Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W krainie niespodzianek

W krainie niespodzianek

23.04.2018
Czyta się kilka minut
Mikroprzygody, krótkie i skromne wędrówki w poszukiwaniu kulturalnych atrakcji to rozrywka dostępna dla każdego. Zaspokajają coraz mocniejszy głód doświadczenia.
Okładka dodatku: Włóczykij kulturalny
Okładka dodatku: Włóczykij kulturalny
T

To był udany kwietniowy dzień, choć w gruncie rzeczy całkiem zwyczajny. Wyjazd w sobotę wieczorem z Warszawy do Jędrzejowa, jednego z wielu miasteczek przy często pokonywanej trasie, oglądanych zwykle z okien samochodu. Tak pewnie by już zostało, gdyby nie wizyta znajomego, który na co dzień żyje i pracuje w londyńskim City, ale raz na kilka miesięcy wpada odwiedzić rodzinne strony. Wybraliśmy się więc razem.

W niedzielę koło południa wędrówka po wnętrzach kamienicy na jędrzejowskim rynku, w której miejscowy lekarz, kolekcjoner i pasjonat astronomii Feliks Przypkowski zgromadził imponującą kolekcję astronomiczno-gnomoniczną, sporą bibliotekę i mnóstwo osobliwości przyrodniczych. Zbieracką pasję odziedziczył po nim syn Tadeusz, jeden z kilku na świecie znawców zegarów słonecznych i ich konstruktor. W budynku zachowało się oryginalne wyposażenie, nawet sprzęty kuchenne, więc po części domowej spaceruje się bez poczucia wizyty w muzeum, bardziej jakby wpadło się pozaglądać w zakamarki mieszkania sąsiadów. Trochę zresztą w tym prawdy, bo znajomy jędrzejowianin chodził kiedyś do klasy z przedstawicielem kolejnego pokolenia Przypkowskich.

Jeszcze spacer po ogrodzie czasu, zaprojektowanym we współpracy ze znawcą tematu, Gerardem Ciołkiem, gdzie starannie dobierane rośliny towarzyszą zegarom słonecznym i przyrządom astronomicznym.

Tyle razy przemykaliśmy przez Jędrzejów, nie znajdując czasu, żeby zatrzymać się tutaj na chwilę. Obudzona ciekawość odkrywców bierze więc górę i w drodze powrotnej robimy popasy jeszcze w dwóch miejscach. Jedno to Muzeum Wsi Kieleckiej, w którym trwa akurat piknik wyrobów regionalnych, więc przy okazji kupujemy prowiant na dalszą drogę. Drugie – dawna rezydencja Józefa Brandta, Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, gdzie odpoczywamy na trawie, przeczekując największe korki na trasie, oglądamy aktualne wystawy, a przy okazji jednej z nich udaje się nam zajrzeć do najstarszego i najbardziej tajemniczego obiektu w parku – XIX-wiecznej kaplicy.

Po powrocie planujemy kolejną kulturalną mikrowycieczkę.

Nie mieliśmy pojęcia, że wpisujemy się w jakiś trend. Szczerze mówiąc, w ogóle nie przyszło nam do głowy, że taki istnieje.

A jednak coś, co do tej pory mogłoby doczekać się co najwyżej pogardliwego wzruszenia ramion ze strony osób uważających się za podróżników z prawdziwego zdarzenia, znajduje się już na radarze rozmaitych organizacji zajmujących się turystyką.

Association of British Travel Agents, czyli zrzeszenie brytyjskich agentów turystycznych, oraz portal podróżniczy Skift uznały je za jedną z najpopularniejszych tendencji podróżniczych, na którą apetyt wciąż rośnie i na pewno nie skończy się na kilku ostatnich sezonach. Chodzi właśnie o mikrowycieczki lub też mikroprzygody („microadventures”), jedno-, najwyżej parodniowe wędrówki po własnym kraju, w tym często nieodległej okolicy, a także niewielkich, często zapomnianych mieścinach, od których masowy turysta trzyma się z daleka. Określenie miał ukuć autor i podróżnik Alastair Humphreys, który mówi o takich wyprawach, że są „skromne i łatwo dostępne, dla zwykłych ludzi wiodących zwykłe życie”. Tak musiało się stać.

