Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ręka w rododendronach

Ręka w rododendronach

21.10.2012
Czyta się kilka minut
Powracająca po długim milczeniu Zyta Oryszyn zdaje się być dla współczesnego czytelnika za trudna, jej proza zbyt bolesna. Bo co prawda lubimy ból, ale raczej plastikowy lub podany z odpowiednimi przyprawami...
.

...Męki bohaterów Oryszyn są nieupozowane, a przez to – niemal nie do przyjęcia.

Recenzje poświęcone „Ocaleniu Atlantydy” Zyty Oryszyn zaczynają się od szukania formuły, która opisałaby fenomen nieobecności w obiegu czytelniczym pisarstwa, którego ciężar gatunkowy po przeczytaniu kilku akapitów każdemu wydaje się niepodważalny. Poprawiałam to pierwsze zdanie dziesięć razy, zostaje w konwencjonalnej postaci. Co znaczy „nieobecność”? Nieopisanie w podręcznikach, niewypożyczanie z bibliotek? Dariusz Nowacki (w „Gazecie Wyborczej”) dyskutuje z okładkowym sądem Janusza Andermana, nazywającym tę książkę „powtórnym debiutem”, zwracając uwagę na fakt, iż dorobek pisarki był przypominany, nawet w pewnym sensie stabilizowany przez włączenie do serii „Kanon Literatury Podziemnej”, ale bezskutecznie.

Dlaczego? Tej kwestii Nowacki nie omawia, dopowiedzieć więc sobie możemy – i to jest jedna z możliwych hipotez – że Oryszyn jest dla współczesnego czytelnika za trudna, jej proza zbyt bolesna, opisane sprawy zaś (w takiej odsłonie) nie znajdują zainteresowania. Bo co prawda lubimy ból, ale raczej plastikowy lub podany z odpowiednimi estetycznymi i dyskursywnymi przyprawami, interesujemy się powojennymi wędrówkami ludów, przesiedleniami, wykorzenieniem, PRL-em, jednak pisarze kolejnych generacji dali nam takie opracowania tych tematów, przy których powszednie męki bohaterów Oryszyn wydają się nieupozowane, a przez to – niemal niemożliwe do przyjęcia.

Coraz więcej z nas, plemienia czytelników, PRL ledwo pamięta, a drugi obieg ma za fakt polityczny, dziwne przedłużenie wykwitów zaborczej cenzury, bo wiek XIX i lata 70. są równie odległe, a przeszłość kojarzy się raczej z pierwszym rowerem BMX niż z aresztowaniami. Starsi, pamiętający, czują się zobligowani do okazywania szacunku wysiłkom młodych, z płytszą pamięcią, za to z szerszymi uprawnieniami do bycia gwiazdami literatury. Mogę się mylić, może Zyta Oryszyn ma szansę zająć pozycję Kobiety Mądrej, jedynej po Kobiecie Młodej mającej prawo do swojej publiczności?

Umiejscowienie

Można o tym pisarstwie napisać na parę sposobów. Najłatwiej w ramach odświeżania kanonu, pokazać jego miejsce i przyczyny pokutowania na marginesie podręczników historii literatury najnowszej. Przyczyn takiej marginalizacji upatrywać można w tym, że jest to twórczość kobiety, w swej „środkowej” i najważniejszej części wydana w drugim obiegu.

