Kiedy przed niemal dekadą pracowałem nad ewaluacją Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, pośród szeregu szczegółowych kwestii wyłoniło się fundamentalne pytanie: „po co nam państwo?”, na które wspomniany dokument nie odpowiadał. Obecnie rząd pracuje nad nową średniookresową strategią rozwoju kraju do 2035 r., i jestem bardzo ciekawy, czy choć podejmie się w niej odpowiedzi na wspomniane pytanie. Mam bowiem coraz silniejsze przekonanie, że bez zmierzenia się z tą kwestią szczegółowe rozwiązania pozostaną zawieszone w próżni.
Pytanie „po co?” jest o wiele ważniejsze od „co?” czy „jak?”. Warto wiedzieć, w jakim celu państwo ma nadal istnieć, zwłaszcza mając na uwadze, jak wiele przeobrażeń przeszło w ostatnim czasie. Co więcej, odpowiedź wymaga zdefiniowania, czym właściwie jest ono współcześnie.
Lęk uzasadnieniem dla istnienia państwa
Thomas Hobbes, uznawany za jednego z ojców nowożytnej polityczności, zakładał, że państwo ma być instytucją chroniącą nas przed nami samymi. Skoro „człowiek człowiekowi wilkiem”, musi istnieć zewnętrzny podmiot, który weźmie nas w obronę. W tym sensie, pomimo upływu 400 lat, niewiele się zmieniło. Lęk nadal jest podstawową emocją, która tworzy uzasadnienie dla istnienia państwa. Także w Polsce nietrudno znaleźć dziś głosy, że potrzebujemy go, by obronić się przed rosyjską napaścią i uniknąć losu Ukrainy, co oznacza, że to zagrożenie zewnętrzne, a nie wewnętrzne, stanowić może główne uzasadnienie dla idei państwa.
Gdyby spojrzeć na to z perspektywy Rosjan, sytuacja wyglądałaby zgoła odmiennie. W ich przypadku wojna jest w praktyce przeniesieniem przemocy z wewnątrz na zewnątrz, „specjalna operacja wojskowa” zaś to rosyjska odpowiedź na swoiście rozumianą ideę państwa dobrobytu. Wysyłając mężczyzn na front można nie tylko ograniczyć narastającą frustrację spowodowaną biedą i brakiem perspektyw, ale także wydatnie poprawić sytuację finansową wielu rodzin. Żołd, ale też zasiłki wypłacane rodzinom zabitych żołnierzy, stanowią program ogromnych transferów płynących z centrum na prowincję. Jest w tym jakaś przerażająca perwersja, jednak analitycy zajmujący się obszarem postsowieckim tak właśnie wyjaśniają poparcie zwykłych Rosjan dla wojny. I dlatego będzie ona trwać, dopóki będzie funkcjonował mechanizm redystrybucyjny. Stał się on bowiem „wielkim wyrównywaczem”, jak to zresztą nierzadko w historii bywało.
Kościół katolicki uznaje prymat kapitalizmu
Wracając jednak na bliższe nam podwórko – dla nas, a jeszcze bardziej dla „starego” Zachodu, państwo istniało, aby zapewniać ludziom nie tylko podstawowe wolności i bezpieczeństwo w sensie fizycznej egzystencji, ale także, a może przede wszystkim, bezpieczeństwo socjalne. Działo się tak za sprawą spełniania przez instytucję państwa dwóch funkcji. Z jednej strony ułatwiało ono koncentrację kapitału i jego wzrost (także w wymiarze rozwoju kapitału ludzkiego oraz społecznego), jednocześnie dbając o to, aby monopole nie urosły za bardzo w siłę (chyba że były to monopole publiczne). Z drugiej – zapewniało w miarę równy podział zysków i dostarczało usługi publiczne. Epoka XX-wiecznego państwa dobrobytu okazała się czasem największej stabilizacji, a zarazem – jak się wydaje – szczytowym momentem w historii państwa nowożytnego.
