Pokojowa Nagroda Nobla dla organizacji Nihon Hidankyo to sygnał ostrzegawczy. Być może nie tylko dla Putina

Nihon Hidankyo zrzesza ofiary eksplozji bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki oraz zabiega o likwidację arsenałów jądrowych na świecie. Co chce powiedzieć Komitet Noblowski, nagradzając tę organizację?
Czyta się kilka minut
Masako Kudo z organizacji Nihon Hidankyo chwilę po ogłoszeniu werdyktu Komitetu Noblowskiego o przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla. Tokio, 11 października 2024 r. // Fot. Yomiuri Shimbun / AP / East News
Masako Kudo z organizacji Nihon Hidankyo chwilę po ogłoszeniu werdyktu Komitetu Noblowskiego o przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla. Tokio, 11 października 2024 r. // Fot. Yomiuri Shimbun / AP / East News

Pokojowy Nobel rzadko kiedy jest „tylko” nagrodą samą w sobie. Zazwyczaj jest to także swego rodzaju sygnał, który Komitet Noblowski wysyła do świata – czasem w sposób bardziej, czasem mniej udany – wskazując na jakieś miejsce globu, gdzie dzieje się wyjątkowo źle. Albo przeciwnie – gdzie ludzkim wysiłkiem udało się coś zmienić na dobre. Nawet jeśli można dyskutować, na ile sygnał ten ma realne znaczenie, na ile zmienia coś w polityce światowej.

Co w tym sensie może oznaczać decyzja, aby w październiku 2024 r. – w chwili, gdy w tylu miejscach świata dzieje się naprawdę bardzo źle – Pokojową Nagrodę Nobla otrzymała japońska organizacja Nihon Hidankyo, która prowadzi klasyczną „misję niemożliwą” – zabiega o likwidację arsenałów jądrowych na świecie?

Pokuśmy się o własne uzasadnienie.

Jądrowy straszak Kremla wobec Zachodu okazuje się (częściowo) skuteczny

Trudno już zliczyć, ile razy w ciągu minionych dwóch lat i ośmiu miesięcy Władimir Putin oraz jego przyboczni – wśród których na czoło wybijają się Dmitrij Miedwiediew, minister Siergiej Ławrow i ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzja – mniej lub bardziej otwarcie grozili Ukrainie oraz Zachodowi użyciem broni jądrowej.

Wprawdzie zachodni politycy publicznie zapewniają, że groźby te nie robią na nich wrażenia, jednak wydaje się, że to również – jeśli nie przede wszystkim – ów szeroko pojęty „aspekt atomowy” jest jedną z przyczyn, dla których Zachód ani nie wypracował do tej pory swojej „strategii zwycięstwa” wobec Rosji, ani nie zdecydował się pomóc napadniętemu krajowi w sposób na tyle poważny i strukturalny, aby Ukraina mogła pokonać armię rosyjską na placu boju (tj. wyzwolić okupowane przez nią tereny – tylko tyle i aż tyle).

Owszem, Zachód cały czas pomaga Ukrainie, ale pomoc ta nigdy nie osiągnęła takich rozmiarów, jakie mogłaby – ilościowo i jakościowo – zważywszy na militarny i gospodarczy potencjał Zachodu. Nie jest to bynajmniej zarzut tylko do Niemiec – tak wygląda w istocie również linia Stanów Zjednoczonych, najważniejszego sojusznika Ukrainy.

„Za mało, aby wygrać. Za dużo, aby przegrać” – tak charakter zachodniej pomocy podsumował już wiele miesięcy temu analityk Carlo Masala. Konstatacja ta pozostaje aktualna. I choć nikt nie sformułował tego publicznie, wydaje się, że to właśnie obawa, iż przegrywająca na froncie Rosja mogłaby sięgnąć po broń atomową, aby w tak radykalny sposób zatrzymać swoją klęskę, powstrzymuje wielu zachodnich polityków przed wypowiedzeniem na głos zdania, że „Rosja powinna przegrać tę wojnę” (gdzieś na dalszym planie mamy, być może, także obawę przed taką klęską Rosji, w wyniku której ten kraj rozpada się np. na szereg państw narodowych – tych narodów jest wszak w Federacji Rosyjskiej wiele – i na porządku dziennym znów staje pytanie sprzed 35 lat: co wtedy z kilkoma tysiącami rakiet atomowych?

Atak na pozbawioną 30 lat temu broni jądrowej Ukrainę to sygnał dla krajów, które czują się dziś zagrożone

Tak czy inaczej – niezależnie od oceny wiarygodności jądrowych gróźb Putina jego pełnoskalowy atak na Ukrainę 24 lutego 2022 r. stanowił punkt zwrotny dla świata również pod tym względem: perspektywa, że ktoś mógłby chcieć użyć takiej broni, zaistniała na porządku dziennym w Europie po raz pierwszy od 1987 r. (wówczas to przywódca Związku Sowieckiego Michaił Gorbaczow i prezydent USA Ronald Reagan zawarli układ o likwidacji rakiet balistycznych krótkiego i średniego zasięgu – był to jeden z kroków prowadzących do końca zimnej wojny i konfliktu Wschód–Zachód).

Ale to nie koniec atomowego problemu dzisiaj. Gdy mowa o roli broni jądrowej w polityce światowej: rosyjska agresja na Ukrainę postawiła pod znakiem zapytania obowiązujące w tej kwestii reguły – te pisane i te niepisane – jeszcze w innym aspekcie. Przypomnijmy, że Ukraina była przez chwilę (lata 1991-94) krajem posiadającym rakiety atomowe – jako schedę po zlikwidowanym Związku Sowieckim. Podobnie jak Kazachstan i Białoruś.

