na to, że nam jako rodzinie jest lepiej. Czyli remont domu, instalacja ogrzewania… Kiedy z siostrą zaczynałyśmy pierwszą klasę, tata przygotował dla nas pokój, uznając, że dziewczynki muszą mieć swoje biurka, a na nich lampki, bo od teraz są prawdziwymi uczennicami.
Ojcowska troskliwość?
Ale to nie była wyłącznie sielanka… W moim domu czasami brakowało jedzenia, wiem, co to znaczy być głodną. Pamiętam lekcje wuefu, wstydziłam się na nich ćwiczyć, bowiem wydawało mi się, że każdy widzi moje wystające żebra. Najgorsze było leżenie na plecach, napełniałam wtedy brzuch powietrzem, żeby wyglądać na grubszą, najedzoną. Wiem, że to bardzo podejrzanie brzmi, kiedy mówi się o doświadczeniach głodu z końca XX wieku…
No a sam ojciec?
W naszym domu, jak w większości domów, pojawiał się alkohol. Zdarzały się momenty, kiedy on wygrywał z dziećmi. Takie doświadczenie stawiało mnie jako małą dziewczynkę w niepewności: czy jesteś wystarczająco dobrą córką? Kiedy ukochany tata jest pod wpływem, to widzisz go słabego, a nie jako głowę rodziny. Zapewne tata sięgał do kieliszka po to, by poradzić sobie ze wszystkimi troskami, z którymi borykał się na co dzień. Co nie zmienia postaci rzeczy, że budził we mnie strach i złość. W książce poetyckiej „Matecznik” umieściłam wiersz „głosy: fragment” – przywołałam tam sytuację, która miała miejsce w pewną styczniową noc. Tata poszedł odwiedzić kuzynów, wiedziałam, że te wizyty kończą się pijaństwem. Byłam niespokojna, nie mogłam zasnąć, koło drugiej wyszłam na werandę. Psy szczekały, księżyc świecił, była dobra widoczność. W okolicach studni położonej 100 metrów od domu dostrzegałam, że coś leży na śniegu. Założyłam gumiaki i w piżamie pobiegałam do tego miejsca. A tam spał tata. Zbudziłam wszystkich domowników, przyprowadziliśmy go do łóżka, rozebraliśmy go z mokrych ubrań. To był moment, kiedy pomyślałam, że go nienawidzę. Że mogliśmy go stracić, że mógł umrzeć, zamarznąć. Dla mnie, wówczas dorastającej dziewczyny, dla której ojciec dotąd był ideałem, to był potworny cios.
Coś to między wami zmieniło?
Straciłam do niego zaufanie, byłam podejrzliwa, jak pies, który został przez swojego pana kopnięty lub uderzony.
Miłość między rodzicami?
Opierała się na szacunku i niepisanej umowie współpracy. Świetnie działali w ramach prowadzenia gospodarstwa. Miałam wrażenie, że komunikują się bez słów, mało rozmawiali. Nie widziałam między nimi czułej namiętności, może dlatego długo musiałam się jej uczyć.
Długo też musiałaś uczyć się miłości do samej siebie?
Przez wiele lat nie miałam czasu, żeby się nad tym w ogóle zastanowić. Pomogło mi na pewno bieganie, które sprawiło, że zaczęłam dostrzegać siebie fizycznie, zaczęłam myśleć o sobie jako o osobie silnej, sprawczej. Dla mnie miłość do siebie oznacza też troskę o rzeczy zupełnie podstawowe: spanie, jedzenie… I o rzeczy większe: wychodzenie z toksycznych relacji, zmiana pracy, kiedy ta jest opresyjna. Wiem też, że już nie muszę być perfekcjonistką, zadowalać każdej osoby. Słucham swojej intuicji, dbam o to, by jej nie zagłuszał szum intratnych propozycji, za którymi idą pieniądze, ale traci się przy tym spokój, skupienie i wyciszenie. Dbam też o nasz wiejski dom – relacje z tym miejscem oraz ze zwierzętami.
Psem i kotem?
To są relacje, które trwają od momentu, kiedy dwa lata temu wprowadziliśmy się z Rafałem, moim partnerem, do domu w Beskidzie Sądeckim. Zastaliśmy w nim dwóch mieszkańców: kota Klakiera i psa Dunaja. Wspaniale było zamieszkać w domu już zamieszkałym przez kogoś. Klakier od razu pokazał nam, że to my mieszkamy u kota, a nie on u nas. Wielce to inteligentny, dostojny i czuły zwierz.
A Dunaj?
Z żadnym innym psem nie miałam tak intensywnej i głębokiej relacji. Dunaj jest tutaj dla nas przewodnikiem, który pokazuje różne szlaki i właśnie te bardziej zwierzęce niż ludzkie. Kiedyś w czasie treningu nie pobiegłam stałą trasą, tylko ruszyłam za Dunajem, który doprowadził mnie do cudownego starego sadu leżącego pośrodku pasma Jaworzyny Krynickiej. Nazwałam to miejsce na cześć jego odkrywcy Dunajową Polaną. Chciałabym mieć go zawsze blisko. Prawdziwość uczucia da się zmierzyć dla mnie intensywnością tęsknoty za podmiotem miłości. I nie będzie przesadzone, jak powiem, że tęsknię za Dunajem, tak jak tęsknię za siostrą, Rafałem czy nawet rodzicami, których od ponad dekady już nie ma. Równam te emocje. Miłość znaczy miłość.
