Proszę pani, nie wszyscy muszą słuchać o waszej rodzinie

„Jak ty mogłeś dziadziusiowi znicza palić?”. „Każdemu można”. „Nie! Na mój grób ja zapraszam”. „Ty jeszcze żyjesz”. „Wysiadaj z mojego autobusu”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Płock, taksówka, jazda na dworzec. Mijamy więzienie. „A wie pani, oni mają za dobrze”. „Aha”. „No nie sprawdzałem, ale ludzie mówią, że raj normalnie. Telewizor gra. Hotel”. „U, pewnie zależy, z kim się siedzi”. „No niby, ale chyba tam ogólnie nie ma subtelniaków. Ciężkie kary tu siedzą”. „Uhm”. „Wie pani, jak stado gawronów, hyhy. Ja czasem metafor używam. Przepraszam”. „Nie ma za co”. „Oj, różnie. Jeden gość mnie szurnął z roboty za metafory”. „Jak to?”. „No, zwyczajnie. Powiedział, że w warsztacie nie będzie tego słuchał. Pani się nie śmieje”. „Przepraszam”. „No, wrażliwy był. Żona, znaczy ta jego, mi powiedziała, że go to upokarza. A mnie się czasem wymsknie”. „Jasne”. „Klient mi jeszcze nigdy z wozu za to nie wyszedł”. „Ja tam lubię”. „Metafory? To napiwek poproszę”. „Hehe, proszę”. „A wracając do więźniów, to jak miałem kryzys, przez moment kombinowałem, jak tam się dostać. Żeby ktoś mnie utrzymywał. A potem pomyślałem, że się nie godzi tak żyć. Kiedy na chorych nie ma”.

Po co pani robi zdjęcia, jak tu nic nie ma?

Płock, samotna przebieżka przez miasto. Z dworca ku skarpie. Ziąb i smutek blokowisk, ale gna człowieka nadzieja na Wisłę i inne miasto, miasto w mieście, które schodzi ku wodzie. Schodzi, by podłapać aurę. Spółka z rzeką nakłada na budynki fluid tajemniczości, emancypuje z banału architektury płaskiej, bez asysty natury. Idę ku ulicy Themersonów. Deszcz zacina poziomo, gdy staję na rogu. Wrażenie, że nie ma tu nic: tyły boiska, plecy budynków, pustynia. Jak droga dostawcza na zapleczu magazynów, bezludzka. Wyciągam telefon i robię zdjęcie wylotowi ulicy z tablicą patronacką.

Obserwuje mnie staruszka z torbą na kółkach: „Pani tu sprawdza coś?”. „Ja? Nie”. „To po co robi zdjęcia, jak tu nic nie ma”. Uśmiecham się: „No właśnie dlatego”. Bada: „Pani musi być kontrolerka”. „U, ale jaka?”. „Co ja tam wiem. Nasłali. Zawsze nasyłają”. „Ale tu, na tę ulicę?” „Tu? Absurd! Tu nic nie ma”.

Cofam się, ale zatrzymuje: „Ja przy Sienkiewicza mieszkam, porządna ulica”. „Ba, porządny patron”. Ucieszyła się: „A tak! Nie jakieś amerykańskie pomioty”. „Themersonowie? Themerson był stąd”. „Jakie tam »stąd«, toż widać, że nie”. „Urodził się tu”. Zirytowała się: „Pani, na to wpływu nie ma, kto się w Polsce urodzi”. „Ta, można przegapić i pozwolić”. „Nie przerywać! Nigdy nie będzie stąd. Ja nie muszę uznać”. Ruszyła. Minęłam pośpiesznie jej obrysowany złością profil. „Nie muszę uznać” – powtarzała.

