Gdańsk, Żółty Wiadukt, zastygam przy barierce. Przede mną kosmiczno-ruinny krajobraz z ramionami zielonych dźwigów. Wygląda to jak porzucona stacja kosmiczna, zwłaszcza przez rdzawy filtr rozproszonej w powietrzu mżawki. Wyciągam telefon, robię zdjęcia. Kątem oka widzę, że zbliża się starszy pan. Ledwie wspiął się na pagór wiaduktu. Zawisł na chwilę na lasce, wyprostował się – i wzrokiem na mnie: „Robią wrażenie”. „A robią” – przytakuję. „Moje zielone olbrzymy” – pieszczota w tonie. „Hehe, siedmiu śpiących”. „Teraz je ożywiają, podobno. Nie wiem zresztą. Ja tu mieszkam, wie pani, z synem, przy Jana z Kolna. Miałem wracać na południe, ale dla nich nie chcę”. „O, aż tak?”. „Aż tak. Chcę je widzieć. To dziwne, że się na starość zakochałem w tych monstrach”. „Etam” – pocieszam. „Syn ma mnie za wariata, podtyka albumy rodzinne, a ja wolę dźwigi”. „Haha”. „Ale wie pani, one są tak wspaniale nieludzkie, nieludzkie. I tak dużo dla nas pracowały, chociaż są nie z tego świata”. „Tak, inny kosmos”. „Ototo. Syn myśli, że oszalałem i słyszę głosy. Że mnie przyzywają. Don Kichot i wiatraki, rozumie pani”. „Aha”. „A ja nie słyszę, ja patrzę. To jest potęga, ale taka...”. „Murszejąca”. „Tak! Nawet wolałbym, żeby ich nie budzili. Bo chciałem umierać razem. Codziennie wyobrażam sobie, jak obłazi je rdza, a one tęsknią za swoją planetą. Tam nie są dźwigami”. „A czym?”. „Nie wiem”.
Milczymy, leje coraz mocniej. „A wyobrażał pan sobie, że siada tam, nad ramieniem dźwigu, w kabinie?”. „Co też! – obruszył się – to niemożliwe!”. „?”. „Zrzuciłyby mnie!”. Pożegnał się łypnięciem zawodu, obrócił: „Co też, co też: wsiadać! Ja?!”. Pokuśtykał, mantrując: „Co też! Głupia! Takie dumne stworzenia! Takie dumne!”.
Gdańskie Targi Książki, już po spotkaniu, krążę między stanowiskami. Podchodzi gość z komórką: „Przepraszam, jest pani znana?”. „?”. On na zniecierpliwieniu: „No czy jest pani rozpoznawalną pisarką?”. „U, nie wiem”. „Skoro pani nie wie, to nie jest”. „Cóż”. Już cofam się rakiem, ale zatrzymuje: „A niech pani stanie, żona zrobi zdjęcie”. Zrobiła. Zarzucam plecak, coś tam szepcą. Wyłapałam: „A niech stracę”.
Czekam na pociąg do Gdańska. Z jednego peronu odjeżdża pendolino i pociąg tani, którym zamierzam się toczyć. Różnica odjazdów: pięć minut w skali niepokoju. Im ich bliżej, tym wyraźniejszy podział. Pendolinowcy bezwiednie dryfują ku pozycjom pewnym, bo gdyby dworzec przeczesała bomba, to ich by złapało przed ostatecznym lejem, uwiozło ku Gdyni i rozdało po bezpiecznych przystaniach. A my byśmy wpadli w krater niemożności. Tak to widzę, bo tuż obok mnie, po mojej stronie peronu, daleko od uprzywilejowanej strefy grają mikrodramy: „Nie przyjedzie” – mówi gość opełzły tatuażem-wężem „Musi być spóźnienie – mówi dziewczyna znad kanapki – ja siadam”. Je koczująco. „Jak człowiek biedniejszy, upokorzyć” – mówi starsza znad torby ruskiej. Obozowisko w lewej, prekariackiej zonie. Zaskoczył nas, przyjechał o czasie. Zastał nas konsumujących momentalną katastrofę.
Pociąg z Katowic do Warszawy. W przedziale para dwudziestolatków i ja. Dziewczyna wskakuje pod okno, wbija się w kąt, poza obronna. Wyciąga słuchawki, książkę, buduje zasieki. Młody mości się na środku przeciwległego siedzenia. On: „No i po co panikujesz?”. Ona: „A odwal się”. „Co tak niegrzecznie?”. „A odwal się”. „Pani kulturalna słucha”. „A odwal się”. Ona gryzie mentalny dywan, zaciska pięść na słuchawce. On rozpiera się coraz bardziej. „Naprawdę myślałaś, że dorównasz pierwszej klasie skrzypiec?”. „A odwal się”. „Dobrze radziłem, żebyś zabrała teczkę”. „A odwal się”. „Nic z ciebie wielkiego nie będzie, ale można cię jeszcze podratować, podciosać”. „A odwal się”. „To brzydko kląć, mnie w domu nauczyli, że się nie klnie w kulturze”. „A odwal się”. „Byłaś subtelna kiedyś, nie wyrażałaś się tak prostacko”. Prycham. Dziewczyna zerka z zezem: „Ratuj!”. On: „Nigdy nie osiągniesz poziomu…”.
Wchodzę: „Pan zajmuje się muzyką? Wyczuwam znawcę”. „Jestem filozof”. „Dobrze wyczułam. Czyli, że ma pan pierwszą ligę w skrzypcach”. Siedzi, myśli. „To jest kwestia wyczucia”. „A, niewątpliwie”. „Wyczucia, jak się zachować”. „Względem pana?”. „Tak”. „Aaa”. Siedzimy w milczeniu. Dziewczyna nie wyrabia, płacze: „Ja ci jeszcze pokażę”. Obracam się do niej: „Wiesz, ja też kiedyś zabrałam dyplom z pierwszego roku polonistyki w Krakowie i zostałam w Warszawie. Bo gość, co tam ze mną pojechał, powiedział mi, że nigdy nie doskoczę. Dziś wiem, że niepotrzebnie złamałam sobie kręgosłup. Jak ktoś tak z tobą gada, nie jedź dalej”. Wysiadam, bo już Centralna.
Ranek na dworcu, za chwilę jazda do Katowic. Mam jeszcze czas, więc eksploruję okolicę. Przed wejściem od strony Złotych Tarasów (nazewnicze folklory lokalne) grupa bezdomnych. Niektórzy ze świeżego naboru. Jedna, bardzo stylowa, dopiero co obrosła nocowaniem na dworcu: „Zlikwidowałam profil na fejsbuku!”. Gość na kartonach zanosi się od śmiechu. Ona niezmordowanie: „Kto pije ze mną?!”. Podstawia pozostałym kubek niekapek z dworcowej kawiarni. Dizajn luksusowy ze śmietnikowego odzysku. „Ja też miałem profil” – mówi, skubiąc brodę, gość z dłuższym przebiegiem rozkładu. „Aaaa, ludzieee” – wije się ten na kartonach. „I co? Ilu miałeś znajomych” – pyta się likwidatorka. „Tak z pięćdziesięciu”. „No, to ja dwustu”. „A ja już dawno nie mam, to jest niemodne” – przykatulał się gość wypchany butelkami po mineralnej. „Wiecie co? – mówi ten od pięćdziesiątki – wypijmy za nich!”. „Bo co?” – ożywia się ten z kartonów. „Bo ich już nie ma”. I poszłam na pociąg.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















