Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Panie od książek

Panie od książek

07.05.2017
Czyta się kilka minut
Czytelnictwo jest w kryzysie? One mają na to odpowiedź. Nadzieją kultury są dziś bibliotekarki. Zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzie biblioteka bywa jedynym jej ośrodkiem.
Urszula Kopeć-Zaborniak, Cieszanów, marzec 2017 r. Fot. Aneta Rozmus
C

Co robi bibliotekarka? Zamawia czołg. Liczy nogi. Odbiera trzystukilogramowy głaz z Aleksandrii. Chodzi na sesję rady miasta. Organizuje siatkale. Opowiada o gardłowym śpiewie. Zawozi nad ocean. Robi zabawki dla kotów ze schroniska. Uczy angielskiego. Wie, o jaką książkę chodzi czytelnikowi, który pyta o „niebieską okładkę z małą chińską dziewczynką”.

Wszechstronne

Nogi liczyła i wynik dzieliła na pół dyrektorka Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim, Elżbieta Sieradzińska. GUS wymaga sprawozdawania liczby uczestników wszystkich wydarzeń, ale jak zliczyć obecnych na wernisażu? Zanim zamontowali w drzwiach licznik, próbowali tak. Głaz z Aleksandrii, który stoi przy wejściu do biblioteki, to prezent z Egiptu – odpowiedź na apel o przysyłanie drobnych kamieni z ważnych miejsc. Sieradzińska chodzi też regularnie na sesje rady, żeby wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w mieście.

– Biblioteka jest jego częścią, wszystko, co miasta dotyczy, może jakoś łączyć się z tym, co robimy. Jesteśmy przecież dla mieszkańców, nie oni dla nas, finansowani jesteśmy z ich podatków, nie możemy więc działać bez wiedzy o tym, co dookoła.
Czołg również ona starała się ściągnąć. Organizowali wystawę na 25-lecie Solidarności, przydałby się, myślała, jako symbol stanu wojennego.

– Gdyby nie on, nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie. Skończyłam wtedy studia, romanistykę, o pracę w zawodzie było trudno. Znajoma powiedziała, że w naszym mieście szukają kogoś do biblioteki. Zawsze lubiłam czytać, spróbowałam.

Została tam na 30 następnych lat. A czołgu nie udało się sprowadzić tylko dlatego, że akurat na zimę miał wymontowany silnik.
Siatkale – plandeki, po których można malować i zawieszać je potem na siatce ogrodzeniowej (po remoncie na żadnej ze ścian budynku nie można było namalować murali) – organizowała w podkarpackim Cieszanowie dyrektorka tamtejszej biblioteki Urszula Kopeć-Zaborniak, pierwsza stypendystka Funduszu im. Olgi Rok.

Olga Rok była Rosjanką, urodziła się w 1923 r. Od dziecka mieszkała w Uzbekistanie. To tam, jako młoda absolwentka bibliotekoznawstwa, poznała Stanisława – polskiego Żyda z Zamościa. Pobrali się i w 1946 r. przyjechali do Polski. Zamieszkali w Warszawie, gdzie prowadziła dom, wychowywała dzieci. Gdy podrosły, zgłosiła się do urzędu pracy – oddelegowano ją do jednej z bibliotek młodzieżowych. Pół wieku temu, w 1967 r., została kierowniczką biblioteki dla dzieci i młodzieży na Służewcu Przemysłowym. Pracowała tam następnych 20 lat.

Przez dekady prowadziła dziennik. Po śmierci Olgi Rok odnalazła go wnuczka, Anna. Postanowiła upamiętnić babcię i zainicjowała powołanie funduszu wieczystego jej imienia. Co roku, w ramach funduszu, odbywa się konkurs – nagrodą jest stypendium dla bibliotekarek zatrudnionych w bibliotekach publicznych. Laureatka otrzymuje pieniądze, może je przeznaczyć na dowolny cel związany z samorozwojem.

