Wojna stała się dla Konstantynówki naturalnym elementem krajobrazu. Kiedyś prawie 70-tysięczne przemysłowe miasteczko w Donbasie, jest dziś typowym miasteczkiem przyfrontowym. Rosjanie są 10 kilometrów stąd i głośno dają o sobie znać.
Jest w Konstantynówce wesołe miasteczko (nieczynne), jest kebab (pracuje) i bazar (opustoszały). Sklep „Dziecięcy świat” dziwnym trafem się trzyma, choć dzieci na ulicach nie widać. Nie tylko dlatego, że przez większość doby – od piętnastej do jedenastej dnia następnego – obowiązuje godzina policyjna.
Tak drakoński jej charakter ma skłonić pozostałych jeszcze mieszkańców – według danych lokalnej administracji wojskowej w połowie grudnia było ich 18 tysięcy – do ewakuacji. Ta jest natomiast obowiązkowa w przypadku nieletnich. Nieliczne pozostałe dzieci są więc ukrywane w domach.

– Co by nie mówić o Konstantynówce, mieliśmy dwadzieścia zakładów. I własną mleczarnię, i mięsny kombinat, i zakład produkujący chałwę – wylicza Jewgienij, miejscowy lekarz medycyny sądowej. W średnim wieku, ostrzyżony na jeża, oczy ma wiecznie zmrużone za prostokątnymi szkłami. – I pierwsze gwiazdy na wieżach Kremla zrobiono w naszej hucie szkła – dodaje. Tak było, kiedyś.
Konstantynówka udaje, że życie jakoś się toczy
Dziś brakuje w Konstantynówce innych wydarzeń niż to, że ostrzelali ostatnio bazar. U was też odłączyli dzisiaj prąd? Czy widziałeś tego busa, który zderzył się koło stacji benzynowej z bojowym wozem piechoty? Niewiele z niego zostało. Zamyka się jedna z ostatnich kawiarni, dziewczyny zawijają się w normalniejsze miejsce. No, to teraz będziemy chodzić do „Amurskiej”...
W ociekającym nowością budynku na ulicy Konstantyna Ciołkowskiego znajdowała się kiedyś „Aroma Kava”, sieciówka znana w całej Ukrainie. Z Konstantynówki sieć wyniosła się dawno, a żeby oszczędzić na szyldowych literach, kawiarnia przemianowała się na „Amour Kavę”. Wystrój ten sam. Można udawać, że jest się na przykład w Kijowie.
Za to trupów w Konstantynówce nie brakuje. Cywilne ofiary rosyjskich bomb kierowanych i artylerii. Wyciągnięci ze zmiażdżonych samochodów żołnierze – w spożyciu alkoholu i nadmiernej prędkości nikt się tu nie oszczędza. Przez lata oszczędzano za to na remontach dróg, które są teraz w opłakanym stanie. Na wylotówce w stronę Drużkiwki, zwłaszcza nocną porą, regularnie dochodzi do czołowych zderzeń rozpędzonych wojskowych terenówek. Oświetlenia nie ma, noce są ciemne jak smoła.
W szpitalu w Konstantynówce pozostał już tylko oddział traumatologii
W dniu urodzin jednej z pracowniczek, wnętrze stacji benzynowej przy wylotówce przystrojone jest balonikami. Urodziny ma też jedna z pielęgniarek we wciąż pracującym szpitalu, opuszczonym przez znaczną część personelu. Został oddział traumatologii.
– Proszę wybaczyć. U nas jest tak mało okazji... – oddziałowa opuszcza spłoszone spojrzenie, gdy na chwilę wstaje się od stolika w kanciapie. Zastawiony jest kieliszkami, w powietrzu miesza się zapach wódki „Stolicznej” i tej donieckiej nerwowości. Jej nie przełamie żadna próba urodzinowego rozluźnienia.
Rano ławka na oddziałowym korytarzu zapełnia się starszymi ludźmi; ich kończyny i czoła przewiązane są śnieżnobiałymi bandażami. Głupio mi w tym gronie, bo przyszłam tylko na rentgen ze spuchniętą kostką. Potknęłam się o kota, który wlazł mi pod nogi przed domem.
Kolejka na traumatologii oznacza, że znowu coś rąbnęło w mieście. Dzisiaj bomba lotnicza, jutro artyleria. Ci, których ominęła dzisiejsza eksplozja, stoją w kolejce po chleb. Trzeba zdążyć ze wszystkimi sprawunkami przed piętnastą, gdy zacznie się komendantska (jak mówią tu na godzinę policyjną).
Wojna wojną, ale każdy zmarły musi trafić do lekarza medycyny sądowej
W osobnej kolejce czeka też kilka ciał. Spoczywają w maleńkiej kostnicy, która mieści się obok szpitala. Jej drzwi wychodzą prosto na miasto Czasiw Jar, ostatnią ukraińską redutę. Kiedy ona padnie, Rosjanie rzucą się Konstantynówce do gardła.
Stamtąd, a także z pobliskiego Torecka, dociera co chwila pomruk artylerii. Z tamtej strony przyleciał też pocisk, który uśmiercił staruszkę o woskowej twarzy. Staruszka leży w białym worku. Pracowniczka kostnicy delikatnie poprawia supełek koronkowej chustki, wciąż owiniętej wokół jej głowy. Współpracownik zaciska usta w wąską kreskę, ze świstem zasuwa zamek, zamyka ciało w worku.
Jewgienij ze spokojem przygląda się, jak jego zespół zabiera się za kolejne ciało. Prawo wymaga, aby każdy ze zmarłych, którzy trafią do Jewgienija, przeszedł sekcję. Następny w kolejce jest mężczyzna w średnim wieku. Ruch skalpela. Kilka strużek krwi ścieka po bladej nodze. Powietrze, ubrania, ściany z białych kafelek – wszystko przenika słodkawy odór.
W donbaskim szpitalu czas zatrzymał się w końcówce Związku Sowieckiego
– Wypuszczam zespół do domu najszybciej, jak tylko się da. Żeby bez potrzeby tu nie przesiadywać. Ze względu na przyloty, artylerię, bomby. Takie czasy. Nie wiesz gdzie, co i dokąd – mówi Jewgienij, gdy siadamy w zimnym gabinecie.
W takich miejscach czas zatrzymał się jakieś 40 lat temu, w końcówce Związku Sowieckiego. Z tabliczkami po rosyjsku, z sowiecką meblościanką i żeberkowymi kaloryferami malowanymi na biało.
Jewgienij: – Nasza praca ogranicza się do ustalenia przyczyny śmierci, zwykle gwałtownej. Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, nie zajmowaliśmy się trupami wojskowych. Oni byli kierowani na Dnipro. Teraz trafiają także do nas. Rzadko ci, którzy zginęli na polu walki; oni wywożeni są zwykle osobno. Ale to nie jedyna przecież okoliczność śmierci. Nieostrożne posługiwanie się bronią, wypadki drogowe, samobójstwa. Naturalne są konflikty między żołnierzami. A konflikty między uzbrojonymi ludźmi kończą się czasem strzelaniną. To już przypadki kryminalne. Cywile? Oni giną w rosyjskich ostrzałach. Oczywiście, między nimi też dochodzi do konfliktów. Wtedy w użyciu są improwizowane środki. Niestety czasem kończy się to u nas na stole.
Przed wojną w Konstantynówce popełniano rocznie kilkanaście morderstw
Jewgienij ma 25-letni staż w tej pracy: – Z początku każde zwłoki były dla mnie ciekawostką. I każdych się bałem. Potem przyszło doświadczenie i mój mózg zaczął trochę inaczej pracować. Choć sądzę, że czasem coś odciska na nim piętno. Są przypadki sprzed 5-10 lat, które pamiętam ze szczegółami. Bardzo interesujące.