Po zainteresowaniu minimalizmem, ruchem slow, lokalnością, przesycone mieszczuchy z największych ośrodków kręcą nosem na kolejne spektakularne wyjazdy przez pół świata albo odhaczanie kolejnych punktów z listy europejskich miast do zobaczenia w dwa dni dzięki promocji w tanich liniach.

Zanim jednak zaczniemy wyśmiewać głód jako nową formę ucieczki od codzienności, której jeszcze niedawno nie przypisywalibyśmy żadnych specjalnych nazw – ot, leniwy dzień spędzony poza domem, lecz na tyle blisko, by udało się do niego wrócić bez większych niespodzianek – zauważmy, że ma ona również jak najbardziej realistyczne uzasadnienie. Pracujemy coraz więcej, żyjemy intensywnie, próbując zmieścić, ile się da, w przeładowanych harmonogramach.

 Włóczykij kulturalny
Okładka dodatku: Włóczykij kulturalny

Mikroprzygoda nie wymaga szczególnych przygotowań, a pozwala na chwilę znaleźć się w innym świecie.

Ten dostępny jest niemal na wyciągnięcie ręki, czasem nawet na sąsiedniej ulicy. Pozwala też oderwać się od codziennych obowiązków, rozwinąć uważność, skupiając się na tym, co niepozorne, łatwe do przeoczenia w biegu. Co istotne, zwykle towarzyszy jej motyw odkryć kulturalnych.

– W takiej turystyce liczy się przygoda, to jest jak podróż w poszukiwaniu skarbów z dość niewyraźną mapą – opowiada Patryk, w życiu zawodowym specjalista od marketingu. – Wiesz, czego unikać, ale nie masz pojęcia, na co trafisz, docierając na miejsce.

Wystrzegać się należy: tysięcy polubień w mediach społecznościowych, nadmiernie dopracowanej komunikacji wizualnej danego wydarzenia, zbyt doskonałej strony internetowej, dużych ośrodków miejskich, bo zapowiadają stres związany z poszukiwaniem miejsc do parkowania, przeciskaniem się wśród tłumów, oblężonymi enklawami pensjonatów, w których brak wolnych łóżek. Turystyka kulturalna w tym wydaniu ma w sobie coś z amatorskiej etnografii, ale nie tej zakochanej w wyimaginowanych „klasycznych strojach ludowych”, cepelii czy wiejskich naturalistach.

– Szuka się tego, co rodzi się z pasji, za czym kryje się potrzeba organizatora lub organizatorki, by podzielić się z innymi swoją fascynacją – mówi Patryk. Nawet jeśli środków jest niewiele, a umiejętności organizacyjnych nabywa się metodą prób i błędów. Bo nie ma zresztą co kryć: choćby z tych powodów drobne wydarzenia kulturalne na polskiej prowincji pozostawiają często wiele do życzenia pod względem artystycznym. Tyle, że mikroodkrywcom to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie.

Patryk mówi, że to jak z zakupami. W uchodzącej za prestiżową sieci delikatesów będą lśniące podłogi, bezszelestnie pracująca klimatyzacja, a jedzenie wyeksponowane ze znawstwem w błyszczących witrynach, ale raczej nie usłyszy się tam spontanicznych okrzyków zachwyconych klientów, wymiany plotek, bezceremonialnych pogaduszek ze sprzedającymi, jak na zwykłym, może nawet nieco przaśnym targu, odbywającym się w danym miejscu od lat, bez etykietek w rodzaju „bazar śniadaniowy”.

– Trzeba mieć naprawdę fioła na punkcie grzybów, by zrobić festiwal rydza, trzeba rzeczywiście cenić opowiadania szerzej nieznanego, zapomnianego pisarza, by nazwać jego nazwiskiem festiwal literacki organizowany w bibliotecznej sali powiatowego miasta, jak w przypadku Moniki Sznajderman i festiwalu Zygmunta Haupta w Gorlicach. Trzeba mieć energię i siłę ducha, by latami, niemal bez wsparcia, sprowadzać do tychże Gorlic sławy europejskiego ambientu, jak robi to Tadeusz Łuczejko, czy cenione grupy teatralne z Polski, Ukrainy i Białorusi, które cyklicznie przyjeżdżają do niewielkiej wsi Nowica w Małopolsce – wylicza Patryk.

