Mundial 2026: Jude Bellingham, czyli co to znaczy aura

Patrząc na komplet półfinalistów zwolennicy teorii spiskowych (jest ich wokół mundialu sporo) powiedzą: FIFA to ustawiła. Ale forma Anglika Bellinghama jest niezależna od knowań pana Infantino.
Czyta się kilka minut
Jude Bellingham po zdobyciu gola w dogrywce meczu Anglia-Norwegia (Anglia wygrała 2:1), Miami, 11 lipca 2026 r. / Fot. Peter Joneleit / Icon Sportswire / Associated Press / East News
Jude Bellingham po zdobyciu gola w dogrywce meczu Anglia-Norwegia (Anglia wygrała 2:1), Miami, 11 lipca 2026 r. / Fot. Peter Joneleit / Icon Sportswire / Associated Press / East News

Najwięcej widać jednak – i nie będzie to, żeby było jasne, krytyka żadnego z komentatorów TVP – podczas transmisji w trybie tak zwanej atmosfery stadionu. Relacja główna się kończy, oddajemy głos do studia, po drodze mamy blok reklamowy, a przecież w tym czasie na boisku w Miami dzieją się rzeczy stanowiące esencję futbolu niemal w równym stopniu, co gole Jude’a Bellinghama i nieoczywiste, co tu kryć, decyzje sędziego Turpina.

Smutek Nylanda, radość Bellinghama: atmostera stadionu w Miami

Wścibskie czy nie wścibskie, kamery pokazują nam na przykład bramkarza Norwegów Nylanda – człowieka, który tak znakomicie bronił w meczu z Brazylijczykami i który w spotkaniu z Anglią odbił przed siebie strzał Morgana Rogersa na samym początku dogrywki, umożliwiając Bellinghamowi skuteczną dobitkę – przez dobrych parę minut stojącego u stóp trybuny, z której obejmują go żona i synowie. Nie zdjął jeszcze rękawic, za które teraz skubie go szczęśliwie nierobiący sobie nic z wycelowanych weń obiektywów najmłodszy syn. Twarzy Norwega nie widzimy, choć kiedy potem schodzi do szatni, wciąż wygląda na niepocieszonego – znać, że ten moment zostanie z nim jeszcze długo (i że nie ma w futbolu figury bardziej samotnej od bramkarza).

Podobnie jak długo zostanie z samym Bellinghamem ta chwila, kiedy trybuny śpiewają „Hey, Jude”, ewidentnie poświęcając ów beatlesowski szlagier pomocnikowi Realu Madryt. Widać, że jest wykończony, podobnie jak wszyscy Anglicy (tym razem w wykrzyczanym przed chwilą wspólnie z fanami „Wonderwall” Oasis nie ma tyle ognia, co po meczu jednej ósmej z Meksykiem), widać, że i on ma tak naprawdę ochotę się rozpłakać, ale jeszcze raz zbiera się w sobie, podrywa do góry dłoń z wyciągniętą pięścią: tak, zrobiliśmy to naprawdę – i może zrobimy jeszcze raz, a potem drugi, a wtedy futbol naprawdę wróci do domu.

Bellinham kontra Tuchel: kto ma rację w pomeczowym sporze

Pomeczowych wywiadów w tak zwanej atmosferze stadionu nie pokazywali, zresztą i Bellingham, i selekcjoner Anglików Thomas Tuchel, udzielali ich brytyjskim nadawcom, ale dotarły do nas inną drogą. I, co ciekawe, ujawniły potężną różnicę w ocenie tego, co właśnie się wydarzyło. Tuchel – którego zmiany kolejny raz przyczyniły się do osiągnięcia ostatecznego sukcesu Anglików – był niebywale krytyczny. „Nie jestem zadowolony z występu, i to w każdym sensie – grzmiał. – Owszem, nie odmawiam piłkarzom zaangażowania, ale sposobem, w jaki graliśmy, sami sprawialiśmy sobie problemy. Byliśmy niedbali, popełnialiśmy wiele technicznych błędów, brakowało nam i szybkości, i powtarzalności”.

A skonfrontowany z tą opinią Bellingham wzruszył tylko ramionami: „Nieważne” – skomentował opinię swojego trenera, podkreślając, że tam na boisku było naprawdę ciężko: mecz był bardzo wymagający, a tym, którzy włożyli weń tyle wysiłku, należą się po prostu podziękowania.

