Autobus 116, zmiana trasy. Objeżdżamy palmę. Dwie starsze z siedzeń tuż przy mnie wgapiają się przez okno. Pierwsza rezygnacyjnie: „Polskiego dębu nie mogli zasiać?”. Druga, w kapeluszu słomkowym: „A ja to lubię, jak coś takiego stoi”. Pierwsza: „Pani se żartuje!”. Słomkowa: „Nie. To coś daje”. Pierwsza: „Co?!”. Starszy spod sąsiedniego okna: „Przerabiają nas”. Babka z koszem: „Oswajają. A potem patrzysz: co drugi czarny”. Wysoki gość spod okna nie wytrzymał i poszedł w tył autobusu. Starszy w dal, filozoficko: „Skutek palmy?”. Pierwsza: „To jeszcze będzie drzewo podziału”. Słomkowa: „A ja ją lubię. W każdym polskim mieście powinna być taka palma”.
Goworka, wiata tramwajowa. Dosiada się do mnie gość kiele siedemdziesiątki. Przygląda się przez chwilę. „A to pani?”. „Aha?”. „Pani jest ta zielona?”. „Haha, o książkę panu chodzi?”. „A to książka jest? Ja mało czytam nowości”. Przez chwilę sobie milczymy. On: „Tam było coś o złości”. „Aha. Złości na zielono”. „Właśnie! Bo mówi się »zielony ze złości«”. „Owszem”. Spiął się: „To po co udziwniać?”. „Bo to nie to samo. Osoba, która to powiedziała, zna po prostu kolory uczuć”. „A! Ciekawe. Myślałem, że to popiśnictwo jakieś”. „Hehe, żeby dziwniej było?”. „Ototo”.
Skwer Chorwacki, siedzę sobie i czytam. Przy sąsiedniej ławce chłopiec bawi się z buldożkiem. Obserwuje to babcia, zadowolona, podczytująca gazetę. Chłopiec raptem: „Babcia, a ja będę niósł poduszkę”. „O! Ale to dziewczynki noszą…”. „No, bo Magda złamała nogę”. „Ajajaj”. „I mogłem sobie wybrać u księdza, którą wezmę. I wybrałem zieloną. Z kielichem i winogronami”. „Pięknie”. „Ogólnie to jest poduszka Kaśki, ona jest wściekła, bo ta zawsze idzie pierwsza, ale ksiądz powiedział, że chłopiec ma pierwszy wybrać”. „A może ustąpisz koleżance?”. „Nie! Tata powiedział, że ja muszę w procesji być przed dziewczynami, bo jak nie, to wszyscy pomyślą, że jestem ciota”. „Ojciec ci tak powiedział?”. „No, tak z grubsza. Bo wiesz, na Boże Ciało to wszyscy jego koledzy chodzą. I ktoś może mnie zobaczyć”. „Ale ty dla Jezusa idziesz!”. „Babcia, to ty tak myślisz”.
Ławki opodal pałacyku Szustra. Na bliższej dwie staruszki, na kolejnej gość z kijkiem w dłoni. Rzucił psu: „Bierz, Bóg, bierz”. Staruszka na oburzeniu: „Jak pan tak może psa nazywać, to bluźnierstwo!”. Gość w śmiech: „On ma imię po bogu Hefajstosie”. „Matkojedyna, a to kto?”. „A taki kowal. Też utytłany”. „No to dlaczego pan tak na niego nie woła?”. „A nie chce mi się wymawiać”. „Można zdrobnić”. „Hefek? Hef?”. „No choćby”. „Eee, bogów się nie zdrabnia”. Starsza nieprzejednanie: „Ale jak pan na niego woła, to wielką literą”. „Że Bóg? No tak”. „Sam pan widzi. Bluźnierstwo!”.
Pociąg z Krakowa. Kilka siedzeń dalej dziewczyna z ekscytacją w komórkę. „Słuchaj, Marcin zrobił kamingałt”. Pauza. „Wiem, że ty wiesz, ale on jest z małego miasteczka”. Pauza. „No nie, Aneta, w jego stronach myślą ogólnie, że geje występują tylko w miastach wyżej stu tysięcy, serio”. Pauza. „Chciał powiedzieć, rozumiesz, rodzinie i sąsiadom, bo Jan uważa, że się go wstydzi”. Pauza. „Haha, no właśnie babcia zniosła to najlepiej”. Pauza. „No takie tam, że się będzie za niego modlić, ale ogólnie zero napaści. Za to matka...”. Pauza. „Co? Że ją zabił duchowo”. Pauza. „Tak, i że mógł to chociaż przed nią i przed Bogiem ukryć”. Pauza. „Ojciec? Przyniósł mu kiełbasę i kazał zjeść przy rodzinie”. Pauza. „Chyba jakiś test”.
Autobus 503, dwie w moim wieku. „No i on mi zarzucił brak empatii w komentarzu”. „Jej”. „I się zlecieli, rozumiesz, różni ludzie. I zaczęli to podbijać”. „Jego koledzy?”. „Nie tylko. Ja mam dużo znajomych na fejsie. Oni tak generalnie na nic nie reagują, nawet jak zdjęcie profilowe zmieniam. A tym razem normalnie się zlecieli”. „Koszmar”. „Dostał dużo polubień, jak napisał, że współczuje moim ofiarom. I wiesz, patrzę, a tam trzydzieści lajków pod jego komentarzem. A pod moim postem pięć. No i skasowałam mu ten komentarz”. „I świetnie”. „No nie, bo zaczął pisać na priva”. „O!”. „Że jestem potworem, że współczuje moim bliskim. Że ktoś mnie powinien uczyć empatii. W końcu mi wrzucił, że istnienie takich ludzi jak ja to jest ogólnie krzywda. I że zepsucie wyszło mi na twarz”. „Jej, mała, on się chce z tobą umówić”. „Nie myślę”. „No to co?”. „Nie wiem. Jemu chyba rzeczywiście szło o to, że nie można ludzi krytykować”. „No przecież cię skrytykował!”. „Ale to ja zaczęłam”. „Co z tego?!”. „Podłożyłam się. A wtedy można wszystko, ogólnie”. „Wszystko! Dobre. Rycerze empatii”. „Zawiesiłam profil na fejsbuku”. „Żartujesz!”. „Pochwalił, że mam minimum refleksji. I że kiedyś może będę człowiekiem”. „Ech, mała…”.
Noc ciemna, oblot spacerowy, wchodzę w park. Przysiadam na ławce. Ćma latarni, pływ bladych, rozproszonych odbić i poblasków w tafli stawu. Jest w co patrzeć. Dwie ławki dalej gość, śpiący na lewym boku, poruszył się: „Problem z lokalem?”. Zrozumiałam, że to do mnie. „E, z życiem”. „Aaa, to każdy ma. Myślałem, że z lokalem”. „Nie. Mam gdzie spać”. „I nie mam gdzie żyć? Hehe”. „No, z grubsza”. Milczymy. „Też miałem problem z życiem. Ale jak zacząłem mieć z lokalem, to zapomniałem o życiu. Polecam. Ale pani pewnie nie umie spać na ławce”. Pomilczeliśmy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