Pięć lat temu stypendium przyznano właśnie Urszuli Kopeć-Zaborniak. Pieniądze przeznaczyła na wydanie własnego tomiku poezji.

O gardłowym śpiewie opowiada najmłodszym czytelnikom biblioteki dla dzieci i młodzieży na warszawskiej Woli Monika Bąder, bibliotekarka od czternastu lat.

Nad Atlantyk, na swoją ulubioną, ustronną plażę, zabiera pisarzy i pisarki Izabela Barry. Na swoje życie miała zupełnie inny plan, po skończeniu polonistyki pracowała w przedsiębiorstwie Prasa-Książka-Ruch jako edytorka. Potem wyemigrowała, najpierw do Kanady, i musiała się przekwalifikować. Nie znała angielskiego, wiele czasu minęło, zanim poczuła się w nim swobodnie. Wybrała studia bibliotekarskie.

– To moje zostanie bibliotekarzem trochę wzięło się z przypadku, ale nie żałuję. Po studiach – ależ były fantastyczne, otwierające głowę! – zaczęłam szukać pracy.

Znalazła ją w Nowym Jorku. Od 15 lat pracuje w polskiej bibliotece na Greenpoincie, to oddział publicznej, brooklyńskiej. Gmach jest niski, niepozorny, ale stoi w samym sercu dzielnicy z polskimi szyldami sklepów, wypieranych coraz mocniej przez hipsterskie knajpki i butiki.

Barry to drugi, nieoficjalny Instytut Polski w Nowym Jorku, jednoosobowy departament promocji polskiej literatury. Organizuje spotkania autorskie, uparta, żeby przyjeżdżających do miasta pisarzy i pisarki ściągnąć do biblioteki. W jej małej salce gromadzą się wtedy stali bywalcy, stara emigracja, która pamięta dawny, polski Greenpoint, i najmłodsza, sprzed kilku lat. Przez wiele lat pisała o książkach w polonijnej prasie, przeprowadzała wywiady, opowiadała o nowościach w księgozbiorze.

Dziś już sami autorzy, pocztą pantoflową, zgłaszają się do niej. Barry pomaga przy dokumentacji, skontaktuje z tym czy tamtym, kto może pomóc, otacza opieką. Jak trzeba, to zaprasza do domu, żeby nie spędzali sami świąt, jeśli akurat przypadły w trakcie ich wizyty, albo u siebie, w mieszkaniu w podnowojorskim Yonkers, organizuje spotkanie autorskie, jeśli w bibliotece akurat z jakichś powodów to niemożliwe (takie spotkanie z czytelnikami miała w gościnie u Izabeli i jej męża Michaela Sylwia Chutnik).

Okołokocie i okołoksiążkowe spotkania organizuje w Bibliotece Publicznej Ośrodka Kultury w Brzeszczach, niedaleko Oświęcimia, Danuta Szawara. Biblioteka Kociolubna to tylko jeden z projektów – o tym, co robią, mogłaby opowiadać godzinami. W Roku Tuwima „Potuwimuj”, spacery tematyczne dla całych rodzin, konkursy wiedzy – potyczki międzypokoleniowe, warsztaty plastyczne z ilustratorami bajek, spotkania dotyczące emocji – także dla całych rodzin (kiedy dzieci mają zajęcia z animatorami, dorośli odbywają warsztaty z psychologiem). Współpracuje m.in. z lokalną świetlicą środowiskową i schroniskiem dla zwierząt.
W gminie mieszka ok. 21 tysięcy ludzi, z biblioteki korzysta rocznie – wypożyczając książki – jedna piąta. Następne siedem tysięcy to użytkownicy czytelni komputerowej, kolejne siedem – odbiorcy wszystkich wydarzeń organizowanych w bibliotece.

