Sojusz Putina z Kimem i wizja powrotu Trumpa sprawiają, że Korea Południowa rozważa stworzenie własnego arsenału nuklearnego

Pomysł, aby mieć własną broń atomową jako najlepszą gwarancję bezpieczeństwa, nie jest w Seulu czymś nowym. Dziś debatowany jest zupełnie otwarcie, a wedle sondaży popiera go trzy czwarte społeczeństwa.
Czyta się kilka minut
Kim Jong Un i jego arsenał oglądany przez mieszkańców stolicy Korei Południowej na ekranach na dworcu kolejowym. Seul, styczeń 2023 r. // Fot. Lee Jin-man / AP / East News
Kim Jong Un i jego arsenał oglądany przez mieszkańców stolicy Korei Południowej na ekranach na dworcu kolejowym. Seul, styczeń 2023 r. // Fot. Lee Jin-man / AP / East News

W Korei Północnej dochodzi nagle do puczu. Zamach na lidera kraju zostaje udaremniony, ale on sam zostaje uprowadzony na Południe. Puczyści ostatecznie przegrywają walkę o władzę. Korea Południowa zgadza się na powrót wodza KRLD, ale w zamian za odstąpienie jej połowy arsenału nuklearnego Północy. Zaczynają się rozmowy na temat utworzenia wspólnego zjednoczonego rządu...

Ten fikcyjny scenariusz jest tłem południowokoreańskiego filmu „Steel Rain” (Stalowy deszcz). Marzenie Korei Południowej o posiadaniu własnej broni masowego rażenia fikcją jednak nie jest.

W ostatnich latach nie ustaje dyskusja na ten temat. Podkręcają ją politycy rządzącej Partii Władzy Ludowej (wbrew nazwie, ma profil liberalno-konserwatywny), na czele z prezydentem Yoon Suk-yeolem. Ten o możliwości stworzenia własnej broni atomowej wspominał ostatnio w styczniu (choć już w lutym wycofywał się z tego pomysłu).

Na te opinie wpływ mają zapewne także sondaże. Według Gallup Korea już 73 proc. społeczeństwa ma popierać własną broń atomową. Widać tu znaczny wzrost na przestrzeni ostatnich lat – spowodowany zapewne poczuciem niepewności w polityce światowej.

OBAWY SEULU | Przede wszystkim: stosunki z sąsiadem z Północy są najgorsze od dekad. Kim Dzong Un regularnie testuje rakiety, wysyła balonami na Południe śmieci, a na granicy stale dochodzi do „prowokacji”. W dodatku za Kimem zjawił się Putin. Aby podpisać wojskową umowę, pofatygował się do Pjongjangu osobiście po raz pierwszy od 24 lat.

Wojna na Ukrainie, choć odległa, jest kolejnym klockiem w tej układance. Wiadomo, że broń z KRLD trafia na rosyjski front. Na razie w umiarkowanym zakresie. Ale jeśli ta współpraca się pogłębi, być może np. o wojska inżynieryjne, Korea Południowa będzie zmuszona jakoś odpowiedzieć – to z kolei grozi dalszą eskalacją na podzielonym Półwyspie.

Najwięcej pytań w Seulu, stolicy Południa, wzbudza dziś jednak wizja zmiany władzy w Białym Domu. Korea Północna pełniła ważną rolę w polityce międzynarodowej Trumpa za jego pierwszej kadencji: wierzył on, że przez dialog z dyktatorem i „miłosne listy” obłaskawi reżim. Teraz liczni południowokoreańscy komentatorzy dochodzą do wniosku, że na USA nie można polegać i lepiej się ubezpieczyć w inny sposób. Własna broń nuklearna przedstawiana jest jako pewna gwarancja bezpieczeństwa.

PRZYMIARKI | Co ciekawe: dylemat, przed jakim stoi Seul, nie jest nowy.