O warunkach atmosferycznych angielskie media rozpisywały się jeszcze przed meczem: w Miami było gorąco i wilgotno. „Może on nie zdaje sobie sprawy, co to znaczy grać w takim klimacie przeciwko Haalandowi, Ødegaardowi, Nusie i Sørlothowi”, kontynuował zdobywca sześciu już goli na tym mundialu: „Nie wygrasz każdego meczu, szybko rozgrywając piłkę i wymieniając tysiąc podań. Czasami trzeba wygrać brzydko, i dziś znów nam się to udało”.

Jude wbiega w pole karne: Anglia w trybie „fast forward”

Nie próbuję kręcić wokół tych kilku zdań dramy, a z pewnością nie większą, niż robią to angielskie media (nie po raz pierwszy zresztą, bo jesienią Tuchel musiał się gęsto tłumaczyć z niepowołania Bellinghama na jedno ze zgrupowań). Rzecz w tym, że obie opinie są uprawnione: Anglicy bynajmniej nie grali dobrze (inna sprawa, że z prawdziwą przyjemnością na tym turnieju patrzyło się na nich tylko w trakcie wymiany ciosów w drugiej połowie ich pierwszego meczu, z Chorwacją), ale Anglicy są w półfinale i nawet z tym swoim obliczem wprowadzanego na końcówki, blokującego każdy strzał i wygrywającego każdy pojedynek powietrzny Dana Burna, nie są w starciu z Argentyną bez szans.

Bo oprócz Burna Anglicy mają jeszcze Bellinghama, który w fazie pucharowej turnieju przejął od Harry’ego Kane’a pałeczkę lidera drużyny. Jego wyrównujący gol w meczu z Norwegią był pierwszym celnym strzałem faktycznie ślamazarnej ekipy z Wysp: piłkarz Realu dopadł do piłki rozgrywanej przez Andersona i Gordona, wdarł się z nią w pole karne, a jego strzał był nie do zatrzymania. Który to już raz na tym mundialu akcje Anglików toczą się jak na filmie odtwarzanym w zwolnionym tempie, aż do momentu, kiedy piłkarz z dziesiątką na plecach decyduje się wcisnąć na pilocie przycisk „Fast Forward”: wybiega za plecy obrońców rywali i dopada do zagranej tam futbolówki zanim ktokolwiek zdoła się zorientować?

Messi i Bellingham: dwie różne „dziesiątki”

Bellingham potrafi prawie wszystko: jednym z elementów zarządzania meczem przez Tuchela było cofnięcie go do środka pola, kiedy okazało się, że Declan Rice (odczuwający wciąż skutki choroby, z którą zmagał się przez kilka ostatnich dni) nie jest w stanie wyjść na drugą połowę – ale brakowało go pod bramką i nic dziwnego, że selekcjoner Anglików kolejnymi zmianami umożliwił mu powrót tam, gdzie jest najgroźniejszy.

Żeby jednak było jasne: nie mówimy o błyskotliwym dryblerze, wizjonerskim techniku z oczami dookoła głowy, interpretatorze przestrzeni o mózgu szybszym niż stopy. Bellingham jest „dziesiątką” innego typu niż Messi: taką, która, owszem, potrafi gromadzić energię, ale potem uwalnia ją tak gwałtownie, że mimo woli przychodzi mi na myśl skojarzenie z wybuchem jądrowym pokazywanym w „Oppenheimerze” Christophera Nolana. 

Bellingham to koordynacja, precyzja, siła; to niszczący efekt finalny – ale jest jeszcze coś, co w języku komentatorów sportowych i ezoteryków określa się mianem „aury”. Jego twarz przez większą część meczu jest nieodgadniona, rzekłbyś: przypomina skupionego na swoich eksperymentach fizyka, ale kiedy już ujawnia emocje, one również mają potęgę strzału pozostającego poza zasięgiem rąk bramkarza Nylanda. Aura to po łacinie podmuch, który zmiótł z boiska w Miami norweskie nadzieje, po grecku to poranna bryza, niosąca odświeżenie topornemu futbolowi Anglików. Z pewnością znajdą się tacy, którzy wyczują to coś w Bellinghamie, gdy w środowy wieczór pojawi się na stadionie w Atlancie.
 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł