Moje obowiązki w klasztorze są proste. Polegają głównie na malowaniu – mówi.
Kapucyn Marcin Świąder maluje ikony. Nie tradycyjne, jakie wiszą w cerkwiach. Chrystusa, Matkę Bożą i świętych maluje awangardowo.
– Odszedłem od klasycznego malarstwa i maluję innym alfabetem plastycznym – tłumaczy. Swoje ikony nazywa „współczesnymi”. Żeby odróżnić się od ikonografów, którzy kopiują te dawne.
Twórczość traktuje jak głoszenie Ewangelii.
– Stare ikony są piękne, ale dla wielu nieczytelne duchowo – uważa. – Żeby katecheza była skuteczna, potrzeba świeżego stylu.
Czasem mylą go z Nowosielskim.
Ikona Świętej Trójcy
Obiecał sobie, że najsłynniejszej ikony Rublowa nie namaluje, póki nie zobaczy oryginału. Siedem lat temu był w Moskwie i w Galerii Tretiakowskiej kontemplował trzech aniołów siedzących przy stole.
Kopię Trójcy Świętej namalował dla bazyliki Santa Cruz w Oranie, na wybrzeżu Algierii. Świątynia powstała w podziękowaniu za ocalenie miasta od cholery w połowie XIX wieku. Sto lat później Albert Camus osadzi tutaj akcję „Dżumy”.
– Wielka jak ten stół – brat Marcin wraca do swojej Trójcy Świętej, wskazując na blat, na którym tworzy. – Waży z siedemdziesiąt kilo – dodaje. Mnie pokazuje mniejszą kopię.
Tę wielką malował na beatyfikację algierskich męczenników, których trzydzieści lat temu zamordowali islamscy fundamentaliści. Było wśród nich siedmiu francuskich trapistów z Tibhirine. Beatyfikacja odbyła się w 2018 roku w Oranie.
– To ostatnia ikona, jaką namalowałem w tradycyjnym stylu bizantyjskim.
Pracownia
Kapucyni w Krośnie są zaraz za rynkiem. Zakonników prawie trzysta lat temu sprowadził wojewoda krakowski Jan Klemens Branicki.
– Obiad? – pyta filigranowy zakonnik w brązowym habicie, z brodą do pasa. Ledwo się przywitaliśmy, prowadzi do refektarza. Stawia talerz z grochówką, na drugie przynosi rybę.
– Ikona to powrót do źródeł chrześcijaństwa – mówi brat Marcin, gdy wychodzimy z klasztornej jadalni. Lubi opowiadać o Janie Damasceńskim, który radził, by niewierzącego zaprowadzić do kościoła i postawić przed ikoną. I o Tomaszu Mertonie, który przed rzymską mozaiką nawrócił się i został trapistą.
– Idziemy do pracowni – prowadzi mnie zabytkowym korytarzem.
Na dużym stole pędzle, pigmenty, rozpoczęta kolejna ikona. Na półkach książki: o ikonach, albumy Rafaela, Michała Anioła, Caravaggia. Na grzbietach kilku tomów nazwisko: Jerzy Nowosielski.
Brat Marcin spędza tu po dziesięć godzin dziennie.
– W niedzielę mniej – śmieje się.

Ikona Mandylion
Upiera się, że pierwszy mandylion (obraz oblicza Chrystusa) jest w Ewangelii.
„Ujrzał i uwierzył” – czyta fragment, jak apostołowie Jan i Piotr w pustym grobie zobaczyli leżące płótna oraz chustę, w które owinięto Jezusa po zdjęciu z krzyża. Na chuście była twarz Chrystusa.
– A Weronika? – pytam o szóstą stację drogi krzyżowej, gdzie święta podała Jezusowi chustę.
– To pobożna legenda. Wzięła się od słów: „vera icon”, co znaczy: „prawdziwy obraz” – tłumaczy.
Mandyliony maluje w różnych rozmiarach. Miniaturowe rozdaje w prezencie. W Wielką Sobotę wstawił jeden na Facebooka. Twarz Jezusa podłużna, nimb czerwony – jak u Nowosielskiego.
Hipisowanie
– Już w podstawówce chciałem żyć jak święty Franciszek z Asyżu – mówi.
Rocznik 1976, z Mielca. W czwartej klasie siostra felicjanka opowiada o Franciszku. Na przeźroczach pokazuje sceny z życia Biedaczyny (Marcin nie wie jeszcze, że pół wieku wcześniej malował je polski kapucyn Efrem Klawitter).
