W moim domu nie obchodziło się urodzin. Nie to, że się ich nie zauważało – ale zauważyć, nie znaczy obchodzić. Obchodziło się imieniny. Dzień patrona. A jeśli ktoś miał imię bez niebieskiego patrona (patronki) – jak moja mama – świętował w dniu patrona swego drugiego imienia. To wydawało mi się oczywiste, niepodlegające dyskusji.
Był jeden wyjątek: urodziny siódme. Bo w mojej rodzinie był zwyczaj, wręcz prawo, że dzieci ofiarowywano Matce Boskiej i na znak tego do siódmego roku życia ubierano je wyłącznie w ubrania kolorów maryjnych – na biało i niebiesko. Słyszałem, jakoby ta tradycja była rodem z Jasnej Góry, kiedy jednak po latach próbowałem się tam czegokolwiek na ten temat dowiedzieć, nikt o czymś takim nie słyszał. W dniu siódmych urodzin dostałem więc... czerwone ubranko.
Dumnie je nosiłem przez cały dzień, ale potem nie pamiętam, bym ponownie je na siebie wkładał. Mój półtora roku młodszy brat też miał takie ubranko – i też nie pamiętam, by w nim chodził poza dniem urodzin. Zwyczaj w następnych pokoleniach zanikł. Nie wiem, czy ktoś jeszcze go pamięta – poza mną oczywiście. Ja pamiętam.
Obchodzenie imienin, nie urodzin, było więc żywe. A że w moim przypadku obchody zbiegały się z Bożym Narodzeniem i z prezentami pod choinką, zawsze rano były moje imieniny, a wieczorem już osobne święto. I nawet jeśli o moim patronie nic w gruncie rzeczy nie wiemy, to przecież kimkolwiek był „pierwszy człowiek” – jest on chyba dla nas, następnych, ważny. Nie wiem, jak go sobie wyobrażać, ale i tak go lubię.
Urodziny przypominają natomiast, w jakim wieku jest świętujący. Nie bez zdziwienia konstatuję, że zbliżam się (powoli, ale nieustannie) w okolice setki. Te cyfry szepczą, że każde urodziny mogą być ostatnie. Mogą oczywiście również nie być: jeśli nie ma wyraźnych symptomów zbliżającego się kresu (mniej wyraźne są, ale one nie przeszkadzają).
Cóż, żyje się może nie tak, jak parę lat wcześniej, ale w miarę normalnie. Tylko na świat patrzy się inaczej, z dystansem kogoś, kto zbiera się do przeprowadzki. Zbiera się gnuśnie, bo w ogóle człowiek gnuśnieje, ale się jednak zbiera. Ważność spraw (osób i spraw) się zmienia, przeszłość można wspominać, ale nie da się już niczego zmienić. Wiara przechodzi dziwny proces oczyszczenia i czasem bierze człowieka strach, że nic z niej nie zostanie. Moje doświadczenie jednak jest raczej pozytywne: pozostaje to, co istotne.
Tak więc urodziny są bezcenne, choćby dlatego, że pomagają popatrzeć na to, co się przeżyło. Oczywiście, wielu rzeczy nie pamiętam, ale niektóre pamiętam całkiem dobrze. Niestety. Faktów nie zmienisz, zaniedbań nie nadrobisz, czasu nie cofniesz. Pozostaje żal, ocena ex post i nadzieja na miłosierdzie Boga i ludzi.
Na urodzinowych przyjęciach, małych i wielkich, wspomina się dobre czyny i zasługi solenizanta. Oby tylko on sam od tego nie zgłupiał.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