Artystycznej prozy kobiet w wydawnictwach niezależnych wyszło stosunkowo niewiele, tylko część została następnie ogłoszona w większych nakładach. Po wydawniczych przygodach do historii literatury weszła powieść „Agitka” Anny Bojarskiej. Niewznowione rozliczenie z sobą, „Guma do żucia” Doroty Terakowskiej, zostało wykorzystane we wspomnieniach Katarzyny T. Nowak „Moja mama czarownica”. Jednak dorobek lat 80. z perspektywy czasu wydaje się niedoceniony i wart ponownej lektury, można prześledzić wspólne tematy i łączącą pisarki wrażliwość. Nie chcę pisać „kobiecą wrażliwość”, bo ta kategoria wiedzie w tym przypadku na manowce. Rzecz w tym, że w tekstach Hanny Krall, Iwony Smolki, Krystyny Kofty, Anny Bojarskiej, Idy Fink, Doroty Terakowskiej, Bogusławy Latawiec, napisanych i opublikowanych między 1976 a 1989 r., widoczny jest mariaż psychologizmu z realizmem, wyczulenie na polityczne uwarunkowania i coś, co niedługo potem zaczęliśmy nazywać kwestią tożsamości, rozszczepiając ją na płeć, etniczność, pochodzenie, doświadczenia traumy. Zyta Oryszyn w tym katalogu zajmuje bardzo ważną pozycję.

Biografia twórcza

Zyta Oryszyn, czyli Zyta Kaczyńska z domu Bartkowska, przez 10 lat żona Edwarda Stachury, zadebiutowała w 1970 r. powieścią „Najada”, wyróżnioną Nagrodą im. Wilhelma Macha, przyznawaną przez Zarząd Główny Związku Literatów Polskich za debiut. Sąsiedztwo innych nagrodzonych debiutantów mogłoby wskazać, jaka proza była ceniona w latach istnienia nagrody (1968-81). Na liście znajdziemy między innymi Janusza Andermana, Jana Dżeżdżona, Marka Słyka, Józefa Łozińskiego. Oryszyn była jedyną kobietą w tym gronie. W 1971 r. opublikowała „Melodramat”, a w 1972 r. „Gaba-Gaba, czyli 28 części wielkiego okrętu”. Ten pierwszy okres twórczości wydaje się intensywny, niezapowiadający zniknięcia na dekadę. „Czarna iluminacja” wychodzi w wydawnictwie NOWA w 1981 r. W 2009 r. „Madam Frankensztajn. Czarna iluminacja” zostaje wznowiona przez Bellonę w serii „Kanon literatury podziemnej”. Patrząc na daty, można odnieść wrażenie, że Oryszyn wypuszcza w świat książkę raz na dekadę, ale oczywiście historyczka literatury widzieć musi tę cykliczność nieco inaczej.

Na początku lat 70. powstały trzy średniej objętości powieści o tematyce współczesnej; powieści, które zaliczyć należy do nurtu psychologicznego. Już w nich widać zalążki przyszłych wielkich tematów Oryszyn. Tematy te skłaniają do porównań z Hanną Krall i Idą Fink – Oryszyn opisuje wojnę, przesiedlenia, stalinizm. Wydawałoby się więc, że powinna trafić do monografii badaczy zainteresowanych polskimi odmianami literatury posttraumatycznej, regionalnej i postzależnościowej.

Spójrzmy raz jeszcze na tę całość: między latami 70. a 90. mamy „dwie fale”. Po pierwszej (trzy powieści w dużych oficynach), dobrze wpasowanej w język prozy lat 70., powstały trzy minipowieści (już „podziemne), w których elementy psychologiczne były ważne, kluczowe, ale następowała radykalizacja punktu widzenia, ścieśnienie narracji wokół zdarzeń w zdeprawowanej rzeczywistości komunistycznej.

Wydana obecnie książka zawiera wznowienie jednej z próz „okresu środkowego” – „Cudza skóra, czyli historia choroby, historia żałoby”, wchodzi w skład „tryptyku”: „Madame Frankensztajn”, „Czarna iluminacja”, „Historia choroby, historia żałoby”. Pozostałe części „Ocalenia Atlantydy” są formalnie opowiadaniami, które poza kwalifikacjami gatunkowymi nazwę okruchami, dopowiedzeniami. „Skrawkami” – znów nasuwa się analogia z tytułem zbioru opowiadań Idy Fink. Oczywiście, nie zamierzam sprzeciwiać się nazywaniu „Ocalenia Atlantydy” powieścią i nie dla pustej zabawy w poetykę odtwarzam genezę, czy raczej genetykę tekstów, lecz po to, by zobaczyć wywoływany przez nie kalejdoskopowy pokaz istniejącego za kulisami książki świata. Czy u jego podstaw leży biografia pisarki?