Dziesięciolatka pociąga prosty, spontaniczny styl Franciszka. To samo widzi u zakonnic. Pamięta, jak jedna z nich zasłabła na ulicy i umarła. Przyszła inna siostra, płakała.
Nie chce chodzić na pierwszomajowe pochody (w przemysłowym mieście władza urządza je z pompą). Ktoś ulepił bałwana z wielkimi uszami – wszyscy wiedzą, że to Urban. Marcin pokazuje zdjęcie bałwana w szkole, wychowawczyni wzywa mamę.Z klatki schodowej ściągnął czerwoną flagę, ktoś doniósł, ojciec musi zapłacić kolegium. – Ale w domu pochwalił mnie za to – wspomina.
Upada komuna. Idzie do liceum medycznego. – Jestem niedoszłym pielęgniarzem – zaznacza. Uczy go elita mieleckich nauczycieli. Nie trzeba już chodzić na pochody, w sklepach pełno towarów, oprócz „Leżajska” jeszcze dziesięć innych gatunków piwa. No i wszystko teraz wolno.
W polityce solidarnościowa „wojna na górze”: zwolennicy Lecha Wałęsy z jednej strony, z drugiej obóz premiera Tadeusza Mazowieckiego. W czasie kampanii prezydenckiej Marcin rozlepia z kolegami na mieście plakaty i Wałęsy, i Mazowieckiego.
– Nie rozróżnialiśmy politycznych niuansów, dla nas obaj byli uosobieniem Solidarności – mówi.
Słuchają Ryszarda Riedla. „Ryśka”, jak do dziś nazywa go Marcin. Założyli kapelę.
– Jeden z kolegów miał jego głos – mówi.
Od dziecka w harcerstwie (alternatywnym wobec peerelowskiego), angażuje się w ekologię. Gdy pod Mielcem ma powstać spalarnia śmieci przemysłowych, całą noc plakatują miasto.
– Upieprzyliśmy tę spalarnię.
Ma w sobie wtedy sporo buntu. Nosi długie włosy, oddalił się od Kościoła.
– To było takie moje hipisowanie – opisuje tamten czas.
Wiosną, przed maturą, idzie na rekolekcje. W mieleckiej bazylice (tam był chrzczony) ksiądz położył na posadzce krzyż. Rozpłakał się przy nim. Po rekolekcjach codziennie był na mszy.
Kilka miesięcy później założył kapucyński habit.
Ikona Krzyża
Przypomina krzyż z San Damiano, z którego Ukrzyżowany miał mówić do świętego Franciszka.
Chrystus na ikonie brata Marcina wygięty jak w tradycji bizantyjskiej. Nie z bólu. To nawiązanie do miedzianego węża na pustyni, którego Mojżesz kazał umieścić na palu.
Pierwsza scena pokazuje ostatnią wieczerzę („Wspólnota, którą karmi krew Jezusa Chrystusa” – tłumaczy na nagranej katechezie), następna – umywanie nóg („Na tym polega służba, że można iść do drugiego człowieka i mu służyć”), kolejna – Chrystus przywiązany do słupa („Można dać się zranić, nie broniąc się”), wreszcie – proces przed Piłatem („Można dać się niesprawiedliwie osądzić”).
Wersji ikony krzyża namalował wiele. To jego ulubiony temat.
Cappuccino
W kaplicy felicjanek w Mielcu wisiał obraz Feliksa z Cantalice, pierwszego kapucyńskiego świętego. Tak poznał założony w XVI wieku zakon, który oddzielił się od „brązowych” i „czarnych” franciszkanów. Też noszą brązowe habity, ale ze spiczastym kapturem.
– Cappuccini! (kapturowi) – krzyczały za nimi włoskie dzieciaki. Stąd miała się wziąć nazwa zakonu. A od jego koloru – znane wszystkim cappuccino.
– Powinno mieć kolor kapucyńskiego habitu, ale bynajmniej nie jego zapach – Marcin powtarza zakonny żart.
Jeszcze przed maturą pojechał do kapucynów na Loretańską w Krakowie. Widzi braci z długimi brodami, w sandałach na bosych stopach, wygłupiających się przy obiedzie.
– Od razu wiedziałem, że to moje miejsce.
Ikona Krzyż Poranka
Na Youtubie kapucyn z zaczesanymi do tyłu długimi włosami i siwiejącą brodą siedzi przed drewnianą cerkwią. Trzyma ikonę z Chrystusem na zielonym krzyżu, od zieleni bije światło.
