Dzierżno Duże nie będzie ostatnie. Państwo polskie w kwestii wody skapitulowało

Dwa lata temu Odra. Teraz zbiornik Dzierżno Duże. Kolejne ekologiczne katastrofy są tylko kwestią czasu, bo porządek prawny, jaki Polska zaprowadziła na swoich wodach, to istna kraina absurdu.
Czyta się kilka minut
Odławianie śniętych ryb z jeziora Dzierżno Duże. Rzeczyce, 20 sierpnia 2024 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter
Odławianie śniętych ryb z jeziora Dzierżno Duże. Rzeczyce, 20 sierpnia 2024 r. // Fot. Beata Zawrzel / Reporter

Chłopaki, którzy przyjechali wcześniej, ostrzegali, że trudno tu wytrzymać – pociąga nosem Jerzy. – Smród był faktycznie nieznośny. Zwłaszcza na płyciznach. Padłe ryby po jakimś czasie wypływały na powierzchnię, a fale niosły je w stronę brzegu. Przez dwa dni od rana do wieczora wydłubywaliśmy je spomiędzy trzcin. Podbierak mam gumowany, ale tak cuchnął, że po wszystkim go wyrzuciłem.

Nad Dzierżno Duże Jerzy Drabik przyjechał wraz z kolegami aż spod Nowej Soli. Dwa lata temu na swoim odcinku Odry też pływali pontonami, zbierając spomiędzy rzecznych ostróg dziesiątki, setki kilogramów śniętych ryb. Blisko metrowe okazy brzan, równie dorodne bolenie i sandacze. Leszcze wielkości tenisowej rakiety. Spotkanie z taką rybą to marzenie każdego wędkarza. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Drabik, który wędkuje od dziecka i każdą wolną chwilę spędza nad wodą.

– Czegoś podobnego wcześniej tu nie widziałem, a wychowałem się nad Odrą i pamiętam, jak za PRL-u śmierdziała od mazutu i innych ścieków – kontynuuje Jerzy. – Dwa lata temu miałem nadzieję, że to tylko potworny zbieg okoliczności i że coś takiego nie może się powtórzyć na podobną skalę. Ale po tym, jak nam zabili Dzierżno, nie mam już złudzeń. Ta katastrofa to nie błąd systemu. To właśnie ten system. W tym kraju jedni dostają po kieszeni za źle posegregowane śmieci, podczas gdy inni legalnie zasyfiają rzekę tonami ścieków.

„No kill”

Pięcioosobowa ekipa Drabika spędziła nad Dzierżnem Dużym cztery dni. Kiedy przyjechali, miejscowe koło Polskiego Związku Wędkarskiego szacowało masę padłych w zbiorniku ryb na około 29 ton. Kiedy wyjeżdżali, wyliczenia wzrosły do 55 ton.

Ostatnie dane mówią już o 117 tonach zebranych z wody o powierzchni nieco ponad sześciu kilometrów kwadratowych. W 2022 r. z około 400-kilometrowego odcinka Odry między Oławą a Szczecinem usunięto około 900 ton martwych ryb.    

– To nie było jakieś tam jezioro – wyjaśnia Jerzy. – Zjeżdżali się nad nie wędkarze z całej Polski. Niektórzy brali urlop, żeby tu powędkować. Generalnie wody w naszym kraju nie sprzyjają naszemu hobby, ryb jest mało, a jak są, to drobnica. Czasem cały dzień człowiek siedzi i schodzi „o kiju”. Dzierżno słynęło z bogatego rybostanu, zwłaszcza z dorodnych karpi i leszczy. U mnie na rozlewiskach Odry leszcz trzydzieści centymetrów to już osiągnięcie. Tutaj takiego pistoleta nikomu nie chciałoby się nawet mierzyć. Jak byłem tu ostatni raz na rybach, w jeden dzień wyciągnąłem osiem ponadpółmetrowych okazów. Rok temu też złowiłem mojego największego karpia, osiemnaście kilo. Teraz pewnie przekroczył dwudziestkę. O ile przeżył – dorzuca Drabik. 

Dzierżno to pierwszy polski zbiornik „no kill”, na którym w 2016 r. wprowadzono regułę „złów i wypuść”. Schwytany okaz, po zmierzeniu i sfotografowaniu, musi wrócić do wody. Na wielu takich łowiskach wolno stosować tylko haczyki bez zadziorów; rybom przed wypuszczeniem dezynfekuje się skaleczenia, nie wolno też odkładać ich na ziemię, lecz na specjalne maty.

