Koszt klikania w sieci – przychodzi wiadomość: „Szanowna Pani, przeczytała Pani artykuł dedykowany stresowi i przemęczeniu. Artykuł ten odsyła do strony, która posiada intencję pomocy osobom wchodzącym w nasz link. Jeśli trapi Cię stres potrzebujesz, roślinnej przemiany. Posiadamy komponenty pozwalające likwidować przyczyny stresu, a nie tylko jego przejawy. Są w stu procentach wegetatywne i nie posiadają źródła odzwierzęcego. Nie czekaj, Eliza Kącka, użyj linku zamawiającego ofertę dopasowaną do własnego poziomu stresu. Tylko do piątku promocja sięga nawet dwie trzecich ceny”.
Autobus 116, w mojej pakamerze siedzeniowej trzy dziewczyny w wieku studenckim. „Majka, idziesz jak burza”. „No daj spokój, mam po dziesięć polubień”. „Idziesz jak burza. Ja muszę sobie jeszcze udostępnienia załatwić”. „No ale ty masz setki lajków”. „Słuchaj, to mało. Muszę podbić zasięgi na instagramie”. „Instagrama to ja nawet nie mam”. „Nie masz? Dziwne. Ale spoko, idziesz jak burza”.
Kołobrzeg, peryferia, wchodzę w Wylotową. Przede mną czteroosobowa grupa – na oko – sześćdziesięciolatków. Gość w kapeluszu wędkarskim: „Widzieliście już morze?”. Gość w klapkach: „Jeszcze nie”. Kobieta z kijkami: „A ono gdzie jest?”. Klapkowy: „No przy brzegu”. Wędkarski: „Fajnie, a gdzie tu masz brzeg?”. Kobieta w sandałach: „Pewnie za drzewami”. Kijkowa: „To daleko? Kolana mi stanęły”. Klapkowy: „No gdzie te psubraty Bałtyk schowały”. Sandałowa: „Mnie martwi, że szumu nie słychać”. Klapkowy: „Fakt, coś za cicho tutaj”. Sandałowa: „To jednak fura wody”. Wędkarski: „Jakbym ja miał morze, to by je było widać”. Klapkowy: „Spytam w sklepie”. Kijkowa: „Ja wyżej pół kilometra zwalniam się z oglądania. Muszlę kupię”.
Kołobrzeg, krótki spacer, lodziarnia. Koczuję z komputerem przy stoliku, dłubię. Dosiada się para niemłodych, acz zażywnych letników. On: „Pracuje pani”. „Aha”. Ona: „My tu z mężem tylko odpoczywamy”. „To pięknie”. On: „W domu też odpoczywasz”. Ona: „Ale bez widoków”. On: „My pani przeszkadzamy. A co pani robi?”. „A warsztat pisarski prowadzę”. Ona: „Boże, to ciężkie!”. On: „A co się na takim warsztacie robi?”. „Czyta teksty, omawia…”. Ona: „Ale ci uczestnicy są zmuszeni?”. „W sensie?”. „Czy muszą w tym uczestniczyć?”. „Nie. Piszą książki i chcą pokazać”. Ona: „Jak na polskim, nie znosiłam tego”. On – zdetonowany: „Dużo chętnych jest?”. „A sporo”. On: „Zawsze tak było?”. „?”. „Ja się nie orientuję aktualnie. Trochę śledziłem Sienkiewicza”. „Hehe, to inne dzieje”. „On był po mojemu sprawny”. Ona: „Zasłużył na ekranizację”. On: „Ale po co tylu pisarzy? Nawet ich nie sfilmują”.
Wagon ciszy, siedzę jak na igle, bo gość przede mną i gość po przekątnej mają najwyraźniej problem z każdym ruchem w okolicy. Od pięciu minut staruszka poszeptuje ze staruszkiem. Młody okręca się ku nim: „To jest wagon ciszy”. „No, toż cicho mówię” – staruszka na głos. „Tu się nie rozmawia. Ludzie chcą pracować”. „Szeptam, nie gadam”. Przez czas jakiś cisza zupełna. A tu moja dżinsowa kurtka zsunęła się z półki i wylądowała między siedzeniami. Gość po przekątnej syknął: „Cholera”. Uśmiecham się: „Sabotaż”. Gość przede mną: „Jakbym wiedział, że tu tak będzie, kupiłbym normalny”. Młody znad paczki głośnożernych czipsów: „Tu i tak jest ciszej”. „Ale tam bym się nie napinał!”.
Autobus 503, wycieczka wczesnoszkolna. Stoję w łączniku. Dzieci na sąsiednich siedzeniach sczytują telefony albo się przekrzykują. Chłopiec balansujący w łączniku tuż przy mnie: „To się da zrobić w pół godziny”. Dziewczynka spod okna: „Puszczą nas potem?”. „Ja nie wracam do szkoły”. Chłopiec z siedzeń sąsiednich: „No, chyba nie puszczą. Babka mówiła, że mamy przeżywać”. Łącznikowy: „Czyli…?”. „No, nie wiem, pewnie spacerować całą lekcję”. „Co?! Dwadzieścia minut maks”. Dziewczynka: „Ale tych tablic trzeba szukać”. Łącznikowy: „Już je zguglowałem. Dwie wiszą prawie obok siebie. Mam trasę na ajfonie”. Sąsiad dziewczynki: „Obie z 44?”. „Tak, dawajcie: szybki self z powstaniem i spadamy na pizzę”.
Siedzę sobie i czytam w Łazienkach. Zatrzymuje się dziewczyna w wieku licealnym. Pyta, czy może się przysiąść. „Mama mi pokazała fragment pani książki o lisie”. Książki o lisie? Zbiłam ją miną z tropu. „Napisała pani książkę, w której jest lis…”. „Aaa, no tak”. „Też mam tak z lisem”. „Czyli…?”. „Też mi pomógł. Na podchodach w podstawówce”. „O!”. „To tylko tak brzmi śmiesznie, ale było strasznie. Gubiłam się w lasku”. „U, też się gubiłam”. „Pani zna takie gry?!”. „Owszem. Tyle że nigdy solidnie nie zagrałam, bo miałam problemy oddechowe w biegach przez las”. „Aaa, no tak. A ja się gubiłam. I raz bardzo się bałam, bo błądziłam dobrą godzinę. I wtedy przyszedł”. „Lis?”. „Lis. Zaczęłam mówić »Aniele Boży« – i przyszedł. Zaprowadził mnie do grupy. Było już po konkursie, szukali mnie”. „Spóźnienie!”. „Zawsze się spóźniam. Ale później spotkałam lisa – nie wiem, czy tego samego – na grobie dziadka, kiedy poszłam z dziadkiem pogadać. Siedział schodek wyżej i patrzył się tak…”. „Jak?”. „Jakby się znali”. „Aha”. „Albo jakby mnie prześwietlał. Wiedząco. Wie pani? Ja czasem myślę, że lis to nie zwierzę, to znak”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