„Tak jak świt, poranek, wschód słońca rozświetla ziemię, tak zmartwychwstanie Chrystusa rozświetliło rzeczywistość człowieka” – objaśnia ikonę.
Na scenach: trzy Marie biegną do grobu z wonnościami; Maria Magdalena w ogrodniku rozpoznaje Zmartwychwstałego; uczniowie odnajdują Mandylion; Chrystus wchodzi do wieczernika przez zamknięte drzwi; w Emaus uczniowie poznają Jezusa przy posiłku; połów ryb.
Zakonnik: „Światło poranka wielkanocnego pozwala nam żyć, mieć optymizm, iść za Jezusem Chrystusem i mieć niezłomne przekonanie, że krzyż to drzwi do zmartwychwstania”.
Deska
– Ikona była zawsze dla mnie ważna, bo ważna była dla Franciszka – mówi.
Jest po ślubach wieczystych i święceniach. W szkole w Bytomiu uczy religii. Dla uczniów organizuje tygodniowe warsztaty malowania ikon. W galerii „Na bruku” Jana Guta zajęcia prowadzi Iryna Bołdina-Styczeń. Sam też bierze udział.
– Z tego kursu dziś tylko ja maluję – mówi.
Po warsztatach technikę malarstwa temperowego zgłębiał przez kilka lat w pustelni w Zagórzu koło Pilzna. Wtedy maluje jeszcze w stylu bizantyjskim. Na przykład kapucyńskich świętych. Jest ich około pół setki, namalował chyba ze trzydziestu.
Po ośmiu latach trafia do Katowic. Z kilkoma braćmi żyje i ewangelizuje w biednej dzielnicy Załęże. Z bezdomnymi jedzą zupę w darmowych jadłodajniach, bywa, że śpią z nimi w schroniskach. Marcin nie ma pieniędzy na materiały malarskie. Deski znajduje na śmietnikach, często ze starych mebli.
Potem jest Skomielna Czarna koło Makowa Podhalańskiego. Zakłada tam pracownię malowania ikon, której patronuje św. Jan Damasceński – obrońca malarstwa ikonowego w czasach ikonoklazmu.
Od kilku lat w Krośnie. Z współbraćmi próbował w Krynicy-Zdroju założyć dom, gdzie mogłaby żyć wspólnota zakonna otwarta na przyjmowanie artystów. Nie udało się.
Namalował prawie tysiąc ikon. W greckokatolickiej kaplicy w Szczepkowie Borowym na Mazurach skończył niedawno polichromię i ikonostas. Nazwał ją „kapsułą chrześcijaństwa”.
– Starałem się rozmalować historię zbawienia – tłumaczy. – Gdyby chrześcijaństwo zgasło na całym świecie, to wchodzący do świątyni mógłby je na nowo odtworzyć.

Ikona Dobrego Łotra
Mężczyzna odziany w przepaskę na biodra, jakby zmieszany, tuli do siebie krzyż, na którym umarł z Chrystusem.
Brat Marcin pokazał tak świętego Dyzmę – Dobrego Łotra, który przed śmiercią żałował za grzechy.
„Dobry Łotr wydaje się zawstydzony i zaskoczony tym, że to właśnie on otwiera orszak świętych, zasłania golenie myśląc, że są połamane. Tymczasem jego ciało jest już chwalebne, został usynowiony i wprowadzony do domu Ojca” – napisał w komentarzu.
Ikonę „Dobrego Łotra” namalował na starych drzwiach.
Mistrz
Mistrzów ma trzech: Andriej Rublow, Jerzy Nowosielski i Kiko Argüello (też malarz ikon, studiował malarstwo w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie, wspólnie z Carmen Hernández inicjował Drogę Neokatechumenalną).
Czemu Rublow?
– Bo trudno mówić o ikonie, nie dotykając jej historii.
Tak samo ceni Teofana Greka (bez niego nie byłoby Rublowa) i Szymona Uszakowa.
– Studiowanie ich dzieł pokazało mi, że ikona to nie tylko wysmakowany warsztat, ale i odzwierciedlenie czasu, w którym powstała – mówi. Wszak, tłumaczy, Teofan Grek malował schematycznie i prosto, Rublow był mistrzem światła, a tworzący w XVII wieku Uszakow czerpał z zachodniego malarstwa.
Czemu Nowosielski?
– Bo korzystając z bizantyjskiego kanonu i sztuki współczesnej, stworzył świeży alfabet plastyczny, który przemawia do ludzi będących na opłotkach Kościoła: do szukających albo tych, którzy wiarę stracili. Dla nich ikony Nowosielskiego są często spotkaniem z Chrystusem.
