Październikowe wiktorie Putina

Wiele wskazuje na to, że gospodarz Kremla będzie mógł pogratulować sobie jednego z najbardziej udanych miesięcy w polityce zagranicznej.
Czyta się kilka minut
Irakli Kobakhidze, premier Gruzji, i Victor Orban, premier Węgier, Tbilisi, 29 października 2024 r. // Fot. Anadolu/ABACAPRESS / Forum
Irakli Kobakhidze, premier Gruzji, i Victor Orban, premier Węgier, Tbilisi, 29 października 2024 r. // Fot. Anadolu/ABACAPRESS / Forum

Jeśli gruzińskie wybory nie zostaną unieważnione, jeśli nic nie zmieni ich wyniku, a w Tbilisi nie wybuchnie nowa uliczna rewolucja, Rosja udowodni, że jej wpływy na arenie międzynarodowej nadal są znaczące.

Wybory w Gruzji po myśli Putina

Gruzińska prokuratura wszczęła śledztwo, by wyjaśnić, czy sobotnie wybory do parlamentu zostały rzeczywiście sfałszowane przez zwyciężczynię elekcji, rządzącą partię Gruzińskie Marzenie. O ile wygranej Marzycieli spodziewali się nawet przywódcy opozycji, to zdumiały ich jej rozmiary. 

Marzycielom przepowiadano zwycięstwo, ale przedwyborcze sondaże (z wyjątkiem tych robionych na zlecenie rządzących) twierdziły, że zdobędą oni ok. 40 proc. głosów, a opozycyjne partie razem zdobędą ponad połowę. Przywódcy opozycji byli tak pewni, że po przegranych wyborach przejmą władzę w kraju, że nie rozpatrywali nawet innego scenariusza, a ostatnie tygodnie przed wyborami zeszły im na sporach o podział ministerialnych stanowisk. Oniemieli, gdy komisja wyborcza ogłosiła wygraną Marzycieli i podała, że to oni zdobyli ponad połowę głosów i będą rządzić dalej. 

Przywódcy przymierza czterech opozycyjnych partii, a także sprzyjająca im prezydent Salome Zurabiszwili ogłosili, że wybory zostały sfałszowane i „skradzione”, więc nie uznają ich wyniku. Wezwali Zachód, by upomniał się o Gruzję, której trzy czwarte mieszkańców od lat niezmiennie opowiada się za przystąpieniem do Unii Europejskiej i NATO. Wezwali też Gruzinów, by wyszli na ulice i domagali się sprawiedliwości na wiecach i pochodach. 

Zachód udzielił otuchy i poparcia Gruzinom, ale nie przyłączył się do zarzutów, że wybory zostały sfałszowane, a tym bardziej, że zostały sfałszowane przy pomocy, a nawet na rozkaz Rosji. Gruzini zaś zebrali się pod parlamentem, ale w znacznie mniejszej liczbie niż wcześniej, za to w o wiele bardziej ponurych, a nie rewolucyjnych nastrojach. Zanim prokuratura skończy śledztwo w sprawie wyborczych kantów, nastanie grudzień i upłynie prezydencka kadencja Salome Zurabiszwili (konstytucja przewiduje, że to właśnie prezydent zwołuje pierwsze posiedzenie parlamentu – Marzyciele będą musieli coś wymyśleć).

Przywódcy czterech opozycyjnych partii oznajmili, że ani myślą zasiadać w nowym parlamencie, lecz Marzyciele będą w nim mieli wystarczająco wielu posłów (ok. 85 w 150-osobowej izbie), by mógł normalnie działać. Bojkotowanie parlamentu przez pokonaną w wyborach opozycję staje się zresztą powoli w Gruzji tradycją. Po poprzednich wyborach, w 2020 roku, opozycyjni posłowie też orzekli, że zostały sfałszowane i bojkotowali parlament. Zajęli swoje ławy dopiero gdy do akcji wkroczyła Unia Europejska, by pogodzić Marzycieli z opozycją, bez czego aspirująca do Unii Europejskiej Gruzja nie miałaby szans na jakiekolwiek zaproszenie.

