Tamuna boi się Rosji. Wie, o czym mówi. Urodziła się pod sam koniec wojny w Abchazji, wiosną 1993 r., a już jesienią tamtego roku Nonie i Emzarowi, jej rodzicom, przyszło zawinąć ją w gruby koc i uciekać. Długie 14 dni Nona taszczyła córkę przez przełęcz Kodori, która łączy Abchazję ze Swanetią. Aby mieć pokarm, jadła śnieg. A kiedy rozwaliły jej się buty, ściągnęła inne z nóg leżącego przy drodze martwego człowieka, który nie wytrzymał marszu.
Potem zakwaterowano ich w starym sanatorium w Bordżomi, ale ciężko było wyżyć. Ani pracy, ani perspektyw. Zimno i ciemno, bo gaz i prąd były tylko kilka godzin dziennie. I niebezpiecznie, bo bandytyzm w Gruzji kwitł. Wyjechali więc do Rosji za chlebem. Niedaleko, do Soczi. Tam też nie było lekko, ale była praca. Żyli w wagonie, przy ulicy Lenina, razem z innymi uchodźcami z Abchazji.
– Jestem radykalna wobec Rosji i Rosjan – mówi dziś Tamuna. – Nie potrafię oddzielić polityki od ludzi. Nie w ich przypadku. Mam przed oczami sceny z dzieciństwa, gdy rosyjscy milicjanci urządzali nalot. Każdy chował się, gdzie mógł. Ludzie wskakiwali do piwnic, do wychodków. To było upokarzające.
Milicjanci chcieli wyłudzić pieniądze. Wiedzieli, że ci, którzy tam żyją, są nielegalnie, bez pozwolenia na pracę i meldunku. Tamuna miała 17 lat, gdy jej rodzice zdecydowali, że wracają do Gruzji.
– W Rosji gnębili nas na ulicy za używanie gruzińskiego – wspomina. – Żądali, byśmy w ich kraju mówili w ich języku. Dziś w Gruzji jest kilkadziesiąt tysięcy Rosjan i nie zauważam, by starali się mówić po gruzińsku. Nie chcę ich tu. Tak samo jak nie chcę ruskiego miru, w stronę którego idzie mój kraj. To przyniesie tylko zniszczenie.
Rosyjska kara za reformy Saakaszwiliego
A wszystko miało być inaczej. Gruzja miała się rozwijać i zmieniać. Miała stawać się coraz bardziej demokratyczna, nowoczesna i europejska.
20 lat temu wielką nadzieję wlał w Gruzinów Micheil Saakaszwili, który objął władzę w wyniku rewolucji róż w 2003 r. Zaczął stawiać kraj na nogi. Zreformował administrację, armię, edukację. Zlikwidował korupcję, sprowadził zagraniczne inwestycje i ogólnie otworzył się na Zachód.
Nie podobało się to Rosji. W 2008 r. sprowokowała wojnę o Osetię Południową, która do historii przeszła jako wojna pięciodniowa i zachwiała państwem, dopiero co podnoszącym się z kolan. W jej wyniku Rosja uznała niepodległość dwóch separatystycznych republik gruzińskich, Abchazji i Osetii Południowej, zamknęła granicę i zablokowała handel. Dla gruzińskiego rolnictwa był to cios.
Tamuna pamięta lato 2008 r. Mieszkała jeszcze w Soczi. Wspomina: – Staliśmy z rodzicami na przejściu kolejowym i czekaliśmy, aż przejedzie pociąg. Wiózł czołgi w stronę Abchazji. Nigdy nie widziałam takiego lęku w oczach rodziców. Dla nich było jasne, że zaraz zacznie się wojna. Wtedy naprawdę zaczęłam się bać.
Gruzja na drodze do Europy
Po sierpniu 2008 r. rodzice Tamuny zaczęli myśleć o powrocie do Gruzji. Do Tbilisi przyjechali w marcu 2010 r. Do innego kraju niż ten, który zostawili 16 lat wcześniej. – Mimo niedawnej wojny czuło się nadzieję i były perspektywy. Dla ludzi w moim wieku Europa, angielski i nauka za granicą to było coś realnego – mówi Tamuna.
Skorzystała z tego. Nauczyła się angielskiego i polskiego, skończyła w Polsce studia, jeździła po świecie. Wiedziała, że Gruzja potrzebuje jeszcze wielu zmian, ale była pewna, że z europejskiej drogi już nic jej nie zawróci. Zapewniała to w końcu konstytucja, w której zapisano, że celem Gruzji jest wstąpienie do UE i NATO. Potrzebny był tylko czas.