Wydaje się, że Zyta Oryszyn opowiada tę samą historię, dodając do niej kolejne epizody, wprowadzając kolejnych bohaterów, cofając się i nie dając nadziei na uwolnienie z kręgu pierwotnej opowieści. Porównanie z kalejdoskopem jest ryzykowną obietnicą, ponieważ nie znajdziemy w „Ocaleniu Atlantydy” wielobarwnej rozsypanki, wyczarowującej fantazyjne, geometryczne wzory. Nie, raczej szarość, czasem rozmaz krwi, wyjątkowo zaś – płatki rododendronów, zwanych w nowej rzeczywistości „azaliami karpackimi”. Azaliami, gdyż rododendron „to germanizm, czyli hitleryzm”. Lepiej wystrzegać się słów, wielu słów, w końcu nie wiadomo jakich. Ukryć się za sloganem, transparentem, gwarą. Co i tak nie pomoże.

Melodramaty

Miejscem akcji wszystkich próz Oryszyn są Ziemie Odzyskane (czy nadal można używać tej nazwy?), zwykle Dębno i Leśny Brzeg na Dolnym Śląsku. Główni bohaterowie przyjeżdżają tu z Beskidu Niskiego, z Karpat, z okolic Sanoka (skąd pochodzi, urodzona w 1940 r., pisarka). Sanok to swoją drogą także miejsce urodzenia Mariana Pankowskiego i miejsce akcji jego powieści „Pątnicy z macierzyzny”. Sanok, o którego położeniu „w centralnej Polsce” mówią w latach 50. dorośli, wywołując zdziwienie i dezorientację dzieci. Przesunięcia pojęć, geografii, języka stanowią jeden z najważniejszej tematów tej prozy, a zarazem sposób na pokazanie tego, czym stał się świat: absurdalną i groźną dla życia konstrukcją, co najbardziej poruszająco, wstrząsająco, mocno zostanie opisane w „Historii choroby”. Jej młody bohater wzięty na przesłuchanie demaskuje rodzinę, ojca i babkę, po czym zabija się, próbując ucieczki przez okno. Najbardziej poruszający jest rozdźwięk między oczekiwaniami, będącymi wyrazem jako takiego wpasowania w codzienność, a ciągłą obecnością w niej sąsiadów-denuncjatorów i bezpieczniaków.

„Wacio zdumiał się, że ma siadać i pisać imię, nazwisko i życiorys. Jak go tu przywieźli, to chyba wiedzieli, kogo. I dlaczego życiorys. Uzasadnił sobie to żądanie: nie chodzi o reorganizację harcerstwa, ale o komitet organizacyjny marszów jesiennych. Został zaproponowany do tego komitetu. Zapytał wysokiego szczupłego: – Podanie też?”. Trudno znieść te proste, przypominające raport, sceny. Jedynym pocieszeniem jest to, że nie wszystko zostaje domknięte, śmierci następują w usymbolicznionych sceneriach, a bohaterowie wracają w kolejnych epizodach, w pogłoskach o czasowym pobycie w obozie dla Niemców i dywersantów, o ucieczce do dalekich krajów.

„Melodramat” pisany był jeszcze na, rzec można, częściowo przytrzymanym hamulcu. Opowiada o młodej kobiecie, która przeżywa tytułowy melodramat – porzucenie przez kochanego mężczyznę – i próbuje odbudować radość życia u boku statecznego inżyniera. Narracja cofa się do momentu przybycia Celiny i jej bliskich na poniemieckie terytorium. Opisane zostają te motywy, które dwie dekady później zachwycały czytelników „Hanemanna” Stefana Chwina: wchodzenie do cudzych mieszkań, układanie stosunków z „autochtonami”, odnajdowana w domach miejscowa porcelana, książki; cywilizacyjna różnica. Rodzina Celiny od początku ma tajemnicę, domyślać się jej możemy nie tylko z niedopowiedzeń, ale przede wszystkim ze zróżnicowania mowy, z wytwornych i nieco komicznych fraz, wypowiadanych przez babkę. „Przyjaciółko moja” – zwraca się babka do wnuczki.

