Relacja z Libanu. Konflikt Izrael-Hezbollah wywołał największy kryzys uchodźczy w historii

Uciekając przed nalotami i ofensywą lądową Izraela, w ciągu dwóch tygodni swoje domy musiało opuścić 1,2 miliona ludzi, prawie co czwarty mieszkaniec Libanu. Przyzwyczajeni do niewydolności swego państwa, dręczonego już wcześniej licznymi kryzysami, w obliczu wojny ludzie starają się pomagać sobie nawzajem.
z Libanu
Czyta się kilka minut
izraelski atak na Liban, uchodźcy z Bejrutu
Uciekinierzy z bejruckiej dzielnicy Ad-Dahija szukają schronienia w parkach i wzdłuż morskiego wybrzeża. Południowy Bejrut, 5 października 2024 r. // Fot. Houssam Shbaro / Anadolu / ABACAPRESS.COM / East News

Plaża Ramlat al-Baida w Bejrucie tętni życiem. Dorośli parzą kawę w tygielkach, dzieci bujają się na huśtawkach i biegają dookoła. Grupa chłopców bawi się z niewielkim czarnym kundelkiem, co i rusz rzucając mu plastikową butelkę do aportowania.

Tylko rozłożone w plażowych domkach materace i ubrania suszące się na deskach surfingowych i kajakach pozwalają zorientować się, że to nie zwyczajne rodziny cieszące się wolnym dniem w gronie najbliższych. To libańscy uciekinierzy, uchodźcy wewnętrzni, którzy poza plażą nie mieli dokąd pójść.

Konflikt między Izraelem a Hezbollahem wywołał być może największy kryzys uchodźczy w historii – uwzględniając proporcje: liczbę uciekinierów na liczbę mieszkańców kraju. W ciągu zaledwie dwóch tygodni z domów musiało uciekać 1,2 miliona ludzi, a więc prawie co czwarty mieszkaniec Libanu, kraju o pięciomilionowej populacji. Od kiedy 24 września zaostrzyły się izraelskie naloty, Ad-Dahija, dzielnica na południowych przedmieściach Bejrutu, wcześniej zamieszkana głównie przez szyitów, została praktycznie wyludniona. Opuścili ją niemal wszyscy spośród pół miliona mieszkańców.

Bejrut był dla nich domem, od kiedy 13 lat temu uciekli z Syrii do Libanu

Wael i jego rodzina uciekli, gdy bombardowania były już tak blisko, że „czuli, jakby bomby spadały im na głowy”.

– Cały dom zaczął się trząść. Jeden wybuch, drugi, trzeci – tak Wael opisuje noc, kiedy w desperackim pośpiechu opuścili swoje mieszkanie w Ad-Dahija. Bejrut był domem dla tej rodziny od 2011 r., gdy uciekła przed wojną w sąsiedniej Syrii. – Myśleliśmy, że docieramy w bezpieczne miejsce, ale teraz jest jeszcze gorzej. Wszystko zaczęło się od początku – podsumowuje gorzko mężczyzna.

Zamieszkali na plaży, bo nie mogli znaleźć miejsca w przepełnionych szkołach, pospiesznie przerabianych na schroniska dla uciekinierów. Poza tym słyszeli, że pierwszeństwo w kolejce mają Libańczycy. Ich nowym domem stał się więc drewniany podest na plaży, gdzie na kilkunastu metrach kwadratowych żyje teraz kilka rodzin. Miejsca nie wystarcza dla wszystkich; sen stał się luksusem, który muszą racjonować, zażywając odpoczynku na zmianę.

Waela najbardziej martwi, jak ta sytuacja wpłynie na jego dzieci. – Przecież to nie ich wina – tłumaczy.

Izrael twierdzi, że atakuje Hezbollah, ale bomby spadają na wszystkich

Rodzina Waela opuściła dom tak, jak stała. Jedyny element dobytku, który udało im się uratować, to klatka z żółtym kanarkiem, którego śpiew towarzyszy naszej rozmowie. Zapytani, czemu zabrali akurat ptaszka, żartują, że nie dali rady wziąć ze sobą pralki.

Wprawdzie Wael próbował wrócić do Ad-Dahija i odzyskać choćby najpotrzebniejsze przedmioty, jednak członkowie Hezbollahu i libańskich służb mundurowych nie pozwolili mu na to.

Jad al-Rayess, pracownik humanitarny, który koordynuje dostarczanie pomocy na miejską plażę, tłumaczy, że wiele rodzin próbuje wracać do Ad-Dahija i uratować choć część dobytku. – Oni uciekali, ratując życie, z pustymi rękoma. Jadą tam w dzień i na noc wracają tutaj, szczególnie, że to w nocy bombardowania są najintensywniejsze – wyjaśnia Jad al-Rayess.

Taka podróż to jednak igranie z ogniem nawet w ciągu dnia. Uważane za bastion Hezbollahu, te szyickie dzielnice są bombardowane bezlitośnie od niemalże dwóch tygodni. Izrael twierdzi, że atakuje pozycje i infrastrukturę Hezbollahu. Jednak zniszczeniu ulegają głównie obszary mieszkalne.         

– To były sceny jak z horroru. Nie rozróżniają, na kogo spadną bomby, na dowódców, bojowników czy cywili. Uderzają we wszystkich, gdzie popadnie – uważa 47-letni Mustafa, który od tygodnia koczuje ze swoją rodziną przed meczetem Al-Amin przy placu Męczenników.

W tym historycznym miejscu – głównej scenie antyrządowych protestów w 2019 r. – zgromadziło się tysiące podobnych, wyczerpanych, przerażonych rodzin. Większość opowiada tę samą historię: mimo licznych, często codziennych prób, nie udaje im się znaleźć miejsca w żadnym z tymczasowych schronisk. ONZ twierdzi, że większość spośród ok. 900 takich obiektów, ustanowionych przez libański rząd, nie jest już w stanie przyjąć kolejnych osób.

Liban już wcześniej mierzył się z kolejnymi kryzysami, teraz doszła wojna 

W przeciwieństwie do wyludnionych południowych części miasta, centrum i północ Bejrutu są wyjątkowo zatłoczone i gwarne. Samochody nie mieszczą się na ulicach; wiele z nich ma rejestracje gubernatorstw (odpowiednik polskich województw) Południowego Libanu i An-Nabatijja, w których Izrael wydał nakaz ewakuacji aż 70 miejscowości. W zwykle pustawych hotelach teraz nie sposób znaleźć wolnego pokoju, a ceny najmu mieszkań poszybowały w górę. Wiele osób koczuje na ulicach, w parkach czy pod mostami.

Libański  rząd tymczasowy nie jest w stanie odpowiedzieć na zaistniały kryzys – już wcześniej kraj mierzył się zresztą z wieloma innymi kryzysami. 98-procentowa utrata wartości przez libańską walutę, hiperinflacja, polityczna niestabilność w połączeniu teraz z konfliktem zbrojnym to mieszanka wybuchowa. Ulice toną w śmieciach, prąd dostarczany jest przez kilka godzin dziennie, a szpitale i kliniki mają problem z udzielaniem podstawowych świadczeń. Pomocy uciekinierom nie dostarcza także Hezbollah, skoncentrowany na walkach z Izraelem.

Próżnię starają się wypełnić organizacje pozarządowe i prywatne inicjatywy, które w różnych częściach Bejrutu dystrybuują materace, wodę i żywność. Przyzwyczajeni do niewydolności swojego państwa, Libańczycy w trudnym czasie pomagają sobie nawzajem. – Poczucie przynależności, wspólnotowości, pomaga nam przetrwać – uważa Jad al-Rayess, który koordynuje wysiłki na plaży.

Atmosfera w Bejrucie jest napięta, w powietrzu krążą izraelskie drony

Wsparcie zapewniane przez organizacje i wolontariuszy to jednak kropla w morzu potrzeb. Większość rodzin, z którymi rozmawiał „Tygodnik”, nie otrzymała żadnej pomocy. – Próbuję znaleźć lekarstwa i ubrania dla dzieci, które rozchorowały się po deszczowej nocy. Rząd nie zapewnia nam niczego – mówi 41-letnia Nazmieh, która opuściła swój dom wraz z 11-osobową rodziną po otrzymaniu izraelskiego esemesa z nakazem ewakuacji. – Dostaliśmy tylko trochę wody i jedzenia dla dzieci od prywatnych osób.

Atmosfera w Bejrucie pozostaje napięta. Mieszkańcom miasta towarzyszy nieustający dźwięk izraelskich dronów, który wielu uważa za element wojny psychologicznej.

Najgorsza pozostaje jednak niepewność. Choć początkowo izraelskie naloty ograniczały się do południowych przedmieść, w czwartek 3 października bomby spadły na placówkę medyczną w dzielnicy Baszura w samym centrum miasta. Wybuch, który było doskonale słychać na odległym o zaledwie dwa kilometry placu Męczenników, wywołał wśród koczujących tam ludzi przerażenie, że miejsce, w które uciekli, wkrótce także przestanie być bezpieczne.

„Potrzebujemy jedzenia, wody, sytuacja jest beznadziejna” – Ghiyab, matka dwojga dzieci

Czteroletnia Aileen wybucha płaczem za każdym razem, gdy słyszy głośniejszy dźwięk.

– Ta sytuacja ją straumatyzowała – uważa Dżamil, ojciec dziewczynki. On sam, jak tłumaczy, przeżył czasy wielu niepokojów. – Pamiętam wojnę w roku 1982, pamiętam rok 2006. Kiedy ciągle trwają bombardowania losowych miejsc, ludzki mózg nie jest w stanie działać normalnie – opowiada Dżamil. – Spodziewamy się, że będzie jeszcze gorzej, ciągle bombardowane są kolejne miejsca.

Czteroosobowa rodzina całe dnie i noce spędza na gołej ziemi. Dzielnicę Ad-Dahija opuścili pieszo, z dwojgiem dzieci, w środku nocy. Maszerowali od trzeciej do pół do siódmej rano. Gdy wrócili, aby sprawdzić, co stało się z ich domem, potwierdziły się ich najgorsze obawy. Cały budynek został obrócony w gruz.

– Nie wiemy, co zrobimy, kiedy zacznie padać i przyjdą chłodniejsze dni. Nie mamy dokąd pójść ani gdzie się schronić – martwi się Ghiyab, żona Dżamila. – Potrzebujemy jedzenia, wody, sytuacja jest beznadziejna. Oby Bóg dał nam cierpliwość, bo nie wiemy, co jeszcze może się wydarzyć.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ponad milion wygnańców