Tamuna zdecydowała się wrócić do Gruzji. To był jej wkład w zmianę. Nawet gdy w 2012 r. odszedł Saakaszwili, czuło się, że kraj się zmienił. „Misza” oddał władzę pokojowo i demokratycznie: po prostu przeszedł do opozycji. Partia pod nazwą Gruzińskie Marzenie, która przejęła ster, też stawiała na proeuropejski kurs. Ale też na to, by naprawić relacje z Rosją. I rzeczywiście: otwarto granice, ruszył handel i pojawili się rosyjscy turyści.
W 2014 r. Gruzja podpisała umowę stowarzyszeniową z UE, a potem jej obywatele mogli już wjeżdżać do Strefy Schengen bez wiz. Rozwijała się turystyka, w której Tamuna szybko odnalazła się jako przewodniczka.
Owszem, Gruzja wciąż miała wiele do naprawy: zadłużenie, bieda, inne problemy społeczne. Ale młodzi mieli choćby perspektywę wyjazdu na zarobek za granicę i z tego korzystali.

Rosyjska inwazja na Ukrainę zmienia Gruzję
A potem zaczęła się wojna w Ukrainie – i Gruzja szybko zaczęła się zmieniać.
Rządzący nią politycy z Gruzińskiego Marzenia od początku mieli kłopot, by nazwać wojnę wojną. Nie przystąpili do sankcji przeciw Rosji, mówiąc, że kraju na to nie stać. Wpuszczali Rosjan bez kontroli i ograniczeń: tylko w 2022 r. przyjechało ich 1,5 miliona (dla ogromnej większości Gruzja była krajem tranzytowym).
– To był szok – wspomina Tamuna. – Tam straszna wojna, część Gruzji jest okupowana, a oni czują się u nas jak w domu. Nasi ich przyjmują prawie na czerwonym dywanie. Mówię nie tylko o rządzie, ale też o ludziach. Jakby zapomnieli, z kim mają do czynienia.
Szacuje się, że dziś na stałe mieszka w Gruzji 70 tys. Rosjan. Otworzyli ponad 38 tys. firm, nie integrują się z Gruzinami – tworzą osobne enklawy.
Na początku politycy Gruzińskiego Marzenia starali się balansować między coraz cieplejszymi relacjami z Rosją a zachowaniem dobrych stosunków z Zachodem. Nie chcieli jawnie ignorować społeczeństwa, które, jak pokazywały sondaże, popierało eurointegrację w prawie 90 procentach.
W marcu 2022 r. Gruzja wraz z Ukrainą i Mołdawią złożyła wniosek o status kandydata do UE. Jednak go nie dostała. Otrzymała za to perspektywę, czyli dwanaście rekomendacji – plan naprawczy, który miała wdrożyć, by uzyskać status kandydatki. Miała skupić się m.in. na poprawie wolności mediów, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i dezoligarchizacji.
Z tą ostatnią był problem: jest tajemnicą poliszynela, że wszelkie decyzje podejmuje nie rząd, lecz założyciel Gruzińskiego Marzenia – Bidzina Iwaniszwili, miliarder, który majątku dorobił się w Rosji, a Gruzję traktuje jak własną firmę.
Rosyjskie wpływy „rozsiadają się" w Gruzji
Z tych dwunastu rekomendacji Gruzja nie wypełniła prawie żadnej, lecz i tak pod koniec 2023 r. dostała status kandydata do UE. Warunkowo, ale jednak. Tymczasem tak naprawdę coraz bardziej orientowała się na Rosję. Choć rządząca partia wciąż balansowała. Robiła wszystko, by utrzymać władzę. Szybko przekuła status kandydata na swój sukces i zaczęła kampanię wyborczą. W sobotę 26 października 2024 r. czekają ją wybory parlamentarne.
Na początku 2024 r. do polityki oficjalnie wrócił Iwaniszwili. Dokonał roszady na stanowisku premiera. Poukładał się z Cerkwią prawosławną, którą wsparł finansowo. A potem zabrał się za wprowadzenie ustawy o „zagranicznych agentach”. To była powtórka, bo pierwszą próbę podjęto w marcu 2023 r., ale wtedy spotkała się z potężną krytyką Zachodu i protestami w Tbilisi, brutalnie rozpędzanymi.
W tamtym momencie rządzący się cofnęli, mówiąc, że słuchają społeczeństwa. Tylko ówczesny przewodniczący partii, a dziś premier Irakli Kobachidze powiedział, że to, co działo się na ulicach, jest dowodem, iż zagraniczni agenci mają wpływ na Gruzję.