Odszczekaj, co na kebabie powiedziałeś

Autobus z Lublina do Rzeszowa, wieczór późny. Większość pasażerów przysypia, jazda krótka. Po przekątnej sprzeczka. „Ludzie jadą, kobieto, nie przeszkadzaj”. „Ja też jadę”. „Bo ci bilet kupiłem”. „Odszczekaj, co na kebabie powiedziałeś”. „Ale co?”. „Że na próbę jesteśmy razem”. „A nie?”. „Człowieku, to już trzy lata trwa”. „I?”. „Mam dwadzieścia cztery”. „I?”. „Ślub albo do rodziców wracam”. „To trzeba było o tym wcześniej myśleć”. „Że?”. „Ja nierodzinny”. „Tak?! To po co na nasze groby jechałeś?”. „Bo mogłem. Ciszej mów”. „Nie będę ciszej! Jak ty mogłeś dziadziusiowi znicza palić?”. „Każdemu można”. „Nie! Na mój grób ja zapraszam”. „Ty jeszcze żyjesz”. „Wysiadaj”. „Nie mogę”. „Wysiadaj z mojego autobusu”. „Do Rzeszowa nie ma przystanków”.

Starsza odwraca się: „Proszę pani, nie wszyscy muszą słuchać o waszej rodzinie”. „Ja z nim nie mam rodziny!”. Wskazuje na mnie: „Siadaj z tą facetką!”. Przegrupowaliśmy się.

Dworzec lubelski. Zapas czasowy, więc chwytam zapiekankę. I krążę z plecakiem. Siadam, próbuję wyciągnąć książkę, ale że się zaklinowała, to wykładam kable, torbę z ubraniami. Potem upycham. Przyglądają się dwie dziewczyny, żłobiące klawiaturę tipsem. I gość po pięćdziesiątce, który zahibernował w szoku poznawczym. W końcu przesiada się na moją grzędę siedzeń. „Czy można niedyskretnie?”. Przemieszczam kable: „A owszem”. „Pani Eliza?”. „Aha, tak”. „Dziękuję”. Przesiadł się na swoje miejsce.

Dojadam zapiekankę, dziewczyny plotkują i śmieją się nerwowo. „Nie-ma-go”. „Głupi-jest”. „Jest na placu Wolności, pisze”. „Wbijamy?”. „Żartujesz, on tu wbija”. „Tu nie ma nic”. „Ty jesteś”. Patrzą się na mnie z rozbawieniem. Chyba mnie mają za bezdomną świata, w którym się nawołują.

Gość przemyślał i znów się przysiada. „Pani Eliza?”. „Tak, owszem, skończyłam zapiekankę”. „Ja właśnie w tej sprawie”. „Aha?”. „Bo ja myślałem, że niemożliwe, że to pani”. „Ale dlaczego?”. „Bo pani zjadła zapiekankę. No i w ogóle”. „Ę? W ogóle?”. „No tak bezpańsko jakoś, nie wiem. Ja myślałem, że się wtedy inaczej żyje”. „Zależy. Ja nie”. Spojrzał niejasno. Nie wiem, czy z aprobatą. Obserwował mnie do odjazdu.

Rozmowa z mamą

Rozmowa z mamą. „Ja już nigdzie nie chcę istnieć, za dużo”. „Bólu?”. „Bólu. Wiesz, ty sobie piszesz, wymyślasz, ty masz swoje konszachty. Ja nie mam tego”. „Masz nagi ból”. „Nie wiem, możesz sobie to nazwać, jak chcesz. Z choroby w chorobę”. „Wiem”. „Nie wiesz. Nie wiesz, ja zawsze miałam kogoś na plecach, od dzieciństwa. Ty dużo przy córce, a ja od zawsze. Zawsze ktoś, kto mnie przejmował. Nie mam już siły”.

Milczymy. „Nie mam już siły, zawsze chciałam się przydać, zawsze uważałam, że jestem nieważna. Ale nie wytrzymuję. Źle wybierałam”. „Nie, mamo”. „Źle wybierałam. Zawsze uważałam, że trzeba wybrać życie. Ale dlaczego mnie wybrało, że muszę. Nie wiem. Cicho”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Cicho