– Nie, „interesujące” to złe słowo – poprawia się. – To przypadki z głębokich czasów przedwojennych, gdy mieliśmy na stole tylko cywili. Bywało, że siadało dwóch do flaszki, jeden nalał sobie więcej i drugi za to zabił, że mu mniej nalali. Innych dwóch siedziało też przy flaszce, jeden wyszedł po kolejną, a drugi nagle zmarł. Towarzysz, bojąc się oskarżenia, porąbał ciało na kawałki i rozwlekł je po mieście... – Jewgienij przerywa raptownie. Nadstawiamy uszu. Nie słychać pogłosu eksplozji, tylko szum.
Bomba lotnicza? – Nieee, to brzmi troszkę inaczej.
– No więc, bywało, ktoś szedł przez miasto, niezbyt już trzeźwy – Jewgienij wraca do wspomnień. – I spodobały mu się tenisówki na czyichś nogach. Tak, ktoś został zabity tylko po to, żeby z jego nóg ktoś inny mógł zdjąć tenisówki. Cóż, są takie drobnostki, przez które ludzie rujnują sobie życie. Rujnują sobie, bliskim, obcej osobie. Takie były śmierci przed wojną. Mąż z żoną, kumpel z kumplem i tak dalej. Tu jest Donbas. Tu w ciągu roku w samej tylko Konstantynówce popełniano rocznie około 15 morderstw.
Do kostnicy w Konstantynówce trafia coraz więcej żołnierzy-samobójców
– A potem przyszła wielka wojna... Zacząłem pracować między dwiema kostnicami, naszą oraz w sąsiedniej Drużkiwce – Jewgienij wspomina luty 2022 r. – Lekarz sądowy z Drużkiwki wyjechał, została tam tylko sanitariuszka. Z tą sanitariuszką obsługiwaliśmy Toreck, Bachmut, Konstantynówkę i Drużkiwkę. To był potok ciał. Lato, upał, trupy gniły.
– A potem rok 2023... – Jewgniej się zacina. – Do dziś nie wiem, co tak naprawdę za tym stało. Ciała żołnierzy-samobójców trafiały się przynajmniej raz w tygodniu, czasem częściej. Odbierali sobie życie zawsze wystrzałem, zawsze gdzieś na tyłach. Na pozycjach bojowych raczej się to nie zdarzało. 90 procent pod wpływem alkoholu.
– Nie wiem, co ludzi do tego pcha – milknie na chwilę. – Przypuszczam, że znaczenie może mieć to, jak czyjeś życie i to, co ktoś miał w głowie, wyglądało przed wojną. Wojsko gromadzi ludzi ze wszystkich grup społecznych. Część nosi w sobie samobójcze skłonności. W tej chwili tysiące żołnierzy gromadzą się wzdłuż frontu, pod Konstantynówką, wśród nich ludzie z takimi myślami. Wcześniej czy później te myśli doprowadzają do czynu.
W Konstantynówce palą wszyscy i dużo
– Tutaj wydaje się, że przypadków samobójstw jest dużo – zastanawia się. – Ale jeśli pomyśleć o tym w skali kraju... Co chwila ktoś rzuca się pod pociąg albo wiesza. To się dzieje wszędzie. Ale tego nie widać. My widzimy to, co się dzieje w naszym mieście. Teraz cały kraj przyjechał tutaj walczyć. Ci wszyscy ludzie, ze swoimi myślami. I z bronią w rękach.
Jak nie oszaleć w takiej pracy? Jewgienij wzrusza ramionami. – Gdy byłem stażystą, mój szef mawiał: „Wiedzieliście, w co się pchacie”. Trzeba sobie radzić poczuciem humoru. Tak, czarnym poczuciem humoru.
Przypala nowego papierosa. Jewgienij pali grube cygarety, żadnych tam smakowych. Lekarz, sanitariuszka, żołnierz czy handlarka z bazaru – w Konstantynówce palą wszyscy. Dużo, niektórzy właściwie nieustannie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