Rosyjskie wpływy w Gruzji

Od czasu tej unijnej interwencji zaczęła się narastająca coraz bardziej niechęć Marzycieli do Unii Europejskiej, a niekoronowany władca i właściciel Gruzińskiego Marzenia i Gruzji, bogacz Bidzina Iwaniszwili z każdym miesiącem stawał się coraz zagorzalszym wyznawcą „suwerennej demokracji” i „wartości chrześcijańskich”, przeciwstawianych liberalnym ideom, dominującym w Brukseli i Strasbourgu. Choć w 2017 roku to na jego polecenie Marzyciele wpisali do gruzińskiej konstytucji, że celem gruzińskiego państwa jest integracja z Zachodem, teraz Iwaniszwili zaczął podejrzewać Europę, że spiskuje przeciwko niemu, chce wywołać w Tbilisi nową kolorową rewolucję i odebrać mu władzę. Dziś opowiada o rządzącej światem partii wojny, która usiłuje popchnąć Gruzję przeciwko Rosji, wplątać ją w ukraińską wojnę, otworzyć na Kaukazie drugi jej front.

Kreml nigdy nie krył swojej życzliwości dla Iwaniszwilego (majątku dorobił się w Rosji i nosił rosyjski paszport) i Marzycieli. Odsunęli przecież od rządów w Tbilisi znienawidzonego w Moskwie Micheila Saakaszwilego, zwycięzcę rewolucji róż z jesieni 2003 roku i ulubieńca Zachodu, który kusząc Gruzję uchylonymi drzwiami do Unii Europejskiej i NATO, wyrywał ją z objęć Rosji. Rosyjski prezydent Władimir Putin, samozwańczy obrońca chrześcijaństwa, świętości i tradycji, cieszył się widząc jak pod rządami Marzycieli Gruzja, pieszczoszka liberałów Zachodu, coraz bardziej dryfuje ku wschodniej autokracji i zaczyna wyznawać jej doktrynę „suwerennej demokracji”. Im Tbilisi oddalało się od Brukseli, tym bliższa starała się być do niego Moskwa. Przed wyborami Putin kazał znieść dla Gruzinów obowiązek wizowy, by mogli przyjeżdżać do Rosji do pracy i na studia.

„Gruzini wygrali! Zuchy!” – powiedziała po sobotniej, czwartej już z rzędu wygranej Marzycieli Margarita Simonjan, szefowa stacji telewizyjnej Russia Today, uważanej za jeden z najważniejszych oręży Kremla w jego wojnie propagandowej z Zachodem. A choć Zachód popiera europejskie aspiracje Gruzinów, to nie po drodze będzie mu z rządem, który sobie wybrali.

Wygodny putinowski wzorzec sprawowania władzy

Prorosyjskość przypisywana Marzycielom i Iwaniszwilemu nie wydaje się ich przemyślaną geopolityczną filozofią i strategią, lecz wygodą. Wygodniej jest im rządzić, nie przywiązując aż tak wielkiego znaczenia do przestrzegania wyznawanych przez liberalny Zachód demokratycznych obyczajów i prawideł, tego rozdziału poszczególnych władz, niezależności sądów, jawności, swobód obywatelskich, wolności słowa. Wschodnie zwyczaje dają w tej mierze władcom znaczenie większą swobodę, pełną suwerenność.

Przedkładając wschodnie wzory sprawowania władzy nad zachodnie, Iwaniszwili stylem rządów tak samo upodabnia się do Putina jak Recep Tayyip Erdoğan w Turcji. Jest mu też blisko do chińskiego przywódcy Xi Jinpinga albo Victora Orbána, premiera Węgier, którego Marzyciele z Tbilisi uważają od kilku lat za politycznego guru.

W czasie gdy przywódcy Zachodu głowili się, co począć z wynikiem gruzińskich wyborów i jak pomóc gruzińskiej opozycji, Orban jako pierwszy zagraniczny gość zjechał do Tbilisi, a jeszcze wcześniej pogratulował Marzycielom wygranej. Już w Gruzji wyśmiał jako „paradne” obawy, że Marzyciele są tak naprawdę przeciwnikami, a nie zwolennikami integracji z Zachodem. Oświadczył też, że gruzińskie wybory były uczciwe, a Marzyciele zwyciężyli w nich, ponieważ „Gruzini zagłosowali za pokojem, bo nikt nie chce niszczyć własnego kraju, dając się wciągnąć w bezsensowną wojnę”. Gruziński premier Irakli Kobachidze dziękował Węgrowi, a rodakom oznajmił, że jeśli tacy jak Orbán będą mieli więcej do powiedzenia w Europie, Gruzja zostanie przyjęta zarówno do Unii Europejskiej, jak i NATO.