Nigdy nie marzyła o innej pracy: – Już w liceum wiedziałam, że będę bibliotekarką. To się chyba wzięło z poczucia, że od książki wszystko się zaczyna, że to jest ważne i trzeba o to, by ludzie czytali, dbać. Zwłaszcza ci najmniejsi: chciałam im pokazać – i pokazuję do dziś – że czytanie jest fajne, że jest punktem wyjścia do tylu innych, atrakcyjnych aktywności. Że to przyjemność, obcowanie ze sztuką w takim najbardziej prywatnym wymiarze. Człowiek sam na sam z książką – to może być piękna, budująca go relacja.

Szawara pracuje w zawodzie od 36 lat.

Diana Chmiel staż ma krótszy, w bibliotece publicznej na warszawskiej Białołęce pracuje od 7 lat. – Byłam takim dzieciakiem, który chodził za mamą i pytał: „a jaka to literka?”. Bardzo szybko zaczęłam czytać i kleić się do książek. Na żadnym etapie swojego życia nie brałam pod uwagę innej pracy niż ta. To było po prostu naturalne. Poszłam na studia bibliotekoznawcze, po nich zaczęłam pracę w tej bibliotece, w której jestem do dziś, jestem zwykłą, szeregową bibliotekarą, koniec. Strasznie prosta i nudna historia, prawda?

To Diana uczy seniorów angielskiego. Wie też, że kiedy czytelnik pyta o niebieską książkę z chińską dziewczynką na okładce, ma na myśli „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi” Jonathana Fenby’ego (okładka nie jest niebieska, a czerwona, i to tylko do połowy.)

Kulturalno-oświatowe

Z książki „Bibliotekarz: krótkie wskazówki dla pracujących w bibliotece”, wydanej w 1912 r.:

„Zadanie bibliotekarza polega primo – na celowym i umiejętnym, przystosowanym do warunków miejscowych, doborze materiału książkowego, secundo – na uporządkowaniu tego materiału i tertio – na umiejętnym zyskiwaniu dla swojej biblioteki czytelników. W tym wypadku działalność bibliotekarza przenosi się poza mury biblioteki, gdzie on występuje w roli agenta swojej instytucji. Osoba pozostająca w kontakcie z czytelnikiem powinna, oprócz inteligencji, mieć powierzchowność ujmującą, być uprzejmą dla swoich czytelników i czynność swą spełniać z zamiłowaniem. (...) My musimy zwrócić uwagę jeszcze na to, że w krajach o kulturze wysokiej i z ustalonym bytem polityczno-społecznym biblioteka stanowi tylko dopełnienie do całego szeregu innych, dobrze zorganizowanych instytucji oświatowych, za pomocą których światło wiedzy przedostaje się do mas najszerszych. U nas biblioteki – zwłaszcza ludowe – dla bardzo wielu czytelników zastępują i szkołę, i uniwersytet ludowy, i odczyty i pogadanki systematyczne, i wiele, wiele innych instytucji pokrewnych. Praca bibliotekarza w tych warunkach staje się szczytną misją, promieniem ożywczym, nie pozwalającym skostnieć i zdrętwieć duchowi naszemu pod wpływem zimnych i szarych warunków społecznych, w jakich żyjemy”.

Sto pięć lat później niewiele się zmieniło.

– Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, czym jest dzisiaj bibliotekarstwo – mówi Izabela Barry. – Bardzo szybko uświadomiłam sobie, że moja praca nie będzie polegała na siedzeniu za biurkiem i spokojnym czytaniu książek.

Taki stereotyp, mówią, nadal istnieje: bibliotekarka to kobieta, w średnim wieku lub starsza, najlepiej z kokiem na czubku głowy, która całymi dniami siedzi przy kawie, czyta książki, a pod stołem jeszcze szydełkuje.

– I szepce. „Ale to fajna praca, tak sobie siedzicie w spokoju cały dzień!”. Ludzie myślą, że to wszystko samo się dzieje – książki same się zamawiają, same się opracowują, trafiają na półki, spotkania też organizują się same, a my się lenimy. Ten obraz – mówi Diana Chmiel – chyba szybko się nie zmieni.

