Czy dziesięć przykazań pomaga tworzyć? Rozmowa z rzeźbiarzem Marcinem Rząsą

Marcin Rząsa, rzeźbiarz: Byłem w trzech uczelniach artystycznych, ale mam problem z Jezusem Frasobliwym. A jakiś Jasiek, który podpisywał się krzyżykami, robi rzeźbę dużo lepszą.
Czyta się kilka minut
Marcin Rząsa, bez tytułu // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa
Marcin Rząsa, bez tytułu // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa

To niepozorny dom na uboczu, położony niedaleko wlotu Doliny Strążyskiej. Na maleńkim podwórku walają się bale drewna, spomiędzy których wystają rzeźby smukłych postaci. Od tych rzeźb bije cisza. Stoją tam, tak jak pan czy pani w odblaskowej kamizelce na przejściu dla pieszych obok szkoły. Gości wita siwo-rudy wyżeł, cierpiący na padaczkę Arbuz. Nad drzwiami wisi skromna tabliczka, która nie wskazuje w żaden sposób na bogactwo sztuki nagromadzonej pod tym dachem. W środku Magda Rząsa – pośród wyrzeźbionych przez męża aniołów i fotografii własnego autorstwa, pod żywozielonym portretem św. Franciszka – podaje gościom pierogi.

Galeria Rząsów to ważny punkt na kulturalnej mapie Zakopanego. Znajduje się tutaj stała ekspozycja prac Antoniego Rząsy. To też znane miejsce spotkań i rozmów o sztuce. Pracownia fotografii Magdy. I w końcu – warsztat rzeźbiarski Marcina Rząsy. Ten wszechstronnie wykształcony artysta studiował i tworzył wśród wielkich nazwisk świata sztuki lat 90. u progu salonów Warszawy. Wybrał jednak proste życie z rodziną w Zakopanem. Narty, spacery, kameralne wystawy. Otwarcie mówi o inspiracji Ewangelią i czytaniu z żoną Psalmów przed śniadaniem. A także o tym, że prostota wymaga odwagi.

Marcin Rząsa w swoim warsztacie rzeźbiarskim w Zakopanem // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa

Jest średniego wzrostu. Ma niebieskie oczy. Wita mnie ubrany w wypłowiałe szorty i górskie sandały. Raczej z przyzwyczajenia prowadzi do słynnej galerii swojego ojca Antoniego, wypełnionej inkarnacjami Piety, Jezusa i świętych. Pytam, czy możemy zejść do jego własnej pracowni na parterze. Godzi się z wahaniem, w obawie, że nie będzie gdzie spocząć pośród dłut, skrawków drewna i wykreowanych przezeń postaci. Choć panuje tu zupełnie inna atmosfera niż powyżej, czuć ten sam spokój, jakby przynależny miejscu. Siadamy na skromnych krzesełkach z nieheblowanego drewna.

Marcin Wójcik: Co Cię wyróżnia?

Marcin Rząsa: Myślę, że pierwsza rzecz, która mnie wyróżnia, to że jednym moim „wujkiem” był Władysław Hasior, drugim Tadeusz Brzozowski, że mieliśmy mieszkanie służbowe w internacie szkoły Kenara, gdzie było trzydziestu chłopaków, którzy na co dzień zajmowali się rzeźbą i rysunkiem.

Ja to miałem, od kiedy wystawiłem głowę z łóżeczka i się rozejrzałem dookoła... Hasior wiedział, że bardzo lubię plastikowe, miniaturowe zwierzątka. Zawsze mi coś przywoził, a to lwa, a to coś innego. Kiedyś od kogoś innego dostałem plastikowe zwierzęta, tylko zrobione u nas w demoludach na wtryskarce. Wszystkie były w takim sraczkowo-brązowym kolorze. Generalnie fajne były, ale kolor był po prostu rażący. Myślałem, że jak poproszę o pomoc wujka Władka, to wszystko będzie tak, jak powinno być. Dostałem te zwierzęta z powrotem, pomalowane w ten sposób, że z jednej strony były złote, a z drugiej srebrne. Po prostu je rozłożył i tak przejechał sprayem.

Takie spotkania ze sztuką jako dziecko to na pewno jest element, który mnie wyróżnia. Miałem sporo szczęścia, bo Ojciec był przepustką do świata sztuki.

Twój tata zmarł, gdy miałeś piętnaście lat. Przepraszam, jeśli to pytanie trąci banałem... ale czy szukasz dialogu z nim poprzez pracę?