– Ale my już tego nie usłyszeliśmy – mówi Tamuna, która uczestniczyła wtedy w protestach. – Mieliśmy poczucie, że wygraliśmy i że mimo wszystko żyjemy w normalnym kraju, który słucha swoich obywateli. Byliśmy naiwni.
Ustawa o „agentach”
W maju 2024 r., mimo kolejnych protestów, ustawę o „agentach” przyjął parlament. Weszła w życie pod koniec sierpnia. Uderza zwłaszcza w media i społeczeństwo obywatelskie. Stanowi, że wszystkie organizacje pozarządowe, które w minimum 20 procentach są finansowane z zagranicy, muszą wpisać się do rejestru „agentów”. Jeśli tego nie zrobią, dostaną mandat (równowartość 9,5 tys. dolarów co miesiąc), a po upływie kwartału służby mogą skonfiskować ich majątek (najpierw organizacji, potem prywatny).
Z 30 tys. zarejestrowanych organizacji pozarządowych do bazy „agentów” wpisało się 469. Inne, których ustawa dotyczy, liczą, że 26 października opozycja wygra wybory i nowy parlament odwoła to prawo.
Tamuna, choć nie pracuje w organizacji pozarządowej, też boi się o przyszłość. – Mam wiele zleceń z zagranicy. Tłumaczę, pracuję jako fikserka [„załatwiaczka” – red.] dla zachodnich dziennikarzy, prowadzę wycieczki dla polskich biur podróży. Jeśli Gruzja po wyborach pójdzie w stronę Rosji, to tacy ludzie jak ja też mogą okazać się „zagranicznymi agentami”. Przecież w Rosji wystarczy zarabiać za granicą, żeby się nim stać. To tylko kwestia interpretacji zapisów.
Poza tym zaczęła się bać o to, co i przy kim mówi: – To podłe uczucie. Jeszcze się temu nie poddałam, ale już o tym myślę. Opowiadam turystom o dobrych i złych stronach Gruzji. Ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy to dla mnie bezpieczne. Nie wiem przecież, kto stoi obok.
Niepewna przyszłość Gruzji
W połowie października Gruzińskie Marzenie przegłosowało kolejną skopiowaną z Rosji ustawę: o wartościach rodzinnych i ochronie nieletnich. Zwaną też „anty-LGBT”. Zabrania wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne i w ogóle wszelkiej, jak to określono, „promocji” informacji na temat związków tej samej płci, interwencji medycznych czy zmiany płci. Zabrania też rozpowszechniania utworów czy innych materiałów „promujących” tę tematykę.
Tamuna: – To też jest kwestia interpretacji zapisów. Jeśli mamy do czynienia z cenzurą, to znaczy, że trzeba uważać na każdym kroku, co się mówi. Jak tak żyć? Czego by nie powiedzieć o Gruzji, dotąd mogliśmy mówić to, co myślimy. A teraz?
Tym samym martwi się jej koleżanka Maiko. Razem chodziły na protesty. Maiko ma również 31 lat, skończyła administrację w Tbilisi, letnią szkołę polskiego w Katowicach, jeździ po świecie. Nie zna rosyjskiego i nie zamierza się go uczyć. Rosja kojarzy jej się z klatką. I ze strachem.
– Te wszystkie nowo wprowadzane prawa to jakiś absurd – uważa Maiko. – Wiem, że jesteśmy w konserwatywnej Gruzji, ale mamy tu przecież jakąś namiastkę wolności, którą możemy manifestować.
„Gruzini protestują stale i z byle powodu"
Maiko ma długie różowe warkoczyki, pełny makijaż i modne ciuchy. Lubi zwracać na siebie uwagę. Jest jak kolorowy ptak.
– To może dziwne, ale przez nasz wygląd demonstrujemy naszą wolność – tłumaczy Tamuna. – U nas jest silny patriarchat i tradycje, więc możliwość demonstrowania wolności swoim wyglądem jest dla Gruzinek ważna. To oczywiście tylko jej namiastka, choć wiem, jak głupio to brzmi, i wiem też, że to iluzja. Ale pokazujemy w ten sposób na zewnątrz naszą niezależność. Bo przecież potem i tak wracamy do tradycyjnych domów, w których funkcjonujemy według zastanych zasad.
Mówią o tym obie. Ripostuję, że przecież nikt nie będzie im zabraniał, aby ubierały się w to, co chcą. Ani czesać się, jak chcą.
– Nie do końca – oponuje Maiko. – Dziewczyny, które mają niestandardowy kolor włosów, tatuaże albo kolczyki w różnych miejscach, brane są często za lesbijki. Teraz patrzy się na takie dziewczyny jak na jakieś dziwaczki. Ale nie mam pewności, czy za chwilę za odstępstwo od normy nie dostanę w głowę na ulicy. Jeszcze się nie boję, ale już mam to z tyłu głowy. I to jest przerażające.