Nie jest przypadkiem, że w okresie przełomu 1989/1991 nawet w Kościele katolickim, który w przeszłości raczej dystansował się od idei liberalnych, uznano dziejowy prymat kapitalizmu i demokracji liberalnej. Świetnie było to widać nad Wisłą, choćby w pracach tzw. Komisji majątkowej, która zajmowała się wypłatami rekompensat lub przekazywaniem gruntów zastępczych za ziemie i budynki zagrabione Kościołowi w epoce PRL. Atrakcyjne działki były później przedmiotem handlu, w którym bezpośrednio uczestniczyły i na którym świetnie zarabiały nie tylko instytucje kościelne, ale też poszczególni księża.
Tyle że już wówczas zaczęły się pojawiać głosy ostrzegające (choćby Benjamina Barbera czy Francisa Fukuyamy), że ten mariaż kapitalizmu i demokracji liberalnej nie jest naturalny. Kapitał zaczął bowiem zyskiwać dominację nad światem pracy, a demokracja liberalna, mająca w założeniu zapewniać wszystkim równe szanse rozwoju oraz równość wobec prawa, powoli stawała się fasadowym tworem.
Czy właściciele platform internetowych zmienią wyniki europejskich wyborów?
Po upływie 35 lat znaleźliśmy się w świecie, który niektórzy, także za sprawą kolejnych rewolucji przemysłowych, określają mianem technofeudalnego. Oligarchizacja życia publicznego, którą wielu z nas kojarzyło z postsowiecką Rosją, współcześnie rozkwita w USA, czyli najważniejszym państwie Zachodu. Nie twierdzę oczywiście, że wcześniej kapitał nie odgrywał istotnej roli, ale obserwując ostatnie poczynania najbogatszego człowieka na ziemi, Elona Muska (choćby jego wezwania do głosowania na niemiecką AfD), trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z zupełnie nową „jakością”.
Aktywność polityczna właściciela Tesli wymyka się dotychczasowym standardom – tu nie ma już mowy o zakulisowych wpływach, są za to groźby wygłaszane w świetle reflektorów, czy też jawnie ogłaszane zmiany algorytmów mediów społecznościowych, które mają sprzyjać określonym środowiskom politycznym. Unieważnione wybory prezydenckie w Rumunii (choć prawdopodobnie za ich „skręceniem” poprzez platformę TikTok stoją ludzie postkomunistycznych służb, a nie podmioty zewnętrzne), stanowią dobitny przykład, że demokracja liberalna nie jest już tym, czym była. Zakwestionowanie wiarygodności procesu wyborczego to cios w samo jej serce.
Nie byłbym zaskoczony, gdyby lutowe wybory parlamentarne w Niemczech przyniosły równie duże niespodzianki. Nie zdziwię się, jeśli AfD przekroczy 25 proc., a przewaga liderującego w sondażach CDU/CSU będzie tak niewielka, że utworzenie stabilnego rządu okaże się niewykonalne. Tak samo jak nie potrafię wykluczyć, że w majowych wyborach prezydenckich w Polsce doświadczymy prób tworzenia „cudów nad urnami”, oczywiście nie w sensie dosypywania głosów, ale manipulacji opinią publiczną za pomocą internetu. Ze smutkiem należy dodać, że główne siły polityczne w Polsce same robią bardzo dużo, aby zdyskredytować wiarygodność procesu wyborczego. Aż strach pomyśleć, co może się stać, gdy do tego polskiego piekiełka wmieszają się rosyjskie służby albo amerykańscy lub chińscy giganci, zarządzający cyfrowymi platformami.
Systematyczny demontaż państwa
Powyższe obserwacje każą nam zrewidować myślenie o państwie i celu jego istnienia. To już nie są lata 90. XX wieku, kiedy mogliśmy w nim widzieć wyłącznie gwaranta procesu wyborczego, urząd antymonopolowy i dostarczyciela usług publicznych. Wówczas było to możliwe, gdyż istniał jeszcze balans między kapitalizmem a państwem – podmioty posiadające kapitał dzieliły się zyskami, umożliwiając wykonywanie przez państwo jego „równościowych” zadań. Wydaje się jednak, że za sprawą globalizacji i rewolucji technologicznej kapitalizm uległ turbodoładowaniu, podczas gdy państwo stało się przedmiotem systematycznego demontażu. Z tej perspektywy niezbyt zasadne są oczekiwania, aby dziś dostarczało nam ono wysokiej jakości usług publicznych. Podobnie zresztą jak niezbyt zasadne (choć skądinąd zrozumiałe) są utyskiwania, że kolejne polskie rządy nie potrafią sobie poradzić z postępującą zapaścią sektora publicznego.