Odkrycie Ojca jako artysty, jako rzeźbiarza, to dla mnie stosunkowo świeża rzecz. Gdy byłem mały, Ojciec chodził do szkoły, bo był nauczycielem, chodził na jakieś spotkania. Na relacje z Ojcem i Mamą nakładało się to, że chorowali. W moich wspomnieniach z tego okresu zawsze jest zimno, pada deszcz. To ponury czas, wszystko nie szło, wszystko się nie udawało.

Ale to, co Ojciec robił – to są refleksje z dzisiaj, nie z dzieciństwa – było zupełnie pod prąd. Nie pasowało do oczekiwań komuny, że będziemy robili przodowników z cegłami, nie pasowało do tej drugiej strony, gdzie artyści się buntowali. Wtedy przyszła taka moda, wręcz niepisany terror abstrakcji. Ojciec się spotykał z zarzutami, że figuratywną rzeźbą to każdy głupi potrafi się zajmować. A on po prostu twardo robił swoje. I myślę, że zrozumiał, że sensem sztuki nie jest pogoń za nowością, że robienie czegoś zgodnie z modą, a wbrew sobie, nie ma sensu. I gdy czasami zestawiam się z Ojcem, to raczej nie w samej ostatecznej formie rzeźby, bo to są dwa różne światy, ale w podejściu do tego, co się robi.

Ty także rzeźbisz w drewnie.

Drewno jest materiałem dynamicznym. Ty coś mówisz do niego, a ono ci pokazuje figę z makiem, mówi „wiesz co, to się tak nie da, bo ja tutaj mam sęka na nosie”. I człowiek zaczyna kombinować, jak wybrnąć z jakiegoś tematu, bo rzeźba miała stać na baczność, wertykalnie, a tu nagle słoje szaleją, biegają w lewo i w prawo i okazuje się, że czasami trzeba zmienić koncepcję rzeźby. No bo jak się ma coś faliste, to trudno z tego wyrzeźbić proste.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Marcin Rząsa, bez tytułu // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa

Z czym się zmagasz?

Tu jest kilka płaszczyzn. Najważniejsze są relacje z ludźmi. Gdy okazuje się, że któreś z dzieci dzwoni, bo ma jakąś rozterkę, to nawet jeśli byłbym wkręcony w wystawę, priorytetem są tarapaty dzieci.

Jeżeli chodzi o rzeźbienie, to jest śmieszna sytuacja. Siedzimy naprzeciwko Jezusa Frasobliwego. I to jest problem, który mam od dość dawna – wyrzeźbić siedzącego chłopa. To symbol prostej plebejskiej pobożności, takiej z serca. Z drugiej strony: myśliciel Rodina też jest Frasobliwym. Ten sam pomysł na ustawienie postaci ludzkiej jest przykładem myśli oświeconej. Próbuję go rzeźbić, przykładając całą swoją akademicką wiedzę. Chcę rozwiązać problem formalny – i to mi nie wychodzi. Tymczasem jest cała paleta wspaniałych Frasobliwych autorstwa artystów ludowych, którzy tworzą z serca, żeby pomodlić się w czyjejś intencji. No i to wkurza, że ja byłem w trzech uczelniach artystycznych i sobie z tym Frasobliwym nie daję rady, a jakiś Jasiek, który podpisywał się krzyżykami, robi super rzeźbę, dużo lepszą ode mnie, i miał odwagę na pewne decyzje, a ja się nie mogę na to zdobyć. I wiem, że za tym stoi szczera wiara.

Wiem, że jesteś religijny. Jak to wpływa na Twoje wybory artystyczne?

Pani Kenarowa opowiadała kiedyś taką fajną historię, że w dawnych czasach popularne było pisanie pod dziełem sztuki „WB” – że to się robi „W Imię Boże”, i że czasami to pisali kompletnie odklejeni od Kościoła i wiary ludzie. Ale to głębokie westchnienie o opiekę jednak im towarzyszyło. Ja tak sobie to tłumaczę, że może właśnie po to chodzę do kościoła i po to myślę o jakiejś wystawie w trakcie mszy, a nie gdzie indziej, żeby to było w imię wartości, żeby jednak prawda się broniła, żeby piękno nas otaczało.

Myślę, że przestrzeganie dziesięciu przykazań i przekazu Ewangelii nieprawdopodobnie ułatwia trzymanie się tego kierunku. Mam nadzieję, że to trochę podskórnie przesiąka do kogoś, kto ogląda moje rzeźby. Jest cała rzesza osób, która jest albo w ogóle niewierząca albo bardzo daleka od Kościoła. Wydaje mi się, że dla nich chwilą na refleksję nad swoim miejscem na ziemi może być wizyta w galerii ze sztuką. Dlatego to takie ważne, żeby sztuka mówiła o wartościach, które budują, tworzą coś dobrego.

Dlatego prowadzicie tę galerię?

Wystawy to jest trochę egoistyczna działalność, bo my z reguły zapraszamy artystów, których prace chcemy mieć przez trzy miesiące u siebie. Możemy wziąć kawę, usiąść i patrzeć. Zastanawiamy się, co chcemy osiągnąć, po co to robimy. Chcemy, żeby to się wiązało z twórczością Ojca. To samo dotyczy galerii Ojca. Mamy świadomość, że los powierzył nam odpowiedzialność za jakiś niezwykle ciekawy fragment polskiego dziedzictwa kulturowego i cały czas się zastanawiamy, jak najlepiej to zrobić, żeby ludzie mogli z tego korzystać.

Czujecie satysfakcję z tego, co tu powstało?

Myślę, że na każdym poziomie relacji – w rodzinie, rzeźbieniu, prowadzeniu galerii... po prostu, żeby to wszystko, co się robi, robić jak najlepiej, bo nigdy nie wiadomo, jak się ten nasz wysiłek przełoży na końcowe efekty. Jak się wystawę zrobi, znajdzie czas na porozmawianie, to przyjdzie sto osób, ale może jakoś ubogaconych wyjdzie dziesięć. Czuję wielką satysfakcję, gdy ktoś dostaje do ręki kilka moich rzeźb i nagle się kompletnie wycisza, zaczyna sobie je ustawiać po swojemu i widać, że się odkleja kompletnie od tego, że jest brzydka pogoda, że pensja kiepska, że żarcie drogie, że kredyt. Wraca do dzieciństwa, kiedy sobie ustawiał żołnierzyki, wraca do czasu, który był bezpieczny. To są takie drobne satysfakcje. Całego świata się nie zbawi, ale jak się uda jedną osobę na chwilkę wybić z takiego durnego tempa, to jest fajne.

Marcin Rząsa, bez tytułu // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa

Gdy patrzę na Twoje rzeźby, to myślę o Giacomettim, o tych smukłych sylwetkach, w których jest jakiś niewypowiedziany smutek...

Żyjemy w totalnie przebodźcowanym świecie. Dawniej wiadomo było, że taki malarz mieszkał w Antwerpii i prawdopodobnie oglądał to i to, kumplował się z tym i z tym, odbył podróż do Włoch i wiadomo, co po drodze widział. Cała reszta jego życia to kontakt z krzakami. Teraz jest tak, że jak ja jadę do Wiednia pooglądać obrazy, to po drodze widzę sto pięćdziesiąt reklam. To są reklamy robione przez świetnych grafików uzbrojonych w całą wiedzę o tym, jak ta reklama ma wejść do mojej głowy. Na podstawie badań wiadomo, że taki, a nie inny odcień niebieskiego jest najprzyjemniejszy. Gdyby ktoś przebadał moją głowę, to by się okazało, że siedzi tam uśmiechnięta gospodyni domowa. A poważnie, jeżeli chodzi o moje fascynacje, to rzeczywiście Giacometti jest na liście artystów, których lubię. Inspiruje mnie także, i wyobrażam sobie, że podobnie mogło być z Giacomettim, rzeźba etruska.

Studiowałeś w Krakowie, Warszawie, Bratysławie. Wybrałeś życie u podnóża Tatr. Jak to na Ciebie wpływa?

Tatry są takim miejscem, które jest świetnym polem do obserwacji, jak wyglądają relacje ludzi z przyrodą. Pamiętam, jak kiedyś wracałem bladym świtem z Morskiego Oka, naprzeciw wyszły mi dwie parki o uroku żulerki z warszawskiej Pragi. Widać, że na kompletnym kacu. Być może już po drodze zrobili jakąś flaszkę i ledwo co się mieścili w szerokości asfaltu. Szarpali się i niecenzurowanymi słowami opisywali swoje doświadczenie: „Ale góra, ja cię kręcę! Ty ku... widziałeś coś takiego?!”. Widać było poziom ich oszołomienia. Potem mijałem takich ludzi, którzy szli wyszpejowani, widać było, że mają plan wyliczony, zdążą czy nie zdążą. Szli z oczami wbitymi w asfalt i w ogóle tego piękna nie widzieli. Jak ktoś sobie tak ustawi głowę, że aby poczuć satysfakcję, musi wejść na Mount Everest, to go to kosztuje strasznie dużo wysiłku i  środków. Jeżeli ktoś czerpie satysfakcję z obejrzenia fajnego obrazu, to w Zakopanem jest kilka takich, że jak sobie pójdę popatrzeć, to mam z tego przyjemność.