Orbán jest dziś najważniejszym sprzymierzeńcem Rosji w Unii Europejskiej (zalicza się do nich także Słowację). Sprzeciwia się zachodniej pomocy dla Ukrainy, a latem, sposobiąc się do rotacyjnego przewodnictwa Unii Europejskiej, odwiedził Putina w Moskwie. 
Wygraną Marzycieli i ich rządy w Gruzji Rosja może spokojnie zapisać po stronie geopolitycznych sukcesów. Podobnie jak trwające drugie dziesięciolecie (1998-2002 i od 2010) panowanie Orbána w Budapeszcie.

Pasmo jesiennych sukcesów Kremla

Październik przyniósł tych sukcesów Rosji wiele. Jej sukcesem były urządzone tydzień przed gruzińskimi wybory prezydenckie w Mołdawii i plebiscyt w sprawie integracji tego kraju z Unią Europejską. Choć zakończyły się zwycięstwem zwolenników Europy i urzędującej, opowiadającej się za Zachodem prezydent Mai Sandu, to ich wygrane były tak niewielkie, że uznano je za faktyczne porażki. Za integracją z Europą opowiedziało się ledwie 50,38 proc. Mołdawian (49,62 proc. zagłosowało przeciwko), a Sandu nie wygrała elekcji już w pierwszej rundzie i w weekend zmierzy się w dogrywce z Alexandrem Stoianoglo, opowiadającym się za Rosją i Wschodem. Sceptycyzm Mołdawian do integracji z Zachodem (sondaże twierdziły, że za Europą opowiada się dwie trzecie) Rosja może uznawać za swoje zwycięstwo.

Udanie dla Rosji zakończyły się też październikowe wybory w Bułgarii, choć opowiadający się za przymierzem z Rosją bułgarscy nacjonaliści i rasiści z partii Odrodzenie zdobyli ledwie 14 proc. głosów, czyli mniej niż wróżono. Październikowe wybory były siódmymi w ciągu ostatnich czterech lat, a znawcy bułgarskiej polityki są przekonani, że i tym razem w Sofii nie uda się stworzyć porządnego rządu i już wiosną Bułgarzy znów zostaną zaproszeni do wyborczych urn. Podaje się nawet konkretną datę: 30 marca jako termin kolejnych wyborów.

Rozbicie politycznej sceny i kłótliwość polityków sprawiają, że ku radości Rosji Bułgarzy tracą wiarę w skuteczność demokracji na zachodnią modłę i na każde kolejne wybory przychodzi ich coraz mniej, a coraz więcej przysłuchuje się, co mówią prawicowi populiści.

Za swój oczywisty sukces Kreml może uznać też naradę państw z ugrupowania BRICS, aspirującego do roli alternatywy wobec dominujących na świecie zachodnich porządków i mód. Poza przywódcami starych państw członkowskich, czyli Chin, Indii, Południowej Afryki (nie przyjechał złożony chorobą prezydent Brazylii), a także nowo przyjętych: Iranu, Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Etiopii, do Kazania przyjechało trzydziestu innych zaproszonych prezydentów i premierów z całego świata, od Indonezji po Meksyk. Z Nowego Jorku przyjechał nawet sekretarz generalny ONZ, choć Putin, jako wojenny zbrodniarz, ścigany jest listami gończymi Międzynarodowego Trybunału Karnego, a sekretarz generalny ONZ jest depozytariuszem jego statutu. Spotykając się i rozmawiając z zagranicznymi gośćmi, Putin pokazał (przynajmniej Rosjanom), że próby izolacji Rosji i zrobienia z jej prezydenta pariasa nie mają szans powodzenia.

Odhaczywszy październik jako miesiąc sukcesów, Rosja liczy, że i listopad nie będzie dla niej gorszy. Wystarczy, że w pierwszy wtorek listopada Donald Trump wygra wybory prezydenckie w USA.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”