W październiku 1991 r. w Los Angeles miało miejsce nietypowe spotkanie buddystów z obu Korei. Przebiegało w duchu przyjaźni aż do momentu, gdy reprezentant upaństwowionej Federacji Buddystów Koreańskich z KRLD wygłosił krytykę Południa: „Nie będzie mowy o zjednoczeniu i rekonstrukcji buddyjskiego dziedzictwa, dopóki Korea Południowa straszy bronią masowego rażenia!”. W tamtym czasie Północ nie miała jeszcze swojej atomówki, podczas gdy Amerykanie składowali na Południu ok. 100 swoich głowic. Jednak w końcu wszystkie opuściły Półwysep, jeszcze w 1991 r. Ten ruch pozwolił obu stronom na podpisanie w styczniu 1992 r. Wspólnej Deklaracji o Denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Jak dobrze wiemy, deklaracja ta nie powstrzymała Północy przed rozwojem własnego arsenału nuklearnego. Po prawdzie, wcześniej Południe było o krok od stworzenia własnego. Chrapkę na broń nuklearną miał Park Chung-hee – wojskowy dyktator, który przejął władzę w wyniku zamachu stanu i rządził Południem w latach 1961-79.

Pomysł zrodził się pod koniec lat 60. w następstwie realizowanej przez prezydenta Nixona tzw. doktryny Guam. Zakładała redukcję kosztów na zbrojenie sojuszniczych państw, w ramach szeroko rozumianego odprężenia. Korea Południowa efekty tego odczuła dotkliwie: USA wycofały z Półwyspu 20 tys. żołnierzy, jedną trzecią swego kontyngentu. Nixon zapowiedział też koniec bezpośredniego zaangażowania USA w Wietnamie. Zwieńczeniem doktryny była jego wizyta w komunistycznych Chinach w lutym 1972 r.

IDEA GENERAŁA | Dla prezydenta Parka ta nowa polityka USA równała się zdradzie. „Pilnym pytaniem dla Korei Południowej jest, jak długo możemy ufać USA” – mówił dziennikarzom, gdy Nixon gościł w Pekinie.

Najwyraźniej przekonany, że ufać nie można, Park wprowadził w listopadzie 1972 r. nową konstytucję, która likwidowała większość struktur demokratycznych w kraju i dawała mu pełnię władzy. W swej retoryce zaczął podkreślać samowystarczalność, a jednym z jej przejawów miała być własna broń nuklearna.

Realizację tej idei utrudniał fakt, że Seul należał do międzynarodowego Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, który nie pozwalał na jej produkcję. Potencjał do stworzenia broni nuklearnej zamierzano więc stworzyć wraz z rozwojem energii atomowej. Generał miał z zazdrością spoglądać na Japonię, która posiadała już zakłady przerobu energii jądrowej w Tokaimura, dające możliwość gromadzenia plutonu, podstawowego elementu broni jądrowej. Choć Japonia do dziś jej nie ma, w bardzo krótkim czasie mogłaby zacząć ją produkować.

O to chodziło Parkowi. Koreański Instytut Badania Energii Atomowej sprowadził kanadyjski reaktor ciężkowodny i podpisał umowy z francuskimi i kanadyjskimi dostawcami sprzętu. Ale działania te przerwała ostra reakcja USA. Informacje o rozmowach obu stron są utajnione i nie jest pewne, czy podziałały bardziej groźby, czy obietnice Waszyngtonu. Stany z pewnością bały się naruszenia statusu quo w regionie; w odpowiedzi Chiny mogły zainstalować swoje głowice w Korei Północnej. Zadziałał też autorytet nowego prezydenta. Gerald R. Ford zapewniał, że w razie tarapatów Seul nie podzieli losu Sajgonu.

KARTA PRZETARGOWA | Park powrócił do planów nuklearnych w 1976 r., gdy prezydentem USA został Jimmy Carter – polityk przekonany o potrzebie wycofania wszystkich amerykańskich wojsk lądowych z Korei Południowej. Jedną z pierwszych decyzji Cartera miało być usunięcie całej amerykańskiej broni nuklearnej z Południa – powstrzymał go jedynie ostry sprzeciw ze strony establishmentu własnej armii.

Cichy rozwój technologii nuklearnej w Korei Południowej zatrzymał dopiero zamach na generała Parka w 1979 r. i kolejny przewrót wojskowy. Nowy koreański dyktator nie był bronią atomową zainteresowany. Tajne zespoły rozwiązano, a Seul skupił się na rozwoju cywilnej energii atomowej.