Podobnie mówią o ulicznych protestach, z których słynie Tbilisi.
– Gruzini protestują stale i z byle powodu – uważa Tamuna. – Tyle że to nic nie daje. Jak te majowe demonstracje przeciw ustawie o „agentach”. Nic nam nie da tańczenie na ulicach.
– Najgorsze, że to wszystko oddala nas od Europy – mówi Maiko. – Najbardziej mnie przeraża, że ktoś mi to wszystko, co już miałam, tak po prostu zabierze. Gdy patrzę na plakaty wyborcze Gruzińskiego Marzenia, to czuję, jakby ktoś pluł mi w twarz. Mają nas za debili.
Kampania rządzącej partii prowadzona jest przemyślnie. Na niebieskim tle z unijnymi gwiazdami czytamy hasło: „W pokoju, z godnością i dobrobytem do Europy!”. Tyle że Europa przestała już rozmawiać z politykami Gruzińskiego Marzenia. Anulowała też pieniądze: 121 mln euro, które miały być przeznaczone na wsparcie członkostwa w UE i rozwój gospodarki. Unia planuje też sankcje. Mowa jest o likwidacji bezwizowego ruchu. Podobnie na antydemokratyczne zmiany reagują USA: przygotowały pakiet sankcji przeciw tym, którzy są odpowiedzialni za podważanie demokracji.
Jednocześnie Zachód demonstracyjnie rozmawia z proeuropejską prezydentką Salome Zurabiszwili. – Czytamy to jako znak, że Zachód się od nas nie odwrócił, ale że nie chce rozmawiać z prorosyjskim rządem – uważa Tamuna.
Wybory parlamentarne 26 października
Salome Zurabiszwili skonsolidowała wokół siebie opozycję. Podpisano „Gruzińską Kartę”: deklarację wspólnego frontu przeciw Gruzińskiemu Marzeniu. W wyborach startuje więc jedna partia byłego premiera z ramienia Marzenia, Giorgiego Gacharii, a także trzy bloki opozycyjne. Dwa są związane ze Zjednoczonym Ruchem Narodowym (partią założoną jeszcze przez Saakaszwilego). Trzeci blok stoi w opozycji zarówno do Marzenia, jak też „miszystów” (jak nazywa się popleczników byłego prezydenta).
– Moi rodzice są „miszystami” – mówi Tamuna. – Ja oddam głos na Girczi, partię opozycyjną, która też jest powiązana z jego ekipą.
Maiko skłania się ku temu samemu, ale jeszcze nie zdecydowała. Na pewno nie odda głosu Gruzińskiemu Marzeniu. Uważa, że to jest walka o wszystko.
Dziewczyny mają jednak świadomość, że Marzenie nie podda się łatwo. – Niedawno była amnestia, więc całe rodziny zwolnionych z więzień i środowiska kryminalne zagłosują na Marzenie… – przypuszcza Tamuna.
– Plus ci, których skorumpują – dodaje Maiko. – I ci na państwowych posadach: urzędnicy, nauczyciele. Boją się, że jak przyjdzie nowa władza, stracą pracę. Powszechnie wiadomo też, że zmusza się ich do oddania głosu na Marzenie, zwłaszcza na prowincji. Ludzie, którzy mają po 40 lat lub więcej, nadal mają sowiecką mentalność. Myślą, że jeśli oddadzą głos na kogoś innego, to władza się dowie i będą problemy.
Jest jeszcze jedna kwestia, którą rozgrywa Marzenie: to obietnica przywrócenia integralności terytorialnej, czyli zwrotu Abchazji i Osetii Południowej. Politycy Marzenia mętnie przekonują, że aby to osiągnąć, muszą zdobyć większość konstytucyjną. Większość analityków gruzińskich twierdzi, że to iluzja. Ani Marzenie nie ma szans na taki wyborczy wynik, ani Rosja nie odda obu republik (po wojnie z 2008 r. uznała ich niepodległość).
Rodzice Tamuny, wygnańcy z Abchazji, nie wierzą w powrót do rodzinnego domu. Nie wierzy w to także Tamuna.
– Mam sentyment, wiadomo, choć przecież w ogóle nie pamiętam Abchazji. Jednak nie chcę wracać tam za wszelką cenę. Mając do wyboru zobaczenie Abchazji lub wolność, wybieram wolność. Ptak w klatce, nawet jeśli najpiękniej śpiewa, nadal jest niewolnikiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