W „Cudzej skórze” lekcji mowy udziela zięć: „więc mama mówi: dyć ale śmieszne krzaki, polataj se po polu, Wacek, kole tych dziwnych krzaczysków”. Pojawia się też wątek amerykańskiej emigracji dziadka, snuty w kolejnych prozach w różnych konfiguracjach. Powikłania emocjonalne typowe dla powieści obyczajowo-psychologicznej rozgrywane są na tle rzeczywistości „osiedleńczej”, w której znaleźli się ludzie nie tylko mówiący różnymi odmianami języka, ludzie o różnym statusie i pochodzeniu społecznym, ale przede wszystkim ci, którzy pragną ujść „sprawiedliwości ludowej” lub „ustawić się”. Krótko mówiąc: w jednym domu stoją kolaboranci, akowcy, ocaleni z wojny i tacy, którzy nadal chcieliby szukać pożydowskiego (lub poniemieckiego) złota.

Dwa motywy z tej wczesnej powieści trzeba uwyraźnić. Po pierwsze jest to motyw blizny, która wiąże przeżycia wojenne z ciałem. Główna bohaterka ma dwa takie znaki: na głowie i na udzie. Ich odsłanianie i kamuflowanie odgrywa w jej rozwoju niezwykle ważną rolę, choć opowieść tę Oryszyn snuje w czasach, gdy kwestia ciała nie miała tak rozbudowanego zaplecza teoretycznego, jak w trzy dekady później, nie pisała „na zamówienie” czy pod dyktando oczekiwań krytyków. Blizny mają związek z tożsamością i seksualnością – nie wiemy, skąd się wzięły; kochanek-malarz ich odtwarzanie czyni rytuałem miłosnym.

W powieści znajduje się także zalążek tego wszystkiego, co szczegółowo i dramatycznie opisze Oryszyn w prozach następnych. Bohaterka postanawia ukryć przed mężem swoją tożsamość, opowiada mu o wojennych ranach, utracie rodziców, sieroctwie. Co jeszcze ciekawsze, wiąże bliznę z przedmiotem, z typowym „poniemieckim dzbanuszkiem”: „Na ulicy jeszcze raz przyjrzała się zakupowi. Niebieski dzbanuszek, biała porcelana w niebieski cebulkowy wzór, właśnie taki sam jak w domu, w małym dolnośląskim miasteczku. Kupiła ten dzbanuszek w Desie, bo stał sam jeden na olbrzymim błyszczącym stole”. Takie dzbanuszki można było zastać w opuszczanych przez Niemców mieszkaniach, wyszabrować, wygrzebać ze śmietników. Celina nadaje sobie więc nową tożsamość trochę tak, jak opowiadamy nostalgicznie o użytkownikach przedmiotów. Nie wiemy dlaczego, czy chodzi tylko o to, żeby nie być już więcej „kobietą porzuconą”, czy o to, żeby nie wrócić do ojca i matki; ojca, który tymczasem związał się z autochtonką, i matki, która postanowiła uprawiać ziemię.

W tle „Melodramatu” widać tę samą przestrzeń, te same biografie, te same postacie, które opisane zostaną w tryptyku, a następnie „dopisane” w „Ocaleniu Atlantydy”. Sceneria uczuciowej zawieruchy jest wciąż podminowana (metaforycznie i dosłownie), niebezpieczna, zdradliwa. W pamięci czają się obrazy wojny i lepiej pamiętane tragiczne zdarzenia powojenne. Śmierć towarzyszy dziecięcych zabaw, a także tajemnicze zniknięcia członków rodziny i sąsiadów tworzą aurę, w której odejście, ucieczka, próba budowania nowej tożsamości i nowej biografii ma sens egzystencjalny i polityczny. Chodzi nie tylko o to, że trudno jest żyć, lecz i to, żeby w ogóle przeżyć. Tak piszą o polityce kobiety.