A Kiko?
– Podobnie jak Nowosielski, odświeżył kanon. Widać u niego wpływy awangardy – mówi.
Otwiera album z twórczością Argüello. Oglądamy freski z cyklu Korony Misteriów, które namalował w kościele świętego Bartłomieja Apostoła w Scandicci koło Florencji.
– Patrzysz na jego ikony i widzisz nawiązanie do impresjonistów, późnego Matisse’a, Picassa – pokazuje kolorowe reprodukcje.
Z ich dwóch woli Nowosielskiego. – Bo to Słowianin i jego nostalgiczny styl bardziej do mnie przemawia – przekonuje. Żałuje, że nigdy go nie spotkał.
Ikona Zaśnięcie Bogurodzicy
Wszystko dzieje się jednocześnie.
Na dole: Ciało Matki Bożej spoczywa na katafalku. Otaczają je apostołowie i starożytni ojcowie Kościoła. Że to koniec ziemskiego życia Bogurodzicy – pokazuje zgaszona świeca.
Powyżej: Chrystus trzyma w rękach odzianą w biel maleńką postać („Maryja oddaje swoją duszę w ręce Syna” – czyta lektor na Youtubie).
U góry: dwaj aniołowie unoszą obłok z podobizną Maryi.
„Chrześcijanin nie umiera, tylko zasypia. Cmentarz chrześcijański to sypialnia, gdzie oczekujemy na zmartwychwstanie ciała i pełnię życia wiecznego w przyszłym świecie. Jak Bóg da” – słychać komentarz.
Fraternia
Drewnianą cerkiew Przemienienia Pańskiego w Czerteżu koło Sanoka postawili dawno temu grekokatolicy. Po wojnie wysiedlono ich (akcja „Wisła”). Świątynię przejęli katolicy, którzy potem postawili swój kościół i cerkiewka była pusta.
– Sława Isusu Christu! – wita brat Justyn Rusin. Zaczesane do tyłu długie włosy, siwiejąca broda. Posługiwał na Ukrainie: w Krasiłowie, Winnicy i Użgorodzie. Jest birytualistą – liturgię odprawia w rytach łacińskim i wschodnim. To on opowiadał na Youtubie o ikonie Krzyż Poranka.
– Być może będzie tu nasza fraternia – mówi brat Marcin, gdy wchodzimy do domu przy cerkwi.
Fraternię założył kilka lat temu ze współbraćmi. „Celem naszego działania jest poszukiwanie piękna zawartego w sztuce i dzielenie się Dobrą Nowiną” – przedstawiają się na Facebooku.
Są w różnych klasztorach. Szukają miejsca, gdzie będą się spotykać, modlić, prowadzić warsztaty.

Ikona Krzyż Nocy
Ideę wymyślił, gdy czuwał przy łóżku umierającej mamy.
Krzyż ciemnoniebieski, jak nocne niebo. Boczne sceny też dzieją się nocą: Chrystus w nocy rozmawia z Nikodemem; umywa nogi apostołom; nocą każe iść po jeziorze Piotrowi; przed świtem Piotr zdradza Mistrza.
„Któż z nas nie miał, nie ma lub nie będzie miał czasu ciemności, czasu smutku, depresji, choroby, strachu o siebie lub bliskich? Kto z nas nie miał nocy?” – pyta znowu na Youtubie brat Justyn.
I pociesza, że „bez krzyża nie ma zmartwychwstania, bez nocy nie ma poranka. Dlatego ten egzystencjalny obraz to obraz naszego życia, naszego cierpienia i smutku, ale także naszej nadziei”.
Plener
Na dziedzińcu Muzeum Historycznego w Sanoku kilkadziesiąt dużych fotografii w drewnianych stelażach. Na zdjęciach Chrystus na krzyżu, Matka Boża, sceny z Ewangelii.
„Światło niestworzone” – nazwał plenerową wystawę swoich ikon. Pokazano je już w kilkunastu miastach.
– Zależało mi, żeby były w przestrzeni niesakralnej – mówi. W Kielcach wystawa była na dworcu, w Lublinie na placu Litewskim, w Rzeszowie przed urzędem marszałkowskim. W Sanoku wystawiona jest przed muzeum z największą na świecie kolekcją obrazów Zdzisława Beksińskiego.
– To dla ludzi, którzy do kościoła czy cerkwi nie pójdą. A do galerii – tak.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