Jeździ się więc do miejsc, które nie mają potrzeby, by podobać się bardzo i wszystkim, nie mają ambicji, by wszystko udawało się idealnie.

Takich, które po zakończeniu wydarzenia nie będą rozsyłać do uczestników powiadomień o kolejnym rekordzie frekwencji. Choć paradoksalnie, często organizują je ludzie z dużych miast, wśród których trafiają się nawet i doświadczeni animatorzy, kiedyś zawodowo zajmujący się realizacją wielkich imprez.

Zmęczeni metropolią, wyprowadzają się na prowincję i nabrawszy sił, odkrywają jej potencjał. Zaczynają rozkręcać miejscowe życie kulturalne, korzystając z dotychczasowego doświadczenia. Tym razem jednak na luzie, we własnym tempie, bez presji, że jeśli coś pójdzie nie tak, korporacja zadrży w posadach i rozwścieczony szef wezwie ich na dywanik, pytając, czemu założone wskaźniki się nie zgadzają. Urok takich przedsięwzięć, jak mówi Patryk, polega właśnie na tym, że gdy nie działasz w świetle reflektorów, częściej mają szansę się zdarzyć rzeczy nieoczekiwane, szalone, ryzykowne, a na pewno bardziej szczere, bo na widowni nie siedzi śmietanka intelektualno-towarzyska Krakowa lub stolicy, tylko 30 osób, które trudno zaklasyfikować: ktoś wygląda jak rolnik, inny jak członkini kółka różańcowego, a obok nich młodzi, może zbyt znudzeni podpieraniem ścian domów przy ryneczku, którzy przyszli zobaczyć, co się dzieje.

No i czasem człowiek, który sprawia wrażenie lokalnego oprycha, przez półtorej godziny słucha o poezji Bronki Nowickiej. Przy takiej widowni chyba łatwiej poczuć, że mówi się do ludzi, a swoboda służy świeżości rozmowy.

Świadomi mikroodkrywcy wywodzą się jednak z tego samego świata, co organizatorzy. Często też napędzają ich własne artystyczne zainteresowania, jak w przypadku Magdy, dyrektorki marketingu w dużej firmie nieruchomościowej, która jeździ po Polsce i świecie śladem wystaw i fotograficznych festiwali. Na co dzień zaangażowana w niezliczone projekty, często przemieszczająca się służbowo, podczas swoich mikroprzygód z fotografią odrywa się od pracy, przenosi w inną przestrzeń, gdzie spotyka często ludzi niedowierzających, że ktoś taki po powrocie może chcieć spędzać czas za szklanymi drzwiami biurowców.

– Zawsze dużo podróżowałam i robiłam dużo zdjęć – mówi Magda. – Podczas krakowskiego Miesiąca Fotografii, w podziemiach Muzeum Etnograficznego, zahipnotyzowały mnie prace Sally Mann. Pamiętam do dziś, jak wracałam do Warszawy i nie mogłam przestać myśleć o fotografiach jej dzieci obok rozkładających się ciał z cyklu „What Remains”. Afirmacja życia i śmierci. Na fali pojechałam do Arles, na jeden z najbardziej znanych festiwali fotograficznych na świecie, gdzie od zdjęć wybitnych i mniej znanych twórców nie można było uciec. Wisiały wszędzie, w muzeach, ratuszu, galeriach, halach, wyklejone na ulicach i pokazywane w formie slajdów pod gołym niebem w ruinach rzymskiego teatru. Głowa aż pulsowała od inspiracji. Wsiadłam w rozpędzony pociąg, który odtąd zatrzymuje się tylko na kolejnych stacjach, tych większych, jak Łódź, Wrocław czy Opole, ale też w niewielkich miastach. Przeglądanie portfolio, niespodziewane odkrycia, zbieranie opinii o własnych pracach, nowe znajomości. Jestem dumna, że tyle się w Polsce pod tym względem dzieje.

– W moim przypadku mikrowycieczki zaspokajają potrzebę podróżowania w przerwach między większymi wyprawami – opowiada Łukasz, na co dzień organizujący wydarzenia kulturalne w warszawskiej organizacji pozarządowej.