To nie jest tylko nasz problem – podobne procesy obserwujemy w całym zachodnim świecie. Aby państwo było w stanie je powstrzymać, powinno wpierw przywrócić utraconą równowagę. A jeśli polityka rozumiana jako sztuka zarządzania państwem ma mieć współcześnie sens, musi koncentrować się przede wszystkim na tym, jak z powrotem okiełznać zglobalizowany już często kapitał i zmusić go, by dzielił się swoimi zyskami ze społeczeństwem. Niestety, jak pokazuje przypadek Rumunii, dziś sytuacja staje się wręcz gorsza. Władza publiczna za sprawą delegitymizacji procesu wyborczego traci realny mandat społeczny, aby w ogóle taką walkę z kapitałem podjąć, a system komunikacji politycznej, oparty na internetowych platformach społecznościowych, daje bardzo złudne obietnice równości dostępu do publicznej debaty.
Nacjonalizmy odżywają po wielkich tąpnięciach gospodarczych
Nie przez przypadek do tej pory nie odwoływałem się do kategorii narodu. W naszych uszach często pobrzmiewa zbitka „państwo narodowe”, łącząc i utożsamiając z sobą obydwa te pojęcia. Tyle że historia pokazuje, iż państwo narodowe jako idea pojawiło się już po kapitalizmie. Bliska jest mi perspektywa, że nacjonalizm był w jakimś sensie odpowiedzią na kapitalizm z jednej strony i ruch komunistyczny z drugiej, a jednym z jego może i nieuświadomionych do końca celów była obrona kapitalistycznych stosunków społecznych. Mam świadomość, że taki pogląd jest ogromnym uproszczeniem, także na polskim podwórku – wystarczy spojrzeć choćby na pisarstwo międzywojennych endeków, aby dostrzec sceptyczne głosy wobec niekontrolowanej potęgi kapitału, zwłaszcza po Wielkim Kryzysie lat 1929-1933. Trudno jednak nie dostrzec, że przy realizacji idei nacjonalistycznych kategorie klasowe nie odgrywały istotnej roli, tym bardziej, że z definicji miały one charakter ponadnarodowy.
Piszę o tym po to, aby spróbować wytłumaczyć zjawisko renesansu ruchów narodowych (a co za tym idzie, idei propaństwowo-narodowych), zwłaszcza po wielkim kryzysie finansowym 2008 roku. Ożywienie to wyraźnie obserwujemy na całym Zachodzie, również w Polsce. Pojawienie się Marszu Niepodległości, a później Konfederacji w polskim Sejmie, jest elementem zjawiska odżywania nacjonalizmów po wielkich gospodarczych tąpnięciach. Pozostaje jednak pytanie, na ile hasła narodowe realizowane są dziś w kontrze do (globalnego) kapitału, a na ile stanowią narzędzie w rękach jego właścicieli, służące do optymalnego z ich perspektywy kanalizowania społecznego gniewu. Trudno mi bowiem nie odnieść wrażenia, że niechęć wobec imigrantów, która łączy wszystkie partie prawicowe i skrajnie prawicowe na Zachodzie, jest dodatkowo podkręcana.
Nawet jeśli problemy z integracją cudzoziemców w USA, a zwłaszcza w państwach Europy Zachodniej, są jak najbardziej realne, to przecież największe poparcie partia taka jak AfD notuje w uboższych Niemczech wschodnich, gdzie odsetek mniejszości etnicznych jest zdecydowanie mniejszy niż w bogatszych zachodnich landach. W praktyce wygląda to zatem jak próba skierowania gniewu ubożejącej klasy pracującej właśnie na imigrantów, a nie dochodowe nierówności wynikające z coraz większej akumulacji kapitału w bardzo nielicznych rękach.
