Żeby zapisać wszystkie wrażenia, których dostarcza jesienny, bieszczadzki las, musiałbym w nim zostać na zawsze. To nie jest łagodna, kojąca kąpiel leśna, ten las oszałamia. Ten las jest żywiołem.
Zamykamy oczy, żeby posłuchać, bo oślepia mnie fosforyzujące światło mchów. Najprościej jest z dźwiękiem. Dzisiaj jest jednostajny. Deszcz bębni na kapturze, na rękawach, na plecaku. Las szumi. Kiedy zrywa się wiatr, a krople na liściach spadają z drzew – las huczy. Czasem zaskrzypi powalony buk wsparty na ramionach sąsiadów. Gdzieś poniżej przechodzą zwierzęta, słychać wyraźnie trzask łamanych gałęzi. Wysoko, wysoko w koronach urywa się jodłowanie sikory sosnówki „djudi-djudi-djudi-dju”. Ile to dźwięków? Czy każdą kroplę deszczu liczyć osobno?
PACHNIE WODĄ I ZIEMIĄ. Deszczem i błotem. Kałużami i runem. Ten las jest jak rafa koralowa. Biała, prawie przezroczysta, szkli się w deszczu jak meduza, a może jakaś niesłychanie droga, krucha porcelana. Monetka kleista, drobny blaszkowy grzyb cierpliwie rozkłada włókna złamanego buka. Na ogromnym pniu rozsiadła soplówka, zwana dawniej kolczakiem koralowym. Faktycznie, wygląda jak zamarznięty wodospad, a równocześnie przypomina kawałek koralowca. Nie zdziwiłbym się, gdyby zza buka wypłynęła nagle ławica kolorowych rybek. Ale nazwy to skojarzenia systematyków. Ja bym powiedział chyba, że to frędzlówka, względnie frędzelkówka, bo przypomina jakieś psychodeliczne, zwielokrotnione kotary, staromodne, babcine zasłonki. Soplówka jest operowa, a przy tym rzadka, wpisana do Czerwonej Księgi, narażona na wymarcie. Jak rafy koralowe.
Pejzaż jest dramatycznie piękny. Jawory stoją w deszczu, pokryte korą, która przypomina zbroję średniowiecznego rycerza. Wypróchniały, ośmiometrowy pień jodły zagadkową siłą ciągle trzyma pion. Drzewo dochodziło pewnie do czterech metrów obwodu, ale jego życie nie kończy się ze śmiercią. Żyją w nim, żywią się jego ciałem tysiące organizmów. Chrząszczy, grzybów czy śluzowców. Gdyby jodła u podstawy miała jeszcze wertykalne pęknięcie, wypróchniałą komorę, mogłaby służyć za gawrę dla niedźwiedzia. Za to w jej butwiejącej kłodzie, jak w donicy, kiełkuje nowe pokolenie. Spójrzmy dalej, w drugim planie rumowiska drzew. Monumentalne wykroty i szczerbate drzazgi złomów. Jak brutalna musi być siła, by przewracać, by łamać buki, te drzewa konie, pod których cienką skórą grają mięśnie.
Ten las to jednak przede wszystkim kolor, kolor nasycony, jeszcze nie przesycony i podbity do niemożliwości. Taki będzie za dwa tygodnie. Na razie zieleń wycieka z liści powoli, ale zieleń buków jest schyłkowa, gasnąca. Buki stoją spokojnie, na wietrze połyskują czasem wypolerowanym wierzchem liścia. Za to wykręcona przez górski wiatr wierzba rozrzuca już liście tryumfalnie, jak garście konfetti. Te, co kurczowo trzymają się gałęzi, wzdłuż nerwów są jeszcze zielone, żółkną ku brzegom i pokrywają się rdzawym nalotem. W środku jeszcze jędrne, sprężyste, przy krawędzi już martwe i suche jak papier.