Zbrodnicza ręka w rododendronach

Tryptyk mówi o tym wprost. Mówienie wprost uzasadnia decyzję pisarki o wejściu w niezależny obieg. Można rzec, że w połowie lat 70. odwinęła ze swojej narracji część kokonu, utworzonego przez zawodną pamięć, ale i przez świadomość obecności cenzury. Jeśli zamglenie, fragmentaryczność są stałą cechą tego pisarstwa, to ostre stawianie kwestii politycznych, zapis historii powojennych przesiedleń i prześladowań spowity jest innego rodzaju mgłą niż ta, która otaczała bohaterkę „Melodramatu”. O wielu sprawach bohaterowie „okresu środkowego” nie mówią wprost dlatego, że są dziećmi, że chcą budować między sobą strefy bezpieczeństwa, że chcą przetrwać. Narratorka nie ma już żadnych oporów przed powiedzeniem czytelnikom rzeczy najgorszych, dojmująco smutnych, strasznych. Takie są również dopowiedzenia w „Ocaleniu Atlantydy”. Wyjaśniają niektóre wątki, wracają do rodowodów, śmierci, życia w cudzej skórze, opisów biedy, próbują ciągów dalszych.

Ciągi dalsze nie dają wytchnienia. Potomkowie przesiedlonych trafiają do domu dziecka, wiodą samotne i nędzne życie. Nie mają nawet jakiegoś pewnego, zweryfikowanego zasobu pamięci – dom, filiżanka, książka, zapiski trwają w półbycie, nie dając nikomu schronienia. Sprawa dziedzictwa nie jest tak prosta, jak można sądzić. Nie zamyka jej cykl wysiedlenie–osiedlenie. W poprzek przez domy, przedmioty, pamięć biegną cięcia nieprzystosowania, zdeklasowania, nędzy, porzuceń, nieudanych starań o byt rodziny, chorób, szaleństw.

Opisy lat 50. wydają się momentami groteskowe. Jak brzmi fraza o „zbrodniczej ręce zaczajonej w rododendronach”? Zatrzymanej przez czujną obywatelkę... Jaki zawód wykonuje „przewodniczka bydła”? Co można dopisać do transparentu? Jednak śmiech, gdyby pojawił się na ustach czytelnika, od razu zamiera, bo absurdy języka, prymitywizm reakcji, gruboskórność, ale i porywy serca, sąsiedzkie swary, zwykłość – mają ciągi dalsze, o których strasznie chcemy zapomnieć. I to jest powód odsuwania na bok prozy Zyty Oryszyn. Możemy unieść, znieść dysputy historyczne, nawet ich patos i sentymentalizm. Chętnie zachwycimy się groteskowym PRL-em. Powiemy „dosyć martyrologii” i wybierzemy obraz zabawnego muzeum, graciarni. Tymczasem Oryszyn pokazuje nam, że od groteskowej frazy piętnującej zbrodnicze zabiegi w rododendronach, dywersję w klatkach z lisami, od maskarady – prowadziły drogi do więzienia, śmierci, poniżenia. Nie wszyscy ocaleli z tej Atlantydy. Czy w ogóle chodzi tu o ocalenie? Wolelibyśmy już zapomnieć, uniknąć tych apeli do sumienia i uczuć.

W prozie Oryszyn, jeśli zechcemy, odnajdziemy bardzo wiele nici, łączących ją z zainteresowaniami współczesnych czytelników. Kwestia słabości, pamięci, kobiecości, ale też na przykład stosunku do zwierząt, ma w niej dojrzałe, sugestywne obrazy. Boję się tylko, że nie wytrzymamy.

***

Zyta Oryszyn jest jedną z pisarek, które mnie od lat inspirują. Płacę za to pewną cenę: nie umiem ustąpić, przyznać, że czas się śmiać, także z przeszłości.

Zyta Oryszyn, Ocalenie Atlantydy, Świat Książki, Warszawa 2012

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]