Małgorzata Lebda: Jestem w czujności, obserwuję, co się dzieje dookoła. Jak zwierzę w lesie

MAŁGORZATA LEBDA, poetka: „Dożywianie” – to słowo brzmiało jak wyrok,bo pokazywało miejsce w hierarchii: jesteś z biednego domu. Kiedy je usłyszałam, poczułam wstyd i upokorzenie.

30.09.2023

Czyta się kilka minut

Małgorzata Lebda / RAFAŁ SIDERSKI

KATARZYNA KUBISIOWSKA:„Świetna w uprawie ziemniaków” – informacja w Twoim biogramie na okładce powieści „Łakome”. To rodzaj deklaracji?
 

MAŁGORZATA LEBDA: Wskazówka, że kontynuuję pracę moich rodziców, rolników. Moje korzenie są na wsi w Beskidzie Sądeckim.

Dlaczego akurat ziemniaki?

Mam do nich słabość – pod koniec lat 80. i na początku 90., w czasie, kiedy byłam dziewczynką, nieraz ratowały moją rodziną przed – to nie będzie za mocne słowo – głodem. Potrafiłam i potrafię się nimi delektować, a ulubione danie to placki ziemniaczane. Oraz ziemniaki z wody. A znasz coś takiego jak ziemniaki, które się „kłóci”? Ziemniaki kłócone. Tak się u nas mówiło na ugniecione ze śmietaną lub masłem ziemniaki, takie beskidzkie purée. A latem i jesienią ziemniaki z ogniska.

Po prostu jedzenie?

Najlepsze. Rodzice pracowali w polu i w gospodarstwie, nasze życie było zależne od ziemi, upraw, pasieki, kurnika, obory. Ojciec czuł się spokojny dopiero wtedy, kiedy dwie rzeczy przed zimą były gotowe: drewno na opał i piwnica pełna ziemniaków. A sam czas ich kopania był czasem uświęconym. Rodzice pisali wtedy usprawiedliwienia dla mnie i rodzeństwa, zwalniając nas z lekcji lub tłumacząc nieobecność właśnie pomaganiem w wykopkach.

Ciężka praca.

Ale też piękna: jesteś w otoczeniu natury. Choć bywało ciężko i niebezpiecznie. Kiedyś z ojcem wyciągaliśmy traktorem, z lasu, pień potężnych rozmiarów, trzeba było wyjechać z nim na strome zbocze, a w mojej pięcioletniej głowie zrodził się pomysł, żeby przejechać się na tym pniu. Usiadłam na jego końcu. Po chwili poczułam, że pień zaczyna się obracać wraz ze mną. Nie mam pojęcia, jak udało mi się zeskoczyć, to był zwierzęcy odruch. Ojciec nawet nie widział tego, co się dzieje z tyłu. Wielokrotnie prace na polu kończyły się zadrapaniami, siniakami. Wyrastałam w cieniu fizycznego zagrożenia, ran.

To zmienia?

Wyostrza zmysły. Do teraz nieustannie jestem w czujności, obserwuję, co się dzieje dookoła, jak zwierzę w lesie. To męczące: nie umieć odpuścić niepokoju. Jakby ktoś w dzieciństwie podkręcił mi czujność i nigdy jej nie wykręcił. Co ma i dobre strony: zmaksymalizowana uważność pozwala intensywniej doświadczać, a to wydaje mi się konieczną podwaliną pod pisanie.

Ciekawią mnie te pszczoły, które pojawiają się w „Łakomych”.

To motyw z tego, co przeżyte w dzieciństwie. Tu, na wsi, gdzie mieszkam od grudnia ubiegłego roku, planuję założyć pasiekę. I pierwszy rój przejąć od wujka, który zajął się ulami po śmierci mojego taty. Wiem, że ojcu zależało na tym, żebym pracowała przy pszczołach. Uważał, że to najwspanialsze stworzenia. Od najmłodszych lat asystowałam mu w pszczelarskich pracach: przy miodobraniu trzymałam podkurzacz, do którego wkładałam zioła – wrotycz, kobylak, dziurawiec i hubę – dym z tego uspokajał pszczoły. W czasie miodobrania wyciągaliśmy ramki z ula i przynosiliśmy do domu, do sieni, w której stała miodarka. Kiedy któraś z pszczół spadała na ziemię, ojciec podnosił ją delikatnie i wynosił na zewnątrz, troszczył się o każdą.

Użądlenia?