JEDYNE ZWIERZĘ przecina nam ścieżkę niezdarnie i nieśpiesznie. Czarno-żółta błyskawiczka, pochłonięta poszukiwaniami dobrej kłody na zimowe legowisko. „Nic brzydszego nie znam jak salamandra. Jest to tłusta, ciężka, niezgrabna jaszczurka, czarną śliską skórą powleczona, nakrapiana pomarańczowymi płatkami” – pisał o niej Wincenty Pol. Salamandra jest drapieżnikiem, poluje na ślimaki i dżdżownice, które nawet jej nie potrafią uciec. Zwano ją słusznie jaszczurką deszczową, bo kocha wilgoć, a słoneczne dni spędza w ukryciu. Zwano ją też niesłusznie jaszczurką ogniową, wierzono, że rodzi się w płomieniach, i ten związek z ogniem wybrzmiewa w niemal każdej jej europejskiej nazwie. Fire salamander, feuersalamander, ogniennaja salamandra.
Mgła to reżyser tych scen, który bezszelestnie zmienia scenografię. Kiedy podnosimy głowy znad salamandry, las jest już inny. Ciemne, rozmyte sylwetki odległych buków zniknęły. Jeżeli mgła jest gdzieś pomiędzy bielą a zielenią, to ta mgła jest jaśminowa. To zjawisko nie ma fachowej nazwy, nie wiem nawet, czy faktycznie istnieje. To, że widzę jaśminową mgłę, o niczym jeszcze nie przesądza. Tak jak z niebieskim piórkiem ze skrzydła sójki, najcenniejszym skarbem w kolekcji każdego dziecka. Lazur i czerń, królewskie połączenie. A przecież faktycznie to piórko jest szarawe, niebieski kolor to tylko gra światła w strukturach keratyny. W uporządkowanych rządkach promyków i haczyków dopiętych do samego szczytu jak suwak w zimowej kurtce.
RUSZAMY W DOLINĘ. Bajka kończy się przy pierwszych ściętych pniach, tu las przerzedza się, rozwiewa się mgła. Jakbyśmy budzili się ze snu. Teraz schodzimy rynną błota, szerokim na kilka metrów szlakiem zrywkowym. To nie jest Park Narodowy, to nie jest rezerwat, ot las, w którym prowadzi się tę słynną, zrównoważoną gospodarkę leśną. Specjaliści mówią, że jej metody są w Bieszczadach archaiczne i prymitywne. Alarmują, że tutejsze, deficytowe nadleśnictwa przecinają stoki gór coraz gęstszą siecią dróg zrywkowych, którymi deszcz spływa w doliny do rzek i potoków. A przecież Bieszczady to lasy wodochłonne, powinny zatrzymywać opady, uwalniając wodę powoli i ratując doliny przed powodziami.
Pod koniec września Lasy Państwowe pokazały mapy, z których wynikło, że w ciągu ostatnich stu lat lasów w Bieszczadach przybyło dwukrotnie. Leśnicy odpowiadali na protest aktywistów domagających się zaprzestania wycinki w pozostałościach Puszczy Karpackiej. To prawda, w międzywojniu te tereny były gęsto zaludnione, a ludność zajmowała się wypasem i wyrębem lasu. Po wojnie i akcji „Wisła” Bieszczady stały się legendarnie dzikie. Pastwiska i wsie zarosły. To nie była raczej zasługa leśników, bardziej zwycięstwo fotosyntezy. Przyroda zwyczajnie wróciła na swoje miejsce. Lasu przybyło, ale nie o takie lasy chodziło aktywistom.
Najcenniejsze, najstarsze lasy, które widać dobrze na mapach z 1830 r., wciąż są wycinane. Lasy, które przez wieki były bezpieczne w niedostępnych dolinach. Wycina się na Otrycie, w otulinie Parku Narodowego i setkach miejsc, do których dostępu bronią tablice „zakaz wstępu”. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