Jakimś symbolicznym dowodem tej osobliwej „miłości” pomiędzy wielkim kapitałem a perspektywą ludową, z już uświadomioną niechęcią wobec obcych (a nie posiadaczy kapitału), jest mariaż Donalda Trumpa i JD Vance’a, było nie było autora „Elegii dla bidoków”, stanowiącej quasi-manifest ubożejącej klasy pracującej na amerykańskiej prowincji. Multimilioner Donald Trump został wybrany powtórnie na urząd prezydenta USA właśnie głosami „bidoków”, w tym imigrantów obawiających się konkurencji ze strony nowych przybyszów.
Pogarda niszczy demokrację
Zjawisko to ma istotne konsekwencje zarówno dla świata polityki, jak też dla funkcjonowania mediów oraz całej debaty publicznej. Jednym z głównych sposobów na zdobycie władzy zawsze było podpięcie się pod jakiś społeczny gniew, a później podkręcanie go; od czasów starożytnych demokracji politycy wyłaniali się właśnie spośród ludowych trybunów. Zmiana polega na tym, że w dobie mediów społecznościowych, które żyją z zarządzania społecznym gniewem, bycie zwykłym trybunem ludowym już nie wystarczy. Trzeba wytwarzać nieustannie nowe uzasadnienia dla złości, tak aby można było utrzymać ludzi w objęciach platform. A jeśli brakuje wrogów, należy ich wymyślić i obdarzyć pogardą. Gardzić można zaś nawet kimś lub czymś na końcu świata. Gardzić można wszędzie i wszystkim. W efekcie polityka, jak zresztą cała przestrzeń publiczna, zaczynają przeobrażać się w jedne wielkie igrzyska pogardy. Roasty, orki, hejtparki etc. stają się naszym chlebem powszednim. Mogą dotyczyć też poważnych spraw, ale celem jest nie tyle odpowiedź na zidentyfikowane problemy czy słabości, co stopień „zaorania” przeciwnika.
Z perspektywy podmiotów zarządzających platformami oraz innych właścicieli kapitału, ale także wielu współczesnych polityków, igrzyska pogardy mają bardzo użyteczną cechę – tak mocno koncentrują społeczną uwagę, że ludzie przestają utyskiwać na rosnące nierówności. Ważniejsze jest bowiem to, że ktoś ma gorzej lub jest gorszy. Możemy wówczas taką osobą gardzić, stawiając się w społecznej hierarchii ponad nią. Trzeba tylko tego gorszego znaleźć. Zresztą to w jakimś sensie jest perpetuum mobile – różne grupy mogą gardzić sobą nawzajem, widząc się jako lepsze od innych. Nie przypadkiem te grupy rzadko należą do posiadaczy kapitału. Chyba że są to wątpliwej sławy gwiazdy show-biznesu pokroju Natalii Janoszek, o której przed festiwalem pogardy, urządzonym przez Krzysztofa Stanowskiego, mało kto słyszał. Obiekt pogardy musi być bowiem na tyle słaby, że nie będzie w stanie się realnie odgryźć.
Dlaczego biedni głosują na miliardera
Opisany wyżej mechanizm stoi od lat u podstaw wyborczych zwycięstw Viktora Orbána, który do perfekcji opanował zarządzanie pogardą wobec różnych „obcych”. To nic, że sytuacja ekonomiczna przeciętnego Węgra, zwłaszcza tego reprezentującego biedniejszą część społeczeństwa, mocno się ostatnio pogorszyła. Jeszcze 20 lat temu płaca minimalna wynosiła tam około 231 EUR, w Polsce zaś – 208 EUR. Po upływie dwóch dekad, spośród których 15 lat przypadło na rządy Orbána, ten stosunek rysuje się w proporcji 675 EUR do 998 EUR. Mimo to węgierska klasa ludowa niezmiennie obdarza politycznym poparciem lidera Fideszu.