Jego ciało niemal nie reagowało, pojawiały się delikatne zgrubienia i tyle. Miód i jego sprzedaż to był rytuał. Zimą do naszego domu przychodzili ludzie ze wsi po miód, który przelewałam do butelek po wódce. Za te pieniądze rodzice opłacali dla nas podręczniki, buty, ubrania... Dzięki temu, że ojciec był pszczelarzem, nie czułam się gorsza. Pszczelarz to we wsi był ktoś. Dlatego do głowy nie przychodziła mi myśl, że pochodzę z niezamożnego domu.

Kiedyś przyszła?

Pod koniec szkoły podstawowej. W pewnym momencie wprowadzono coś takiego jak dożywianie. Kwalifikowano do niego na podstawie wysokości dochodu w rodzinie. Jednego dnia, to była siódma klasa, wychowawczyni wyczytała nazwiska osób, które będą dożywiane. „Do-ży-wia-ne” – to słowo brzmiało jak wyrok, pokazywało twoje miejsce w hierarchii: jesteś z biednego domu. Kiedy wychowawczyni powtórzyła dwa razy nazwisko Lebda – moje i mojej siostry bliźniaczki – poczułam wstyd i – wtedy nie wiedziałam, jak to nazwać, bowiem poczułam to pierwszy raz, teraz wiem: upokorzenie. To był też ten moment, w którym moje dziewczęce ciało zmieniało się, zaczynałam widzieć w sobie młodą kobietę, chciałam być atrakcyjna, podobać się, imponować rówieśnikom, kolegom i koleżankom w klasie. A tutaj taka stygmatyzacja: biedaki.

I jak Cię dożywiali?

Rodzaj spektaklu: na długiej przerwie pani woźna stawała na środku korytarza, osoby dożywiane ustawiały się w kolejce, każdy dostawał po trzy wielgachne słodkie drożdżówy i po słodkim batoniku. Zdrowe to nie było. Z siostrą opracowałyśmy różne taktyki, by nie stawać w kolejce. Wstydziłam się, może najbardziej tego, jak się na nas patrzy. Sama o nas myślałam: dożywiane, godne współczucia.

Opowiadałaś o tym rodzicom?

Nie skarżyłam się, trzymałam to w sobie. Poza tym mało się rozmawiało w naszym domu, spojrzenia i gesty zastępowały słowa. To było też miejsce z jasno ustalonymi regułami. Każdy wiedział, co ma zrobić – my, dziewczyny, troszczyłyśmy się o rośliny i porządek, pracowałyśmy na roli, starszy brat pracował na polu, opiekował się zwierzętami, majstrował przy maszynach, prowadził ciągnik, zresztą my też. Najbardziej lubiłam wyrzucać gnój spod krów, ten obowiązek podkradałam ojcu.

O!

Tata zajmował się oporządzaniem dużych zwierząt, mama tych drobniejszych. Doiła też krowy, a mleko oddawała do mleczarni. Latem rodzice wstawali o czwartej rano i zaczynali się krzątać po gospodarstwie. Czułam, że nasz dom to wspólnota ludzka, ale też nie-ludzka. Wszyscy mieszkaliśmy pod jednym dachem, stajnia była częścią domu. A każdego roku pod stołem w kuchni mama ustawiała skrzynkę z kurczętami, których doglądała i które dogrzewała żarówką. W naszym domu zwierzęta takie jak koty i psy były pod specjalną ochroną, inne, jak świnie, indyki, kury, kaczki, były zabijane.

W „Łakomych” pojawia się też rosół z gołębia.

Nie gotowało się go ze specjalnego gatunku, nie był to king czy karno, to były te zwykłe gołębie. Kiedy na studiach powiedziałam znajomym, że jadłam gołębie w czasie przechodzenia chorób, byli zszokowani. A dla mnie to był drób, jak indyk czy kura – jako dziecko przyjmujesz reguły świata takimi, w jakich się wychowujesz. Refleksja przychodzi z czasem.

Także refleksja o ubojni opisywanej w „Łakomych”?

Po jednej stronie rodzinnego domu stały ule, po drugiej ubojnia. Okno pokoju, który od najwcześniejszych lat dzieliłam z siostrą, wychodziło bezpośrednio na stronę rzeźni. Zwierzęta przywożono nocą, reflektory aut tworzyły w naszym pokoju coś na kształt dyskoteki. Koło północy budziłyśmy się, obserwowałyśmy błyski na suficie, ścianach. Nie wiedziałam, czy to się śni, czy nie. Pytałyśmy się z siostrą nawzajem, czy to jawa, czy sen, szczypałyśmy się, żeby – miałyśmy nadzieję – wybudzić się z tego. Było to mocno psychodeliczne. Do tego zapach krwi i gnoju dochodzący z ubojni. Oraz ryki krów przeczuwających – tak sobie wyobrażam – że idą na rzeź. Z jednej strony więc straszne miejsce, z drugiej kuszące, budzące zaciekawienie. My, dzieciaki, chodziliśmy podglądać, co się tam dzieje, wkładaliśmy ręce w martwe ciała, dotykaliśmy kości, szczątków. To była zabawa, bez tych wszystkich uczuć pojawiających się wraz z pierwszą śmiercią kochanego zwierzęcia, z którym jest się blisko.