Wszystkie te trzy kraje zdecydowały się wówczas, aby oddać rakiety Rosji, głównej spadkobierczyni upadłego imperium. W zamian zaś otrzymały gwarancję nienaruszalności swojej niepodległości i granic – pod postacią tzw. memorandum budapesztańskiego, które w 1994 r. podpisały USA, Wielka Brytania i właśnie Rosja (taka była wtedy atmosfera – koniec historii, koniec wojen w Europie; niektórzy fantazjowali o Rosji w NATO).

Fakt, że tamta umowa sprzed 30 lat okazała się świstkiem papieru – niewartym więcej niż deklaracje i umowy, które miały przynieść Europie i światu „wieczny pokój”, a o których uczą dziś w podręcznikach historii – pokazał światu brutalnie, że w konfrontacji z krajem, który posiada broń atomową, nic nie daje takiej gwarancji bezpieczeństwa, jak posiadanie własnej broni atomowej.

Innymi słowy: atak Rosji na Ukrainę był sygnałem, że ci, którzy już ją mają, w żadnym razie nie powinni z niej rezygnować. Że ci, którzy nad nią pracują, powinni przyspieszyć takie prace. A ci, którzy jej nie posiadają, lecz mają uzasadnione obawy wobec „atomowych” i wrogich sąsiadów, powinni poważnie pomyśleć nad jej pozyskaniem.

Korea Południowa i Japonia: możliwości na wszelki wypadek

Tymczasem jest dziś kilka miejsc na świecie, gdzie niewiele brakuje, aby kolejne kraje sięgnęły po broń atomową, traktując ją właśnie jako polisę ubezpieczeniową – gwarancję własnego bezpieczeństwa wobec wrogich sąsiadów.

To np. Korea Południowa – konfrontowana na co dzień z reżimem Kim Dzong Una, władcy Korei Północnej, który ma broń atomową i regularnie „odgrywa szaleńca”, grożąc jej użyciem. Seul wprawdzie nie ma własnej bomby atomowej, jednak temat ten jest mocno obecny w południowokoreańskiej debacie publicznej – w ostatnim czasie dyskutuje się o tym otwarcie, a większość polityków i społeczeństwa jest „za”.

Znawcy Korei twierdzą, że gdyby rząd w Seulu zechciał, mógłby pozyskać taką broń szybko. Także dlatego, że przezornie przygotowano już do tego siły zbrojne, budując zdolności do jej przenoszenia. Armia Korei Południowej posiada już od jakiegoś czasu tzw. triadę atomową, czyli (potencjalne) nośniki jądrowych rakiet i bomb w siłach lądowych, lotnictwie i marynarce (są one równie ważne, co sama bomba).

Możliwości zbudowania własnej broni atomowej – znowu: trzymanej w gotowości, na wszelki wypadek – posiada dziś też Japonia. Mając za sąsiadów zza morza Koreę Północną i Chiny, coraz bardziej agresywne w regionie Azji Wschodniej, Tokio mogłoby zacząć ją produkować w krótkim czasie. Zakłady przerobu energii jądrowej w Tokaimura dają możliwość gromadzenia plutonu, podstawowego jej elementu (o atomowym dylemacie Korei i Japonii pisał w „TP” szerzej Roman Husarski).

„Aspekt atomowy” w konflikcie bliskowschodnim

Kolejne miejsce na świecie, gdzie ów „aspekt atomowy” odgrywa dziś istotną rolę, to Bliski Wschód.

Choć Izrael nie przyznaje się do jej posiadania, broń atomowa – a także zdolności do wykonania tzw. uderzenia odwetowego (pod postacią co najmniej jednego izraelskiego okrętu podwodnego z rakietami jądrowymi na pokładzie, który zawsze pływa na patrolu po pobliskich morzach) – jest kluczowa w jego strategii przetrwania. To ostateczna gwarancja i zarazem groźba, że przeciwnik, który chciałby zniszczyć państwo żydowskie, musi się liczyć z takim uderzeniem. Także asymetrycznym. To znaczy: z użyciem broni atomowej w odpowiedzi na zagrażający państwu atak konwencjonalny (do takiej sytuacji doszło prawdopodobnie podczas wojny Jom Kipur w październiku 1973 r., gdy w pewnym momencie, w obliczu początkowych sukcesów Egipcjan i Syryjczyków, władze Izraela miały już rozważać zrzucenie na wrogie państwa bomb atomowych).

Po drugiej zaś stronie tego konfliktu jest Iran, który ma własny program atomowy (jak twierdzi, wyłącznie w celach pokojowych; jego rywale regionalni i globalni mają jednak inną opinię), a także obfity arsenał rakiet, które mogłyby posłużyć do jej przenoszenia. Przy czym ewentualne pozyskanie przez Teheran tego oręża miałoby znaczenie nie tylko dla charakteru jego rywalizacji z Jerozolimą – przenosząc na jakościowy nowy poziom tę „równowagę strachu” między obiema stronami, o której mówił niedawno w „Tygodniku” prof. Łukasz Fyderek. Mógłby to być również impuls dla innych regionalnych rywali Iranu, przede wszystkim dla Arabii Saudyjskiej, aby przynajmniej zastanowić się nad możliwościami pozyskania takiego narzędzia – właśnie jako najlepszej, jak na razie, gwarancji własnego bezpieczeństwa.

Naprawdę jest dzisiaj dość powodów, aby obawiać się, że kruche, ale jednak jakieś prawidła i reguły – dotyczące tego najbardziej śmiercionośnego z wymyślonych przez człowieka narzędzi wojny – zostały rozmontowane. Ludzie, którzy przyznają Pokojową Nagrodę Nobla, przed tym ostrzegają – na miarę swoich możliwości i ograniczeń. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Atomowe memento