– Hipokrytą nie jestem, zdarza mi się zjeść złowione ryby – przyznaje Drabik. – Ale na „no kill” jedzie się dla sportowych wrażeń i dla przyrody. W Dzierżnie pływały karpie, którym miejscowi wędkarze nadawali imiona. Sprzątanie padłych ryb dla wielu tutejszych było więc trudnym doświadczeniem.

Bezczynność instytucji

Na forum Spławik i Grunt zrzeszającym miłośników wędkarstwa spod znaku „no kill” wątek dotyczący sytuacji Dzierżna liczy już ponad 660 wpisów, a liczba wyświetleń przebiła 89 tysięcy. Pierwsze wzmianki o śnięciu ryb w zbiorniku pochodzą z 5 sierpnia. W kolejnych mnożą się narzekania na służby państwowe, że lekceważą informacje o zagrożeniu, które przekazują wyżej wędkarze. Ktoś cytuje miejscowego ichtiologa, dr. Dariusza Ulikowskiego, który już w połowie lipca sygnalizował spółce Wody Polskie, że w zbiorniku dzieje się coś, co przypomina sytuację na Odrze sprzed dwóch lat. Bez odzewu. Trzeba było – jak zauważa z przekąsem Drabik – dopiero ton ryb gnijących na brzegu, żeby państwo wzięło się do roboty. Wtedy jednak pozostało już tylko usuwanie skutków.

– Wiesz, co mówili ludzie, z którymi sprzątałem Dzierżno? – ciągnie wędkarz. – Że to nie przypadek ani zaniedbanie. Że tę wodę zabito z premedytacją, żeby zamienić ją w akwen przemysłowy. Nie będzie w nim ryb, to nie będzie problemu. Dzierżno Duże to nie naturalne jezioro, powstało jako zbiornik zaporowy do zrzutu nieczystości. Potem, gdy śląski przemysł zaczął obumierać, rozwinęło się tu życie, a miejscowi zrobili z Dzierżna mekkę dla wędkarzy. Widocznie komuś to przestało odpowiadać – kończy.

 

Bezczynność instytucji faktycznie może być żyznym podglebiem dla teorii spiskowych. Podobnie jak niechęć mediów głównego nurtu do zajęcia się tym tematem, wręcz zaskakująca, zważywszy na apetyt, z jakim dwa lata temu relacjonowały odrzańską katastrofę. Czy wreszcie zagubienie polityków rządzącej koalicji, którzy nagle zdali sobie sprawę, że te same zarzuty, które dwa lata temu oni tak chętnie stawiali ówczesnej władzy, dziś można śmiało postawić im. Wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski na antenie Polsatu krytykę działań rządu w obliczu tej katastrofy nazwał nawet „pisowską narracją” i ze zdziwieniem musiał przyjąć wyjaśnienia prowadzącego, że zacytowano mu jego własne słowa sprzed dwóch lat. Marszałek Szymon Hołownia poległ z kolei w konfrontacji z wysłannikiem Telewizji Republika. „Dwa lata temu pytał pan, gdzie jest rząd. A gdzie rząd jest teraz?” – zapytał go po prostu dziennikarz. 

„A pan dwa lata temu też pytał z nami, gdzie jest rząd, kiedy Odra umierała? Czy nie było pana z nami na pokładzie, kiedy troszczyliśmy się o to, co się dzieje z polską rzeką po tylu latach rządów pisowców?” – usiłował ripostować lider 2050. 

Ludzi, którzy sprzątają Dzierżno, takie przerzucanie odpowiedzialności może jedynie zirytować. W rzeczywistości dobrze ilustruje jednak istotę problemu. Ryby w polskich wodach i teraz, i przed dwoma laty zabiło to samo. Rozmycie kompetencji.

Wodny bezład

Państwo polskie ma instytucję, która w jego imieniu zajmuje się eksploatacją i bieżącym nadzorem nad zasobami wodnymi kraju. To powołane do życia w 2018 r. Wody Polskie. Zbiornik Dzierżno, jako własność państwowa, również znajduje się w gestii Wód, które wydzierżawiły go Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu. Gdy wędkarze zaczęli zgłaszać pierwsze przypadki śnięcia ryb, Wody Polskie uznały to jednak za sprawę poza obszarem swoich kompetencji. 

W rozmowie z reporterką Kanału Zero, która dociekała, jak można było zapobiec tej katastrofie, rzeczniczka tej instytucji odpowiedziała, że adresatem tak postawionych pytań nie jest jej pracodawca. I nie minęła się z prawdą, bo w porządku państwa polskiego instytucja stworzona do administrowania zasobami wodnymi kraju nie ma wśród zadań ich ochrony, lecz... eksploatację. 