Ta pierwsza śmierć?

Maliny. Z siostrą pasłyśmy krowy. Uciekły nam w wieś i na jednym z podwórek weszły w popielisko, w którym zakopane były ziemniaki oraz druty ze spalonej opony. Jedna z krów zjadła taki drut, pochorowała się, tata zaprowadził ją do ubojni. Do domu wrócił już sam, powiedział, że we wnętrznościach Maliny weterynarz znalazł kawałek drutu, że nie dało się jej uratować. Do teraz mam poczucie winy, że ona zginęła przez moje, nasze niedopatrzenie. W tamtym czasie myślałam, że to koniec świata.

No, a ta refleksja?

Kilka lat później, zdaje się, że w ósmej klasie podstawówki, w gminnej bibliotece trafiłam na „Psalmy” Tadeusza Nowaka. Stały się dla mnie przełomową lekturą, która uzmysłowiła mi, że poezja nie musi dotyczyć tylko spraw wysokich i bohaterskich, ale jej pokarmem są też sprawy przyziemne i prozaiczne, takie jak życie na wsi czy praca. Nowak był czuły na los zwierząt, rozpalał moją pracę wyobraźni, kierował uwagę na to co obok: dzikie i oswojone. I zaczęłam wtedy stawiać niewygodne dla rodziców pytania: dlaczego krowę, którą mamy od dziesięciu lat, prowadzi się do ubojni? Dlaczego nie oszczędza się tych wyjątkowych zwierząt? Mówili, że taki jest porządek, że tak zawsze było, chociaż przecież widziałam, że nie jest im obojętne żegnać krowę, która była z nimi dekadę.

Albo coś takiego: każda kolejna krowa mojego wujka dostawała to samo imię: Baśka. Zresztą inny wujek tak nazywał swoje konie. To też imię mojej siostry. Kiedy więc wołali: „Baśka”, nie wiadomo było, o kogo właściwie chodzi. Zwierzęta, które zabijał człowiek, nosiły ludzkie imiona – to mnie nieustannie porusza. Na znak solidarności z nie-ludzkimi istotami przestałam jeść mięso.

Obraz wypasanych krów wraca w „Łakomych”.

To było obcowanie z dużymi, a przy tym szalenie łagodnymi zwierzętami. Fascynujące jest obserwowanie krów: każda ma swój temperament, humory. Słabość szczególną miałam do Jagody, która po godzinie skubania trawy kładła się na boku i zapadała w drzemkę. Przytulałam się do niej, przykładałam ucho do jej ogromnego cielska. Czułam wtedy, jak wszystko w niej pracuje – drgają mięśnie, bije serce, trwają procesy w żołądku. Lubiłam tę bliskość, w której żywe przytula się do żywego, nie ma podziału, różnic.

Natomiast Róża, bohaterka „Łakomych” ma słabość do małych zwierząt.

Pierwowzorem dla tej postaci jest moja mama, która najbardziej chroniła pająki. Zapewne wiązało się to też z przesądem, że zabicie pająka przynosi ulewne deszcze. Mówiłam wcześniej o kurczaczkach w skrzynce pod stołem. Teraz dodam, że przy tych okazjach czułam zazdrość – widziałam czułość mamy skierowaną na inne istoty, nie tylko nas, dzieci. Wtedy dotarło do mnie, że ona nie należy wyłącznie do nas, że ona matkuje też innym. Było w niej wiele czułości, macierzyństwo rozszerzała na wszystko, co potrzebowało opieki.

Jaka jeszcze była?

Silna. W czasie dwuletniej choroby nowotworowej, przy której jej towarzyszyłam, nie usłyszałam z jej ust słowa skargi, chociaż teraz wiem, że wyzwalające byłoby dla mnie, gdybym zobaczyła ją wtedy płaczącą. Jeśli płakała, to nigdy przy nas. Z siostrą jesteśmy późnymi dziećmi, mama urodziła nas po czterdziestce. W liceum wychowawczyni powiedziała, myśląc o mamie, że mam wspaniałą babcię.