– Sama miałam taką romantyczną wizję tego zawodu, zanim zaczęłam go wykonywać – mówi Elżbieta Sieradzińska. – Tymczasem bibliotekarz to musi być ktoś, kto lubi się bawić swoją pracą. Nie ktoś, kto sobie myśli, że to spokojna, nudna nawet praca „od do”. Ten zawód nie cieszy się prestiżem społecznym, finansowo też nie rozpieszcza, ale może dać dużo komuś, kto też dużo chce z siebie dawać innym. Dziś trudno mi odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest bibliotekarz. Czy ten zawód w ogóle jeszcze istnieje? Może lepiej mówić o bibliotece jako przestrzeni wydarzeń, których sednem i punktem wyjścia jest zawsze książka?

Z tym jednak też kłopot.

– Nie wiem – zastanawia się Chmiel – czy istnieje w ogóle jedna biblioteka, jako miejsce. One tak różnią się między sobą. Są biblioteki akademickie, szkolne, ogólne, specjalne. Wiele zależy też od tego, gdzie działają. Tu w Warszawie jest o tyle trudno, że jesteśmy przede wszystkim wypożyczalniami – inne funkcje spełniają domy kultury czy choćby kawiarnie, w których odbywają się spotkania autorskie, więc trudniej nam tu konkurować, choć oczywiście staramy się, w miarę możliwości. W mniejszych miejscach, a na wsiach już w ogóle, z bibliotekami jest inaczej – to często jedyny albo najważniejszy ośrodek kultury, punkt informacyjny, miejsce spotkań.

– Na jednym etacie łączysz etatów kilkanaście – wylicza Chmiel. – Poza normalną pracą: opracowywaniem, wydawaniem książek i tzw. pracą z czytelnikiem (pomóc, doradzić, wydać, odebrać książkę), jesteś animatorem kultury, prowadzisz klub książki, zajęcia, jak te z angielskiego dla seniorów. Organizujemy spotkania z autorami. Ja też promuję bibliotekę, robię plakaty – jestem więc jeszcze graficzką. Nie mamy pani sprzątającej – więc jestem też sprzątaczką. I zaopatrzeniowcem, kiedy trzeba pojechać po książki na klub dyskusyjny. Łączysz tyle różnych zajęć i musisz być wszechstronny. I otwarty. Jeśli ktoś nie jest pozytywnie nastawiony do ludzi i życia, to nie jest to praca dla niego. Tu trzeba być odważnym, wychodzić do ludzi.

Animatorki

Główna misja bibliotek to wciąż wypożyczanie książek. – Największym zagrożeniem dziś jest, by nie stracić ich z oczu. Nie zapomnieć, że to o czytanie chodzi, a pozostałe działania mają do niego prowadzić – mówi Monika Bąder. – Wszystko inne jest naddatkiem, który ma poznać z biblioteką, zachęcić, zatrzymać.

Próbują na różne sposoby.

Kiedy bibliotece ubyło czytelników, Izabela Barry zagadywała na Greenpoincie przechodniów, którzy mówili po polsku:

„Przepraszam, a czy ma pan kartę biblioteczną? Bo my mamy dużo książek, pan wpadnie, może coś się spodoba”. – W sklepie wdawałam się w pogawędkę: „Wie pani, że mamy też programy specjalnie dla dzieci?” albo: „O, a pani to jeszcze nie widziałam w naszej bibliotece!”.

– Parę lat temu musieliśmy przekonać lokalną społeczność, że biblioteka jest potrzebna. Dziś już nikt chyba w to nie wątpi – mówi Sieradzińska.

Na 39 tys. stałych mieszkańców Mińska w 2016 r. 15,5 tys. skorzystało z biblioteki. W ciągu roku mogą wybierać z około trzystu wydarzeń.

– Mamy duże imprezy, jak Aleja Gwiazd Literatury, nasze święto (zapraszamy na nie pisarzy, którzy odsłaniają tu swoje gwiazdy: swoją mają już Andrzej Stasiuk, Janusz Głowacki i Julia Hartwig), ale też mniejsze, jak seanse filmowe dla niewidomych. Ten pomysł przyniósł kierownik administracyjny, weszliśmy we współpracę z lokalnym oddziałem Polskiego Związku Niewidomych. Nawet jeśli miałyby na projekcję przyjść dwie osoby – to warto.