Wody Polskie wydają pozwolenia wodnoprawne, pilnują stanu wałów powodziowych, dzierżawią zbiorniki, legalizują urządzenia pomiarowe, pobierają opłaty od użytkowników wód, pilnują stanu torów żeglugowych. Owszem, należy do nich także „zarządzanie środowiskiem wodnym” – czyli choćby opiniowanie wpływu potencjalnych inwestycji na stan akwenów czy realizacja zadań związanych z ochroną przyrody na terenach Natura 2000 – ale już nie bieżące monitorowanie stanu samych wód. Tym ostatnim para się Główny Inspektorat Ochrony Środowiska – choć akurat nie na Odrze, bo po katastrofie sprzed dwóch lat budowę sieci punktów mierzących stan zasolenia wody w tej rzece rząd PiS zlecił głównie Instytutowi Rybactwa Śródlądowego, które podlega... resortowi rolnictwa. 

Ministerstwo Klimatu i Środowiska, zwierzchnik GIOŚ, zwołuje więc stałe konsultacje z partnerami społecznymi w sprawie choćby stanu wód Odry, w praktyce jednak nic z tego nie może wyniknąć, bo Wody Polskie nie podlegają pod resort Pauliny Hennig-Kloski, lecz pod Ministerstwo Infrastruktury. Kopalnie to z kolei resort aktywów państwowych. Słowem, żeby w Polsce Anno Domini 2024 wydać kopalni polecenie natychmiastowego wstrzymania zrzutu zasolonych wód dołowych, potrzeba pilnego zwołania posiedzenia całej rady ministrów

– W Polsce brakuje procedury, która określałaby, co mają robić służby i instytucje, gdy obywatele zgłoszą im informację o zanieczyszczeniu. Od lat sygnalizujemy to stronie rządowej – mówi Maria Włoskowicz, prawniczka z Fundacji Frank Bold, która specjalizuje się w działaniach na rzecz ochrony środowiska. – Brak tej procedury uniemożliwia podjęcie działań, które mogłyby zapobiec katastrofie ekologicznej, takiej jak ta na jeziorze Dzierżno Duże. Albo przynajmniej ograniczyć skalę strat. Jedyne, na co stać państwo w tej sytuacji, to akcja porządkowa po katastrofie.  

Więcej ścieków, przyroda wytrzyma

Państwo polskie nie wie jeszcze jednego. Nie zna dokładnej wielkości emisji pokopalnianych zanieczyszczeń do wód powierzchniowych. Agencja Rozwoju Przemysłu szacuje, że w 2022 r. kopalnie spuściły do jezior, rzek i strumieni około 200 mln metrów sześciennych wód dołowych zawierających w sumie około 1,4 mln ton chlorków i siarczanów. 

Obliczenia nie mogą być dokładniejsze, bo wedle przepisów ścieki kopalniane ze stężeniem chlorków i siarczanów powyżej 1,5 grama na litr wolno zrzucać do rzek bez ograniczeń, pod warunkiem, że końcowe stężenie w akwenie docelowym nie przekracza 1 grama na litr. W przypadku największych polskich rzek oznacza to de facto zezwolenie na spuszczanie zanieczyszczeń bez ograniczeń. Przepisy mówią bowiem, że dopuszczalny jest „wzrost sumarycznego stężenia chlorków i siarczanów do wartości większej niż 1000 mg/l (...) o ile nie spowoduje to szkód w środowisku wodnym”. Kopalnie mają więc zezwolenie na nieustanne testowanie granic wytrzymałości środowiska naturalnego.

Pytanie o sens tego przywileju jest uzasadnione w sytuacji, gdy polskie kopalnie uprawiają przemysłową sztukę dla sztuki, wydobywając surowiec w zasadzie niepotrzebny. Produkcja węgla kamiennego w Polsce spada systematycznie od 1979 r., a w ubiegłym roku zjechała do poziomu z 1910 r. Kolejnym problemem jest cena. W holenderskich portach, do których przybijają masowce z Australii i Ameryki Południowej, tona węgla kosztuje obecnie średnio 120 euro, czyli niespełna 525 zł. W polskich kopalniach ceny zaczynają się od tysiąca złotych, ale nawet przy takich pułapach cenowych nasze górnictwo pozostaje nierentowne; tylko w tym roku każdy polski podatnik dołoży do tego interesu po 500 zł. 

Gdyby spełnić miały się założenia ustawy przyjętej przez rząd PiS, zgodnie z którą ostatnia polska kopalnia węgla kamiennego miałaby zaprzestać działalności w 2049 r., koszty tego gospodarczego eksperymentu sięgnęłyby w przeliczeniu na jednego podatnika 7 tys. zł, czyli ćwierć biliona złotych!