Na co jeszcze czekasz w tej miłości?
Na pokój, na zwycięstwo Ukrainy. Czekam też na duży śnieg, który uniemożliwi mi wyjazd z domu w Paśmie Jaworzyny Krynickiej, najlepiej tak przez miesiąc albo i dwa. I pozwoli mi być mocniej w pisaniu i z tym miejscem, które mogę nazwać – nareszcie – domem.
MAŁGORZATA LEBDA (ur. 1985 r.) jest poetką, autorką tomów poetyckich „Matecznik” (Nagroda im. Stanisława Barańczaka 2017), „Sny uckermärkerów” (Nagroda Literacka Gdynia 2019), i „Mer de Glace” (Nagroda im. Wisławy Szymborskiej 2022). Dorastała w beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka. Doktor nauk humanistycznych, ultramaratonka. We wrześniu 2021 r. zrealizowała projekt „Czytanie wody: Wisła”: wzdłuż najdłuższej polskiej rzeki przebiegła 1113 km. W roku 2023 ukazała się jej pierwsza powieść pt. „Łakome”, za którą była nominowana m.in. do Nagrody Conrada.
Opowiadanie: tym napędzamy życie
Wszystkie wydawane od dekady książki Małgorzaty Lebdy zapraszają czytelniczki i czytelników w Beskid Sądecki, do tamtejszych gór, lasów, rzek i pól – w rodzinne strony autorki. Ważnymi punktami na mapie jej literackiego uniwersum są także ule, którymi opiekuje się ojciec (w tomikach poetyckich) lub dziadek (w powieści), a także mieszcząca się nieopodal domu rzeźnia, w której umierają – całkiem świadome tego procesu – zwierzęta.
Mamy także w książkach Lebdy silne siostrzeńskie relacje, wyraźne portrety bliskich i sąsiadów oraz próby przywołania obrazów, dźwięków i zapachów ze spędzanego na wsi, coraz bardziej odległego dzieciństwa. Ważnym wątkiem są choroby nieustannie toczące ludzi i zwierzęta, ale też odradzające się uparcie życie.
Życie zresztą wskrzeszane jest tu tak długo, jak długo o nim opowiadamy. A do opowiadania konieczna jest miłość – to ona wpuszcza do tekstu regenerujące światło. Miłość właśnie symbolizuje w debiutanckiej prozie Lebdy postać Ann – najbardziej zagadkowa w całym uniwersum pisarki, będąca jednocześnie lustrem opowieści, ale też wskazująca drzwiczki do warsztatu pisarskiego autorki.
Lustro łapie świat i w nieskończoność go odbija, niczego naprawdę nie pomnażając. Ta jego zdolność zapewnia ucieczkę z porządku życia i śmierci. Przynajmniej na czas lektury.
Monika Ochędowska
Boskie cnoty na Adwent
Wiara, nadzieja, miłość – łatwo wypowiada się te słowa. Gdy się to robi zbyt często i bezrefleksyjnie, rozmywa się ich głębokie i praktyczne znaczenie dla naszego życia. Dlatego w Adwencie postanowiliśmy zastanowić się, czym są wiara, nadzieja i miłość. Nie będziemy jednak teoretyzować, chcemy spróbować raczej wytropić je w codziennym życiu. Bo choć wiedza o wierze, nadziei i miłości jest ważna, to nie ona przede wszystkim sprawia, że kochamy, spodziewamy się dobrych rzeczy czy wierzymy w przyszłość. A jeszcze bardziej nie z powodu teorii chcemy bardziej kochać, mocniej ufać i mądrzej wierzyć. W takim razie, co to sprawia?
Tradycja Kościoła katolickiego wypracowała bogatą teorię na temat wiary, nadziei i miłości. Dostrzega w nich przede wszystkim cnoty, czyli uzdolnienia do dobrego życia. Ale uzdolnienia szczególne, bo ich źródło – jak głosi teologia – znajduje się w samym Bogu. To On nas uzdalnia, żebyśmy wierzyli, mieli nadzieję i kochali. Dlatego cnoty te nazywa się Boskimi (teologalnymi). I dlatego też stanowią one fundament całego duchowego życia. Teologia przekonuje wręcz, że cnoty teologalne wszczepiają nas w życie samego Boga: wiara nam Go ukazuje, nadzieja przybliża, a miłość z Nim nas łączy.
Tyle wzniosła teoria. Powróćmy do życia. Rozmowy zaczynamy od razu od miłości, czyli rzeczywistości, która – jak przekonuje św. Paweł w Hymnie o miłości – jedyna nie przeminie.
Artur Sporniak
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