Według badacza prezydentury Parka, historyka Sung Gul Honga z Kookmin University, jego ambicje nuklearne mogły być swego rodzaju kartą przetargową w rozmowach z USA. Biorąc pod uwagę możliwości wywiadowcze Stanów i ich ówczesne ingerencje w sprawy wewnętrzne Południa, Park nie mógł sądzić, że uda mu się wyprodukować broń nuklearną po cichu. Mógł za to spróbować zmusić Stany do rozmów w wyjątkowo niesprzyjającym dla niego okresie.

Pytanie: czy obecna dyskusja o ewentualnych planach nuklearnych Korei Południowej może mieć podobny charakter – karty przetargowej wobec Waszyngtonu?

TYLKO MIRAŻE? | Choć perspektywa Korei Południowej z bronią atomową brzmi spektakularnie, realizacja takiego scenariusza nie wydaje się obecnie możliwa.

Podobnie jak w przeszłości, głównym hamulcowym są USA. Zaledwie rok temu Amerykanie, którzy wciąż mają na Południu znaczny kontyngent wojskowy, powołali Nuclear Consultative Group. W serii spotkań z sojusznikiem z Seulu, Waszyngton potwierdził obronę południowokoreańskich granic wszelkimi dostępnymi metodami, w tym bronią nuklearną. Zarazem odrzucono możliwość wypracowania takiej broni przez Seul. Próby działania na przekór tym ustaleniom oznaczałyby poważne naruszenie sojuszu.

Zaznaczmy, że chęć posiadania własnej broni jądrowej przez społeczeństwo nie oznacza, że narasta w nim niechęć do Amerykanów. Z opublikowanego w czerwcu badania Korea Institute for National Unification wynika jasno, że choć większość respondentów życzy sobie budowy własnego parasola nuklearnego, to aż 85 proc. z nich uznaje również obecność amerykańskich żołnierzy w swoim kraju za potrzebną.

W dodatku zdania w kraju są podzielone. Nie tylko opozycja krytykuje pomysł jako „dziecinny”, ale też eksperci. „Dwie trzecie elit strategicznych Korei Południowej nie popiera tego rozwiązania” – mówił znany politolog Victor Cha w raporcie CSIS z kwietnia tego roku.

Brak zgody widać również w partii rządzącej. Jak argumentował jeden z czołowych polityków PWL, Han Dong-hoon, otwierając własny arsenał nuklearny, kraj naraziłby się na sankcje – musiałby zerwać międzynarodowe układy i wejść na drogę podobną do tej, którą idzie Kim Dzong Un. Korei Południowej groziłoby ponadto poważne naruszenie statusu quo na Dalekim Wschodzie, a potencjalnie może nawet efekt nuklearnego domino. Na to zapewne nie będą się godzić Japonia i Chiny.

Wygląda więc na to, że głosy o „atomowej Korei Południowej” to raczej polityczny blef, mający zwrócić uwagę na ogólną kwestię bezpieczeństwa w kraju (i przy okazji poprawić notowania rządzącej partii).

ENERGIA CYWILNA | Być może jednak rządzącym Koreą Południową uda się osiągnąć połowiczny sukces. Na początku lipca partia konserwatywna zaproponowała ustawę, która ma modyfikować przepisy związane z produkcją energii atomowej, tak aby możliwe stało się otworzenie nuklearnego „okna” w przypadku sytuacji kryzysowej. Czy ustawa przejdzie, nie wiadomo – większość polityków obawia się tu konfrontacji z USA.

Przy tym wszystkim sama energia atomowa ma się w kraju bardzo dobrze. Obecnie niemal jedna czwarta krajowej energii generowana jest z reaktorów, a że powstają ciągle nowe, w 2036 r. udział ten ma wzrosnąć prawie do 35 procent.

Uzasadnieniem takiego kierunku rozwoju nie jest jednak wojna nuklearna, lecz nadzieja na tańszy prąd i poprawę jakości powietrza, dziś kiepskiego. Na nie mieszkańcy Korei Południowej narzekają zdecydowanie częściej niż na rakiety Kim Dzong Una.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Atomówka z Seulu