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak już dziś założyć, że Polska pożegna się z górnictwem nieco wcześniej. Od końca lat 90. zeszłego wieku zapotrzebowanie na węgiel maleje rok po roku średnio o 2,7 mln ton. W tym tempie już około 2038 r. zjedzie do poziomu, który uczyni eksploatację polskich kopalń nie tylko nieopłacalną, ale także niemożliwą do utrzymania z powodów czysto technicznych. Rząd PiS za wszelką cenę chciał utrzymać tę gałąź przemysłu przy życiu, planował rozbudowę energetyki opartej na węglu, która miała zaowocować zwiększeniem wydobycia w 2030 r. do około 65 mln ton rocznie, ale dziś wiadomo już, że to się nie uda. 

Prąd z węgla to koszmarnie drogi prąd, którego cenę zawyżają koszty zakupu certyfikatów emisji CO2. Odbiorcy energii wzięli więc sprawy w swoje ręce i w takim tempie rozbudowali przydomowe i przyzakładowe instalacje fotowoltaiczne, że już dziś w słoneczne letnie dni ponad połowę wytwarzanego prądu Polska pozyskuje ze słońca. Polskie Sieci Energetyczne muszą wręcz ograniczać odbiór energii od prosumentów, żeby w systemie nie zabrakło miejsca dla konwencjonalnych elektrowni, które z powodów technicznych nie mogą zejść z produkcją poniżej pewnego progu.

Sól za grosze

Polski węgiel już nie potanieje. Od 2027 r. kopalnie będą musiały płacić za emisję metanu, który puszczają do atmosfery wraz z powietrzem odprowadzanym z szybów. Zarazem nie słabnie presja związków zawodowych na podwyżki górniczych pensji. 

W 2023 r. wydobycie tony węgla w polskiej kopalni kosztowało średnio 941,65 zł, z czego już połowa przypadała na koszty płacowe. W tych warunkach nie ma również szans na to, żeby stworzyć rynkowy mechanizm, który sprawiłby, że kopalniom przestanie opłacać się zrzucanie do rzek zasolonych ścieków.

Za każdy kilogram soli wypompowanej wraz z wodą spod ziemi muszą obecnie zapłacić 5 groszy. W tzw. specustawie odrzańskiej, która weszła w życie jeszcze za PiS, pojawił się zapis podnoszący tę stawkę do 10 groszy za kilogram, ale dopiero od 2030 r. To wciąż zbyt mało, żeby nakłonić kopalnie do inwestowania w instalacje do odsalania. Po uwzględnieniu przyszłej inflacji może się w ogóle okazać, że koszt procederu właściwie nie ulegnie zmianie. 

Trwa on w najlepsze od lat. W 1999 r. Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że w latach 1995-1998 29 kopalń podległych czterem skontrolowanym spółkom węglowym wydobyło około 326 mln metrów sześciennych zasolonych wód kopalnianych, z czego ponad 297,4 mln, czyli aż 91,24 proc., odprowadziły do wód powierzchniowych. Kontrolerzy dalej wykazali, że z tego tytułu kopalnie obciążono opłatami w łącznej wysokości 970,4 mln zł. Żadna z nich nie wywiązała się z tego zobowiązania w całości. Dwie nie zapłaciły ani złotówki.

Spośród 29 skontrolowanych kopalń 27 miało obowiązek posiadania pozwoleń na zrzut wód dołowych, ale aż 21 robiło to bez zezwolenia. Trzem kolejnym pozwolenie wygasło w trakcie badanego okresu, ale o przedłużenie nie wystąpiły bądź go nie otrzymały. Głównym powodem odmów było przekroczenie dopuszczalnych zawartości chlorków i siarczanów w odprowadzanych ściekach. W konkluzji kontrolerzy NIK z niejakim zdziwieniem odnotowali więc fakt, że zaległe opłaty i kary umorzono (!) wszystkim podmiotom w ramach działań oddłużeniowych. Państwo, będące właścicielem wszystkich kopalń, samo sobie narzuciło normy środowiskowe, których nie dotrzymało, a następnie samo zwolniło się z nałożonych na siebie kar.  

Jerzy Drabik na koniec spotkania sięga po telefon. Film, który wyświetla, pokazuje zrzut zasolonej wody do rzeki Kłodnicy, którą do Dzierżna spływają kopalniane ścieki. Kilka kilometrów niżej, u jej wylotu do zbiornika, służby pompują w tym czasie do wody perhydrol, czyli wodę utlenioną. Ministra klimatu z dumą oświadcza na konferencji, że udało się w ten sposób zbić „poziom złotej algi w rzece Kłodnicy o 95-99 procent”.  

– Jasne – uśmiecha się wędkarz. – To co? Do zobaczenia za rok?
 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Dlaczego ryby nie mają głosu