Wyjazdy, nawet te jednodniowe, pozwalają złapać dystans i przyjrzeć się, jak funkcjonuje kultura w mniejszych miejscowościach.

Jak mówi, to najlepszy sposób na rozprawienie się z mitem, że tylko w miastach można natrafić na wartościowe wydarzenia, a prowincją rządzi kicz uosabiany przez disco polo. Jednym z miejsc, do których lubi wracać, jest Brochów – miejsce chrzcin Fryderyka Chopina, gdzie można obejrzeć jeden z nielicznych kościołów obronnych na Mazowszu, powłóczyć się po urokliwych łąkach nad Bzurą, a potem podjechać jeszcze do Żelazowej Woli na koncert.

Patryk i jego żona Anna, pracująca w pokrewnej branży i z równym entuzjazmem wyszukująca pomysły mikrowycieczek, zabierają na nie dzieci: czteroletnią Kalinę i sześciolatka Anatola.

Wbrew opiniom, że trzeba poczekać, aż potomstwo będzie bardziej samodzielne i więcej zapamięta z podróży, uważają, że takie eskapady mają więcej plusów: uczą młodych radzenia sobie w zmiennych sytuacjach i budzą w nich ciekawość świata, która raczej nie zaniknie w dorosłym wieku. Być może dla tego pokolenia, podobnie jak dla urodzonych w latach 90. milenialsów, inny trend, czyli prymat doświadczenia nad konsumpcjonizmem, który dodatkowo wpływa na popularność kulturalnych włóczęg po małych ojczyznach, stanie się oczywistością, o której za parę dziesięcioleci nikt nie będzie się rozpisywał na łamach podróżniczych czasopism.

– Regularnie jeździmy na przykład do Nowicy na spotkania teatralne Innowica, obfitujące w doznania, które potem trudno zapomnieć. Gdy siedzi się w dużej stodole przerobionej na scenę, jest już prawie noc, wiatr naprawdę gwiżdże przez szpary w ścianach, a aktorzy snują opowieść ni to teatru lalkowego, ni to wielkiej machiny imaginacyjnej o psie Pana Jezusa. Albo dziedziniec starego browaru królewskiego w Zwierzyńcu, gdy znów jest ciemno, a ze sceny słychać śpiew alikwotowy.

Gdy podróżuje się z dziećmi, szczególnie sprawdzają się spontaniczne wyprawy po Polsce. Jest bliżej, taniej i bardziej przewidywalnie, choćby na wypadek nagłej choroby.

Najczęstsze cele podróży Patryka i Anny to Beskid Niski, Roztocze, Jura Krakowsko-Częstochowska oraz Warmia i Mazury. Polska B, jak lubią określać ją z wyższością politycy.

Amatorzy mikroprzygód powiedzieliby im, że jest zupełnie nieuzasadniona. Trzeba tylko otworzyć się na doświadczenie, które polega również na tym, aby przez chwilę pożyć cudzym życiem. Wejść do świata miejscowych. Wypróbować restauracje, w których jadają, i zajrzeć w inne odwiedzane przez nich na co dzień miejsca. Spędzić czas z pochodzącą z danej miejscowości rodziną, nauczyć się gotować parę dań, poznać jej znajomych, najchętniej lokalnych artystów lub inne ciekawe persony, zajrzeć do ich mieszkań.

 

Wydarzenia trafiają na rodzinny radar najczęściej z polecenia przyjaciół zajmujących się kulturą. Anna też prowadzi bloga dla rodziców, dzieląc się częścią wspólnych doświadczeń podróżniczych. To też cecha charakterystyczna: wędrowcy poszukujący nieoczywistych kulturalnych atrakcji sami stali się ekspertami. Zamiast wcielać się w role chodzących encyklopedii, wykorzystując technologie opowiadają o własnym życiu, filmują wyprawy, dzielą się odkryciami. Muszą tylko dbać, by nie zyskać zbyt dużej popularności w mediach społecznościowych. Inaczej niewielki folkowy festiwal we wsi, o której grono wtajemniczonych przekazywało sobie dotąd informacje pocztą pantoflową, szybko stanie się celem pielgrzymek dla mas. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Pisarka, dziennikarka, założycielka Stacji Muranów. Kontakt z autorką: chomatowska@tygodnik.com.pl

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]