Opole, plac Wolności, wychodzę na krótki spacer. Na ławkach sporo ludzi, rozglądam się. Przechwytuje moje spojrzenie staruszek z jamnikiem. „Pani tu nowa?”. „A tak, przejazdem”. „Wszyscy przejazdem. A ja tu od zawsze”. „Aha”. „Żona zmarła trzydzieści lat temu, córka mnie chciała stąd zabrać, że »co będziesz sam siedział«, a ja lubię”. „Nie dziwię się”. „Lubię sam – i lubię Opole”. „Uhm”. „Chcę tu leżeć, jak umrę, nie w Kętrzynie. Córka chce nas wszystkich zebrać w jednym grobie, ale co ja tam będę robił…”. „Tu ma pan lepsze widoki”. „A mam. Po śmierci też będę miał. Nie dam się tak zrobić jak Basia”. „Aha?”. „Żona moja. Nie znosiła Kętrzyna, złe wspomnienia. A teraz tam musi…”. Poklepał psa. „Bo wie pani, ja to myślę, że jesteśmy bardziej przypięci do ziemi, niż się wydaje. Gada się o niebie, żeby się ludzie nie denerwowali i umierali grzecznie. Ale przecież nikt się tak daleko nie wynosi. Wszyscy się włóczymy gdzieś tu”. Uśmiecham się: „Będzie pan przychodził na ławeczkę?”. „A jasne. Niech mi tylko śmie kto zająć!”.
Ten sam los w wariantach
Pociąg do Wrocławia, ranek wczesny, ludzie przysypiają jeszcze. Podczytuję cokolwiek. Tuż obok napięty dialog przy rozkładanym stoliku. Młoda kobieta w ciąży, starsza pani, młody mężczyzna, mężczyzna w wieku średnim. Młoda: „Ja się nie upieram”. Starsza: „Ale jak mogłaś wpaść w ogóle na taki pomysł?!”. Średni: „Mamo, już mama da spokój”. „Nie dam. To nasze dziecko”. Młoda: „Ja już powiedziałam, nie będę się upierać przy imieniu”. „Ale ty mi wytłumacz: tyle jest pięknych polskich imion, a ty mi tu jakąś ruską Nadię!”. Średni: „Ukraińską, Basia ma przyjaciółkę z Ukrainy”. „Jej sprawa. Ale rodziny mi proszę nie zanieczyszczać!”. „Moja sprawa, moja, babciu”. Starsza do młodego: „A ty co siedzisz jak kołek?”. „Ja się zgadzam”. „Z kim?”. „No, z babcią”. Młoda: „Ty to zawsze”. Starsza: „Moja krew”. Do młodej: „Ja ostra jestem, ale nie mogę dopuścić, żebyś mi dziecko skrzywdziła”. Średni: „Mamo…”. „Ty nigdy nie miałeś charakteru! Dobrze, że Tomasz się w ciebie nie wdał”. Pogładziła młodego po kolanie.
Wrocław, Hotel Europejski. Późny wieczór, ale pokusa spaceru, wychodzę. W okolicy dworca para czterdziestolatków. Przycupnęłam na sąsiedniej ławce. „Nie wrócę do domu na twoich warunkach”. „Ale Stasiu, dzieci nie są winne…”. „Dzieci powinny wiedzieć, jak się zwracać do ojca”. „Ale jak, Staszku, daj spokój, co oni zrobili nie tak?”. „To twoja wina. Mówisz do mnie »Staszku«”. „A jak mam mówić?”. „Mów przy nich »tato«, bo nie stać cię na »ojcze«”. „»Ojcze«?! Człowieku, mamy XXI wiek! Co ty, papież jesteś?”. „Nie rozumiesz miary szacunku”. „No, nie rozumiem”. „Moja mama całowała ojca w rękę i mówiła mu »ojcze«”. „Bił ją?”. „Jak śmiesz!”. „Bił ją?”. „Bił Pawła, bo nie słuchał matki”. „Dlaczego nie poznałam Pawła?”. „Jest chory”. „W jakim sensie?”. „Jest w zakładzie”. „Kto go tam wsadził?”.
Pauza. Kobieta obejmuje głowę dłońmi: „Jak ja strasznie żałuję”. „?”. „Że cię poznałam”. „Krzywdzisz nasze dzieci”. „Co?!”. „Mama mówi, że powinno cię spotkać nareszcie coś trudnego, żebyś się opamiętała”. Parsknęła: „A mamę co trudnego spotkało?”. „Nie porównuj się, jak śmiesz!”. „Ile ona ma lat?”. „Jest bardzo wiekowa”. „Jasne, odwieczna”. „Mama jest mądrą kobietą, wie, kim ty jesteś”. Wstałam, wymieniłyśmy spojrzenia. Ten sam los w wariantach.
Rozmowa z tatą
Tramwaj 19, jazda na Stawki. Dwie w wieku studenckim. Pierwsza: „Moja matka go uwielbia. A on ma uśmiech jak Labubu”. Druga: „To chyba miło?”. „Miło?!”. „No, nie wiem, takie puchate stworki…”. „Puchate czy nie. Zguglaj sobie twarz”. „O, fakt, uśmiech z horroru”. „Złowieszcze ząbki. I oczy. Ja bym tego nie trzymała w domu”. „Haha, żeby się nie bać po nocach”. Pauza. „Matka mi mówi, że on ma taką dobrą twarz…”. „No i spoko”. „No, nie spoko. Ja bym jednak wolała nie mieć Labubu za prezydenta”.
Rozmowa z tatą. Siedzi nad pryzmą czasopism. „No i widzisz, nie pamiętam”. „Wiem”. „Nie pamiętam. Miałem pamiętać. Ale ty mi powiedz, co…”. „Nie wiem, tato”. Zirytował się: „Mają pretensję, nie rozliczyłem kwitów”. „Tatusiu, ale ty w biurze lekarza powiatowego nie pracujesz od nastu lat”. Myśli: „Dasz mi kluczyki od samochodu?”. „Nie mam”. „Wiem, nie masz, ale daj. Nie chowajcie przede mną. Pojadę i się w końcu rozliczę”. „Tato, rozliczyłeś się”. „Nie, nigdy, ja wiem, ja mam w Polsce więzienie”. „Co ty mówisz?”. „Ja mam więzienie, ja nie zrobiłem tego dobrze”. „Tato, odpocznij”. „Ja mam w Polsce więzienie wszędzie. Widziałaś policję obok?”. „No, tu jest komenda”. Zezłościł się: „Komenda czy nie, idą po mnie”. „Teraz?”. „Zawsze po mnie idą”. „Nie, tato”. „Zawsze, bo nie daję rady. Ja nie przyznawałem się. Zawsze policja”. „Nie, tatusiu”. „Ty nie wiesz, ciebie też wezmą. Za mnie. Ty mi daj te kluczyki”. „Nie”. „Ja wiem, że nie mam samochodu, ale daj te kluczyki, matka nie da, pojadę”. „Czym?”.
Zawiesił się. „Jak dostanę kluczyki, to wszystkim. Pojadę, a was już nie będą atakować. Bo wiesz, ja zabiorę ze sobą policję”. „I już policji nie będzie?”. „Tak, te wszystkie papiery, moje kary, ja potrzebuję tylko kluczyków. Będziecie żyć spokojnie”. Wychodzę. Mama pod drzwiami, płacze: „To okrutne”. „Aha”. „Znów się boi, jak w dzieciństwie”. „Ale w pracy był spokojny…”. „Lęk wszystko zeżre”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