Podobną sytuację obserwujemy obecnie w USA. Możliwe, że „bidoki” dostaną jakieś świadczenia osłonowe, ale w żadnym wypadku nie należy się spodziewać wyrównania ich szans rozwojowych. To zresztą będzie coraz bardziej widoczne w przypadku większości ruchów narodowo-populistycznych, które pomimo lokalnych różnic, także za sprawą algorytmów takich mediów jak platforma X Elona Muska, będą się do siebie upodabniać. W przeciwieństwie do tradycyjnej konserwatywno-liberalnej prawicy, nie będą całkiem stronić od świadczeń socjalnych (używał ich m.in. PiS), ale zarazem nie powstrzymają zapaści sektora publicznego, co będzie przekładało się na systematyczny wzrost kosztów życia związany z prywatyzacją usług publicznych. Chleba będzie zatem coraz mniej, ale w zamian obywatele dostaną igrzyska pogardy. Byle tylko realnie nie zwiększać podatków czy innych obciążeń dla właścicieli kapitału. Jak słusznie zresztą wskazał w niedawnym tekście dla „Tygodnika” Jakub Dymek, w tym całym protrumpowskim zwrocie Doliny Krzemowej ostatecznie idzie właśnie o podatki.
Tyle że choć przykłady Orbána czy Trumpa są wygodne z perspektywy liberalnego odbiorcy, to trzeba powiedzieć wprost – premier Donald Tusk robi to samo. Jak pokazuje choćby prof. Przemysław Sadura, KO poświęciła pierwszy rok rządzenia na poszerzenie i utwardzenie swojego żelaznego elektoratu spod znaku „Silnych razem”, którego znakiem rozpoznawczym jest nienawiść i pogarda wobec PiS oraz jego zwolenników za działania ze strony poprzednio rządzących. Osobliwe są komentarze, w których tzw. silniczki akceptują brak poprawy własnej sytuacji ekonomicznej, byle tylko rozliczyć „pisiorów”. Niestety, polityka pogardy weszła na dobre nawet do liberalnego mainstreamu.
Złudne nadzieje w walce z algorytmami
W ten sposób dochodzę do mało optymistycznej konkluzji. W ostatnich latach w ramach opisanego wcześniej „renesansu narodowego” pojawiło się w polskiej przestrzeni publicznej trochę inicjatyw stawiających sobie za cel budowę sprawnego, silnego państwa. Zaczęło się od środowiska geopolityków i sporej liczby kanałów na platformie Youtube, równolegle dołączyły do nich zyskujące popularność podkasty. Wreszcie od ponad roku rozwija się ruch, który rozpoczął od tworzenia społecznego zaplecza dla budowy CPK, a dziś funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako „Tak dla rozwoju”.
W środowiskach tych widać sporo energii oraz nadzieję, że zmieni to oblicze polityki. Mam co do tego wątpliwości. Głównie dlatego, że dziś wspomniana energia wtłaczana jest w przestrzeń mediów społecznościowych, a przez to, chcąc nie chcąc, jest zakładnikiem algorytmów oraz ich twórców, właścicieli platform. Świetnie pokazał to Klub Jagielloński w swoim noworocznym podsumowaniu: „To nie jakość tez i sposób argumentacji ani nawet nie estetyka ilustracji czy pomysłowość tytułu, ale po prostu losowy werdykt bezmyślnych maszyn decyduje o tym, co do Was dociera. Pierwszy raz spotkała nas też zautomatyzowana cenzura. Jedna z platform po prostu zablokowała możliwość publikacji na niej merytorycznego, eksperckiego tekstu tylko dlatego, że dotykał niekorzystnej dla tej platformy tematyki”.
Bez alternatywnych „zasobów komunikacyjnych” nawet najsensowniejsze ruchy prorozwojowe będą w efekcie skazane na łaskę Musków i innych Zuckerbergów tego świata, którzy coraz wyraźniej dają znać, że chcą mieć bezpośredni wpływ na kształt polityki. Niedawne ingerencje właściciela X w proces wyborczy w Niemczech (a wcześniej korumpowanie wyborców nagrodami w trakcie kampanii prezydenckiej w USA) pokazują, że w 2025 r. znajdujemy się już w zupełnie innym miejscu niż 30 lat temu, choć mam nieraz wrażenie, jakbyśmy w naszej debacie o polityce wciąż tkwili w latach 90. Tamtego świata już nie ma i tamtego państwa już nie ma. Choć tematy takie jak CPK czy elektrownia atomowa są istotne z perspektywy rozwoju Polski, to prawdziwa walka o państwo toczy się już zupełnie gdzie indziej. Pytanie, czy chcemy to dostrzec.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