Zabolało?

Bardziej zastanowiło. Zdałam sobie sprawę, że rodzice odejdą wcześniej niż rodzice moich rówieśników. Muszę dodać, że dawali nam wiele wolności, chociaż nie w sprawie edukacji, tu nie mieliśmy wyboru, nasze karty były rozdane od początku. My z siostrą miałyśmy iść do liceum, a potem na studia. Rodzice mieli nadzieję, że Kraków nas zatrzyma, nie chcieli, żebyśmy wracały na wieś.

To chyba dobrze?

W tamtym czasie to było dla mnie bolesne, chciałam zostać na gospodarce. Ale to mój brat, jako pierworodny, został wyznaczony na dziedziczącego. Miał zrealizować jeden cel: skończyć szkołę rolniczą i przejąć ziemię. I tak też się, po latach, stało. Jestem przekonana, że gdyby dostał szansę na wyższą edukację, związałby życie z miastem. Boli mnie, że nie dostał szansy wyboru. Widzę niesprawiedliwość. Mówi się, że kobiety są ograniczane, to prawda, ale w mojej rodzinie było tak, że reguły gospodarskiego domu nie pozwoliły mojemu bratu dalej się uczyć.

Powrót w Beskid Sądecki to spełnienie młodzieńczego marzenia?

To mój drugi powrót, po tym do chorującej mamy. Wtedy zamroziłam krakowskie życie i przyjechałam na wieś, by przez dwa lata zajmować się ukochanym człowiekiem. Mama zmarła ponad dziesięć lat temu, a dopiero teraz mogłam napisać „Łakome”, o których myślałam od dnia odprowadzenia jej ciała na cmentarz.

Chodzi o dystans?

Potrzebowałam czasu i potrzebowałam fikcji, by tę autobiograficzną opowieść otworzyć i zuniwersalizować. Dzięki temu mogłam głaskać swoje traumy, szczerzej mówić o emocjach, upominać się o czułość dla osób, które opiekują się swoimi chorymi. Te dwa lata przy chorobie były trudne – niełatwo jest być z najważniejszym dla siebie człowiekiem, który cierpi, którego ciało na twoich oczach kurczy się, znika. Ludzie opiekujący się śmiertelnie chorymi sami potrzebują wsparcia. Dostają je rzadko. Przyglądam się temu w powieści. Materią są moje doświadczenia, te bolesne, ale i te piękne, jak chociażby to: czytanie mamie na głos wierszy Krystyny Miłobędzkiej i Tadeusza Nowaka.

A tata?

Dumny, jak i mama, że jestem – jak lubili podkreślać – poetką, traktowali to jako awans społeczny, podobnie to, że dostałam się na studia doktoranckie i planowałam związać się z uniwersytetem. Dla nich, ludzi po podstawówce, to było ważne, stąd te naciski, żebyśmy się uczyły.

Utrata taty przyszła też szybko: zmarł nagle pół roku po mamie. Wywróżył sobie to, mówił, że pójdzie za mamą, nikt temu nie dowierzał. I stało się. W punkt. Wtedy w moim rodzinnym domu zamieszkała żałoba. Nie jestem w stanie spędzić tam więcej niż dwa, trzy dni. Zamieszkałam nieopodal, żeby być blisko, ale nie dać się na nowo dotknąć żałobie, którą uruchamia chociażby widok jabłoni, teraz wydającej owoce, a szczepionej przeze mnie i ojca trzydzieści lat temu.

To początek w nowym miejscu?

Od kilku miesięcy żyję w przysiółku, malowniczo osadzonym w paśmie Jaworzyny Krynickiej, usytuowanym ponad moją rodzinną wsią. Wróciłam na moich zasadach. Mieszkam z bliskim mi człowiekiem, psem Dunajem i kotem Klakierem, w domu wybudowanym w roku 1947. Pierwsze, co tu przeniosłam, to biblioteka i od tego momentu to miejsce nazywam domem. Uprawiam trzy odmiany ziemniaków: bellarosę, poleconą przez poetkę i botaniczkę Ulę Zajączkowską, eksperymentuję też z denarem i irgy. Posadziłam je w różnych miejscach, inaczej nasłonecznionych, obserwuję, badam. Nawożę je naturalnymi gnojówkami, które robię z pokrzyw i żywokostu. Zarazy i stonka, odpukać, nie interesują się tymi uprawami. Zbieram grzyby, robię kiszonki i soki, szykując się na białą i mroźną zimę tu, na grani. Więc nowy początek, tak, po stratach, które mnie i moje rodzeństwo dotknęły.

One są policzalne?