Przychodzi kilkanaście, czasem więcej. Swoje miejsce mają tu też zupełnie najmłodsi. W Mińsku co roku jesienią przyjmowane są zapisy – swoją pierwszą książeczkę może otrzymać nawet dwumiesięczne dziecko.

Zajęcia ze żłobkowiczami prowadzi też Monika Bąder: – Chodzi o to, żeby dzieci oswoić z biblioteką, pokazać, że jest na nich otwarta, przyjazna.

Misjonarki

Stała wtedy przy drzwiach razem z innymi bibliotekarkami i obserwowała tamtych dwoje: kilkuletni chłopiec, już ubrany i gotowy do wyjścia, buntuje się, zapiera rękami i nogami. „Nie chcę! Ja chcę tu zostać!”, mówi do matki, która chce, żeby już wrócili do domu. To chyba, mówi Elżbieta Sieradzińska, powód, dla którego to robię, moja największa satysfakcja.

Albo kiedy przychodzi ktoś zupełnie nowy, a zwłaszcza młody, i mówi, że ma jakiś pomysł i chce go zrealizować tu, bo „ktoś mu powiedział, że w bibliotece to się da zrobić”.

– Czuję, że to, co robię, ma sens i jest ważne. Czuję się takim łącznikiem między ludźmi, którzy tworzą kulturę, a odbiorcami, między książką a czytelnikiem. Są oczywiście wydawcy, hurtownicy, promotorzy, księgarze, ale oni pełnią swoje zadania inaczej. A my jesteśmy z ludźmi na co dzień.

– Czuję, że to, co robię, ma sens, że jest ważne – mówi też Izabela Barry. – Do biblioteki trafiają ciągle nowi ludzie, wiedzą, że to miejsce jest dla nich i czeka. Proszą o polecenie książek, dyskutują o tym, co przeczytali. Moi czytelnicy zajmują czwarte miejsce na ponad 50 grup etnicznych na Brooklynie – rocznie wypożyczają ponad 80 tys. książek.

To jedna z najważniejszych, mówi Bąder, wartości tej pracy. Obecność. – Pracuję z najmłodszymi czytelnikami, widzę, jak rosną, jak się rozwijają, i mam nadzieję, że zaszczepię im tę bibliotekę na całe życie; że będą tu wracać. Wydaje mi się, że to zaszczyt być tym – a wiele razy to czułam – kto pierwszy coś im pokazuje, daje książkę i sprawia, że ona staje się również dla nich ważna.

O książkach nie mówi się w ten sposób w przestrzeni publicznej, nie pokazuje, że czytanie to po prostu atrakcyjna, dostępna dla wszystkich, przyjemna, fascynująca rzecz. A w bibliotece ciągle jeszcze tak. ©

BIBLIOTEKARSTWO TO ZAWÓD SFEMINIZOWANY. Według danych Biblioteki Narodowej w Polsce działa prawie 10 tys. placówek bibliotecznych, zatrudniają niemal 35 tys. osób. 

Według najnowszego badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej jedynie 11 proc. Polaków przyznaje, że choć raz w roku skorzystało z biblioteki publicznej. Przychodzą do nich przede wszystkim ludzie młodzi i studenci, rodzice małych dzieci i osoby niepracujące zawodowo. Najliczniej korzystają z bibliotek mieszkańcy miast powyżej pół miliona mieszkańców. 8 maja obchodzony jest Dzień Bibliotekarza i Biblioteki.


CZYTAJ TAKŻE:

Magdalena Grzebałkowska, pisarka i reporterka: Dopiero kiedy ruszyłam na spotkania autorskie, uświadomiłam sobie, że nic nie wiem ani o bibliotekarkach, ani o bibliotekach: jak bardzo się zmieniły.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]