Czemu ma służyć to oszołomienie turystów Tatrami, sztuką, pięknem? Dlaczego to jest ważne?

Ogłaszaliśmy już koniec historii, wszyscy osiedli na laurach i wydawało się, że będziemy beneficjentami dobrobytu. A tutaj nagle jeden psychopata przewraca cały układ i w Polsce pojawiają się ludzie, którzy uciekają przed bombardowaniami i rzeziami w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. To są takie rzeczy, na które my nie mamy żadnego wpływu. Przyroda pomaga odnaleźć swoje miejsce w szeregu, pamiętać, że człowiek jest tylko jakimś fragmentem tego, co tak rok po roku postępuje. To drzewko podrośnie, kwiatek przekwitnie... Kilka lat temu nagle uziemiła nas pandemia. Trzeba było przez dwa lata chodzić do tej samej dolinki i oglądać w kółko Macieju to samo. I okazało się, że jak człowiek zaczyna to oglądać, to widzi nieprawdopodobny świat, który uspokaja, ale też porządkuje głowę – że to jednak jest tak, że jesteśmy taką mrówką z kawału ze słoniem. Twierdzenie, że to my tupiemy, że od nas coś zależy, jest megalomanią.

Mam wrażenie, że my dzisiaj żyjemy w świecie, w którym każdy prezentuje się publicznie tak, jakby już osiągnął szczyt. Czy trudno Ci rywalizować z Instagramem...

...a co to jest?

...z Facebookiem, mediami społecznościowymi? Jak zatrzymać widza pogrążonego w kulturze narcyzmu?

Myślę, że to może nawet łatwiej, bo jak ktoś jest pewny siebie, ma rozbudowane ego i patrzy na rzeźbę, to siebie do niej przyrównuje. Problem polega na tym, że to jednak wymaga wysiłku, że trzeba pójść do galerii, a nie do łazienki, i trzeba spojrzeć na jakieś dzieło, a nie w lustro.

Ktoś kiedyś powiedział, że aby porządnie przeczytać książkę, potrzeba tyle wysiłku, ile trzeba, aby ją napisać.

Rzeczywiście, jak się zaczyna drążyć, to zaczyna być trudniej i wyobrażam sobie, że nie zawsze to może być przyjemne, że rzeczywiście sztuka sprowadza na ziemię i mówi nam, że chcielibyśmy lepiej, ale natura ludzka jest, jaka jest. Widzi się, że ktoś w średniowieczu albo w renesansie borykał się z tymi samymi problemami, co my. I człowiek sobie zdaje sprawę, że mimo tego, że oglądamy obrazy, czytamy książki, oglądamy filmy, to nie robimy się od tego ani o krok mądrzejsi.

Marcin Rząsa, bez tytułu // Fot. Magda Ciszewska-Rząsa

Jak się ma tłum na Krupówkach do galerii Rząsy?

Magda wzięła kiedyś aparat fotograficzny, zeszyt i poszła pod Giewont na Herbacianą Przełęcz. To taki punkt, gdzie wszyscy łapią oddech przed tak zwanym „atakiem szczytowym”. I pytała ludzi, po co tu przyszli. To było niesamowite, bo to było losowo i nikt jej nie odmówił. Z każdą rozmową robiły jej się coraz większe oczy, bo widać było, że oni przeżywają to bycie w górach, że to jest dla nich ważne, że rzeczywiście doświadczają czegoś niezwykłego.

Pamiętam też taką historię, jak robiliśmy tu remont i musieliśmy z tartaku przywieźć strasznie długą belkę. Koleś, który ma traktor samoróbkę, powiedział, że on przywiezie. Zabrał ze sobą syna. Był październik i zaczął padać deszcz ze śniegiem. Przyjechali kompletnie zmarznięci z tą belką, więc wzięliśmy ich na herbatę do galerii. Oglądali, oglądali i nagle ten koleś mówi taką piękną gwarą: „Przyznam się państwu, że my to tak czasami chodzimy na stary cmentarz i tam jest sporo tych takich ludzi, co to poumierali, pozabijali się w tych górach, jacyś tam artyści. Oni nie mają żadnych rodzin. I my tam chodzimy i zdrowaśki odmawiamy, żeby się ktoś za nich w niebie wstawił. No i ja myślę, że oni mnie tutaj przyprowadzili w podzięce”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Rzeźbiarz ciszy