Te ludzkie szły tak: utrata jedynej i ukochanej babci, tej od strony mamy, potem, w odstępie sześciu miesięcy, rodziców. W nowy początek biorę moich bliskich zmarłych. Też moją siostrę Magdalenę, która zmarła przy porodzie na dwa lata przed naszym urodzeniem. O jej śmierci usłyszałyśmy z siostrą po raz pierwszy od jednej z ciotek. Powiedziała kiedyś, przy nas, do mojej mamy: „Weroniko, zobacz, Bóg zabrał ci dziecko, żeby za chwilę oddać ci namnożone, dwójkę”. Wstrząsnęło to nami. Z siostrą zastanawiałyśmy się, która z nas jest tą starszą siostrą. Wyobraź to sobie – mała dziewczynka, która pyta samą siebie patrząc na swoje odbicie w lustrze: czy ja jestem sobą? Czy ja rzeczywiście jestem Małgorzatą, czy bardziej zmarłą Magdaleną, która wcieliła się na nowo w ciało?

Mam poczucie, że od momentu, kiedy wyszło na jaw, że miałyśmy siostrę, ona zaczęła w nas i przy nas żyć. W dziecięcym domku na miedzy bawiliśmy się z kuzynostwem w ten sposób, że przygotowując stół do kolacji, jak na wigilii, stawiałyśmy jeden talerz więcej, dla niej. Lub idąc z grupą dzieciaków przez las, oglądałam się za siebie, sprawdzając, czy wszyscy są, czy nikt się nie zgubił. Wierzyłam, że za którymś razem zobaczę Magdalenę.

Jeszcze ta ostatnia śmierć: twojego pierwszego męża, Kacpra, który zginął w Alpach w maju tego roku.

To tragedia nie do opisania słowami. Ta śmierć nie powinna się wydarzyć. Trwam w szoku. A przy tym dla mnie te kilkanaście lat dzielenia codzienności z alpinistą było ekstatyczne i inspirujące. Dzięki niemu sama zaczęłam się wspinać. Równolegle było to życie na nieustannym gigancie niepozwalającym przestać myśleć o śmierci. Kiedy więc przyszła wiadomość o tej tragedii, sparaliżowało mnie. Nie był to jednak pierwszy taki paraliż.

Dwa razy przeżyłam już myślenie, że zginął. Zdarzyło się to w czasie, kiedy wspinał się w Karakorum i Himalajach. Byliśmy umówieni na konkretny czas, w którym po zejściu z gór ma dać mi znać, że wszystko dobrze. Taki dedlajn, do upłynięcia którego mam się nie martwić. Dwa razy o kilkadziesiąt godzin przekroczył te – i tak bezpiecznie ustalone – dedlajny. To było za każdym razem po kilkadziesiąt godzin żałoby. Po czasie okazywało się, że nie kontaktował się z powodów prozaicznych: raz telefon uległ awarii, kiedy indziej wyczerpała się bateria. Ale rysy zostają – kiedy raz pomyślisz o kimś jak o umarłym, to już takim w jakiejś mierze zostaje. Nieznośne, wyczerpujące poczucie. Współczuję wszystkim bliskim Kacpra. Pozwalam sobie też na współczucie wobec siebie.©℗

MAŁGORZATA LEBDA (ur. 1985 r.) jest poetką, autorką tomów poetyckich „Matecznik” (Nagroda im. Stanisława Barańczaka 2017), „Sny uckermärkerów” (Nagroda Literacka Gdynia 2019), i „Mer de Glace” (Nagroda im. Wisławy Szymborskiej 2022). Dorastała w beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka. Doktor nauk humanistycznych, ultramaratonka. We wrześniu 2021 r. zrealizowała projekt „Czytanie wody: Wisła”: wzdłuż najdłuższej polskiej rzeki przebiegła 1113 km. Właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Znak jej pierwsza książka prozatorska, powieść „Łakome”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Małgorzata Lebda – urodzona w 1985 r. Dorastała w beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka. Autorka sześciu książek poetyckich, w tym nagradzanych tomów Matecznik i Sny uckermärkerów (Nagroda Literacka Gdynia 2019). Ostatni tom zatytułowany więcej
Dziennikarka działów Kultura i Reportaż. Biografka Jerzego Pilcha, Danuty Szaflarskiej, Jerzego Vetulaniego. Autorka m.in. rozmowy rzeki z Wojciechem Mannem „Głos” i wyboru rozmów z ludźmi kultury „Blisko, bliżej”. W maju 2023 r. ukazała się jej książka „Kora… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Krowy są dobre