Powiada się, że polski pech bierze się z położenia na mapie. Co prawda przez ostatnie, przedwojenne lata, próbowaliśmy być – jeśli idzie o położenie – optymistami, ale był to optymizm jakby po lekach, czyli nienaturalny, a wspomagany. Oto tłumaczyliśmy sobie, że położenie uchodzące od czasów zlodowaceń plejstoceńskich za niedobre, można wykorzystać do umiejscowienia dużych lotnisk, dworców, kontynentalnych centrów przesiadkowych i przeładunkowych.
Zarówno wśród polityków, inżynierów i fizyków, poetów i prozaików, oraz w najszerzej pojętych kręgach specjalistów i ekspertów – czyli po prostu wszędzie – ustalono, że Polska jest wybitnym, by nie rzec najlepszym w Europie miejscem do przesiadania się w trakcie podróży, bądź do przeładowania towaru z jednej ciężarówki na drugą. Otóż w powszechnym mniemaniu w polskich kręgach zarówno decyzyjnych, jak i niedecyzyjnych, najlepiej w trakcie podróży zrobić to gdzieś w okolicach Sochaczewa.
Rzecz jasna, jest nieco tras do wyznaczenia, na których przesiadka w Baranowie pod Sochaczewem będzie miała sens i można by w tym magicznym miejscu wybudować ogromny dworzec, ale – tak mniemamy – problemów biorących się z fatalnego położenia na mapie ten peron, czy jak kto woli pas startowy, nie rozwiąże. Polski pech jest bowiem substancją złożoną, jej smak i zapach nie wynikają wyłącznie z wyznaczenia miejsca na Ziemi.
Polski pech jest bulgoczącym kociołkiem zdarzeń – i każdy przyzna, że jest to śliczne określenie. Sumując – stwierdzenie, że polski pech to wyłącznie wina miejsca na Ziemi, jest opinią naskórkową. Uważamy za oczywiste, że gibki autor, któremu udałoby się porządnie zbadać i opisać naszego pecha, nieustającego od czasów zlodowaceń plejstoceńskich, powinien zostać sowicie nagrodzony. Materialnie i symbolicznie. Mamy na myśli nagrodę pieniężną, jakiś order bądź choćby wieniec. Piszemy dziś o polskim pechu, bowiem jest okazja. Już słyszymy tu i ówdzie śmiechy oraz krytyczne uwagi, że mianowicie okazja po temu jest przecież zawsze. No więc zgoda, ale jednak zważyć należy, że czas jest jednak szczególnie ciekawy. I pechowy.
Popatrzmy uważnie. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów kraj nasz nie jest komentowaną, niepojmowaną osobliwością, wybijającą się atrakcjami w świecie wystandaryzowanej nudy politycznej. I to jest objaw szczęśliwy, czyli co najmniej niepechowy. Owszem, ten świat się w ostatnich latach na naszą korzyść zmienił. Sztafeta zaburzonych dziwolągów u władzy, o – jeszcze nie tak dawno – szokujących poglądach, to dziś norma. Zanim do tego doszło, nasi byli nie lada atrakcją.
Zrozumienie, co mówią, co mają na myśli, dlaczego tak a nie inaczej wyglądają, przez kogoś spoza tutejszej etni było niemal niemożliwe, a więc było pokazywane i komentowane od Maroka po Nową Zelandię. To już przeszłość. Bo znaleźli się lepsi. Rzecz wydawała się przecież niemożliwa, a jednak członkowie amerykańskiego rządu – można rzec – przekroczyli in corpore granice, które dotychczas wyznaczali nasi.
Wizerunek rządu amerykańskiego jest dziś na granicy groteski, jeżeli nie jest już groteską pełną gębą i w znaczeniu dosłownym. I tu kończy się nasze szczęście wynikające z utraty pozycji lidera w kategorii „najdziwaczniejsza polityka świata”. Sceny, które codziennie oglądamy, skłaniają nas bowiem do trwogi, by nie rzec, że do łez. A więc pech. Znowu. Co z tego, że to nie nasi przykuwają uwagę uwagi twórców programów satyrycznych od Sydney po Kair, skoro nie ma się z czego śmiać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















