Chcemy napisać to i owo o samolocie, który prezydent USA dostał w prezencie od władcy Kataru. W doniesieniach na ten temat wszystko jest fajne, od szczegółów technicznych, poprzez wypowiedzi obdarowanego, tłumaczenia prawników i etyków, po głosy aprobaty i kompletnie nieliczącej się dziś dezaprobaty.
Wszystko to jest dla nas nowe, ciekawe i zabawne, zważywszy że przeżyliśmy szmat czasu w aurze amerykańskiego, wyższościowego moralizowania na temat zasad, etosu i tym podobnych, zupełnie już nieaktualnych zalet ichniego ustroju. Nie jesteśmy tu od nadętego wykładania o tym, co powinien, a czego nie powinien robić amerykański prezydent, co jest etyczne, a co nie, żyjemy bowiem na terenach prakultury bakszyszu. Choćbyśmy więc tu i teraz pękli, to nie zrozumiemy, cóż może być złego w przyjmowaniu kosztownych prezentów. Sami, jak tu ponuro siedzimy, przyjęlibyśmy dowolny samolot, i to z pocałowaniem ręki. Nie musiałby mieć kryształowych pisuarów, byleby latał w tę i we w tę. Zresztą w tej sprawie kwestie etyczne nas kompletnie nie ciekawią, naszą uwagę przykuwa raczej ogłoszenie, że po zakończeniu urzędowania przez D. Trumpa – jeżeli to się w ogóle wydarzy – samolot trafi na wyposażenie biblioteki, którą - jak słyszymy – człowiek ten zbuduje.
Jest to zapewne pierwsza w historii i jedyna na świecie biblioteka, która nie ma jeszcze książek, ale ma już samolot, i to urządzony w stylu orientalnym. Czy będą nim latać panie bibliotekarki i panowie bibliotekarze? Czy samolot biblioteczny zwiększy czytelnictwo? Jest to – każdy przyzna – ciekawostka nie tylko dla bibliotekoznawców. Być może jest to początek jakichś nowych standardów i za jakiś czas usłyszymy, że nasza Biblioteka Narodowa kupiła sobie bardzo solidny odrzutowiec, którym bynajmniej nie będzie latał dyrektor T. Makowski, lecz in corpore dział rękopisów bądź ów dokumentujący życie społeczne. Byłby to dość osobliwy wkład D. Trumpa w uleżałą od wieków praktykę gromadzenia i udostępniania zbiorów.
Kto teraz wybrzydza na nasze tu fantazyjne szybowanie, temu wypada rzec, że oto na serio Katar wyznaczył manual traktowania przywódcy USA. Prezydent RPA podczas swej wizyty w Białym Domu wykazał się refleksem i znajomością tych wytycznych. Było to kapitalne widowisko, Afrykanin zarzucił D. Trumpa pochlebstwami, nie reagował na prowokacyjne zagrywki, opowiadał mu o niezmierzonych bogactwach naturalnych RPA i o dolarach, powiedział, że jego żona uwielbia pisarstwo wiceprezydenta USA, a prezydentowi wręczył książkę o golfie ważącą czternaście kilogramów. Prezydent Ameryki co prawda chciał odeń samolot, ale przywódcy RPA udało się jakoś to obrócić w żart. A więc, jeżeli chcemy, by prezydent USA odwiedził Polskę, już dziś powinniśmy się rozglądać za prezentem. Nie musi być gustowny, ale na pewno nie może być tani. Na pewno szczerozłoty, bo złota akurat mamy mnóstwo, o czym D. Trump wie świetnie. Bez tego nie ma żadnej szansy na wpisanie Polski na listę destynacji prezydenta USA.
Świat zaiste znalazł się w przeciekawym momencie. Przytoczone fakty są faktami właśnie, a nie głupkowatym zmyśleniem dla pieniędzy. Powinniśmy się więc przemóc i przeskoczyć granice pojmowania, wymazać utarte schematy i przełamać stereotypowe widzenia. Nie tylko te dotyczące Ameryki, ale i nas. Powinien to zrobić każdy, z dbałości o własne zdrowie, by z godnością doczekać wyników wyborów prezydenta RP.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















