Tysiąc lat bez mała już wisi, a nie mogą się doliczyć. Dziewięćdziesiąt trzy, a może będzie dziewięćdziesiąte czwarte. W kuchennym radyjku trzeszczał Londyn z wiadomością, iż pewien profesor z St Hugh’s College w Oxfordzie znalazł niedostrzegane dotąd męskie przyrodzenie na sławnej tkaninie z Bayeux.
Pamiętamy ją z podręcznika, przedstawiona bowiem na niej bitwa pod Hastings z roku 1066 jest kluczowym momentem wczesnego średniowiecza, wtedy to król normański Wilhelm Bękart zamienił sobie korzystnie przydomek na Zdobywcę, pieczętując trwający już od pewnego czasu podbój Anglii. Niedawny mecz z Norwegią oglądałem trochę jako zemstę za tamten niezbyt uprzejmy najazd, dzięki jednak któremu Anglia nie została nudnym celtyckim skansenem jak np. Irlandia.
Ale o tkaninie z Bayeux jest głośno też dlatego, że z tej normandzkiej mieściny przyjechała tymczasowo do British Museum. Jeśli zdobędziecie bilet, będziecie mogli sami sprawdzić, ile czego jest.
Ile było ogonów i co na to Szymborska
„Profesor z kolegium Hugona / rachować począł ogony...” Gdyby żyła jeszcze pani Szymborska, zaraz byłby z tego limeryk, który w pięciu ślicznych wersach wyraziłby to, co mi zajmie parę minut ględzenia – mianowicie iż objaśnianie znaczenia choćby tych wstydliwych szczegółów anatomii na starych obrazach to poważna robota historyczna, czyli taka, która pozwala nam się przybliżyć do tego, jak myśleli i w jakich ramach działali nasi przodkowie, jak byli do nas podobni, a jak różni.
Większość rzeczonych fallusów należy do koni – i bez pomocy historyka potrafimy zgadnąć, dlaczego rumak Wilhelma ma zdecydowanie większego niż wierzchowiec pokonanego w bitwie króla Harolda.
Komparatystyka genitalna ma się dobrze do dziś, gdziekolwiek sztubacy palą za płotem na dużej przerwie. Co się zaś tyczy trzech (a może jednak czterech?) ludzkich przyrodzeń, to zostały wyhaftowane szczegółowo na marginesach głównego pasa w scenkach alegorycznych komentujących bitewną rozróbę.
Oglądając je, rozumiemy, iż autor programu tej tkaniny znał dobrze bajki Ezopa – ale w wersji Fedrusa, łacińskiego bajkopisarza, który jako niewolnik z Tracji (czyli dzisiejszej Macedonii) trafił do Rzymu zapewne za panowania Augusta. Bo wieki ciemne wcale takimi nie były, teksty, opowieści i idee krążyły wśród elit, tyle że greki prawie nikt nie znał. Poza uczonymi w starożytnym piśmie Arabami, których z Sycylii mieli przegonić inni Normanowie.
Rozsiane tam przez nich geny widzę w rudej brodzie Pasqualego, gdy idę po cannoli i sfogliatelle do Bomboniery, prawdziwego cudu sycylijskiego i neapolitańskiego cukiernictwa na warszawskim Muranowie. To ci sami od króla Rogera z opery, którą Iwaszkiewicz z Szymanowskim wykoncypowali w Jelizawietgradzie w roku 1918, w zgoła innej historycznej zawierusze.
Ile z naszych czasów jest w Homerze
Czy aby na pewno innej? Inny profesor, znany wam „Tygodnikowy” autor Marek Węcowski chciałby przekonać, że drugorzędne w sumie detale wojen i mordów się zmieniają, ale sposób na to, by ocalić siebie i uczynić świat o jotę lepszym, został raz na zawsze opowiedziany, tylko trzeba go dobrze odczytać.
Kiedy już wrócicie z kina z „Odysei” Nolana, wolni od tej palącej niepewności, czy bohater aby zdoła dotrzeć do domu, i kiedy przeczytacie rozmowę na poprzednich stronach, sięgnijcie jeszcze po jego książkę „Homer na nasze czasy”. Oczywiście wszyscyśmy kiedyś słyszeli, że cała literatura światowa to tylko przypisy do „Iliady” i „Odysei”, że tam jest już wyłożone nad wyraz prostym językiem (o ile mamy tłumaczenia bez wysilonych rymów, vivat Parandowski!) wszystko, co trzeba wiedzieć o losie jednostki i życiu zbiorowym, o nadziei i rozpaczy, o bogach, przyrodzie i kosmosie nie wspominając.
Ale Węcowski napełnia ten banał piekielnie aktualną treścią, najpierw przeprowadzając nas bez żadnych belferskich ciągot przez podstawy wiedzy o Homerze (lub Homerach) i jego świecie, po czym uświadamia, sięgając po przykłady spod Troi, co znaczą te „nasze” czasy i jak dużo złego nas czeka i jak mało od nas zależy – ale że nie wolno tego skraweczka wolności oddać.
Jak być skomplikowanym i wewnętrznie prostym
Mało kto mi ostatnio opowiedział tak dobrze o współczesności, jak onże Marek Piórowładny. Jedna z nielicznych moich zasług dla polskiej kultury jest taka, że nie udało mi się go za młodu zatruć, kiedy był regularnym moim stołownikiem w czasach, gdy dopiero uczyłem się gotować.
Może jedząc skutki moich niewczesnych pomysłów myślał, że to równie paskudnie smakuje jak kykeon – napój energetyczny homeryckich herosów, szeroko rozpowszechniony też w greckim realu, o czym świadczą liczne tarki znajdowane w grobach obok innych symboli statusu. Pomyślcie tylko: wino, raczej słodkie, bo takie się wówczas pijało, do tego garść jęczmiennej mąki lub krup i na to tarty kozi ser.
Z dawnych lektur pamiętałem tylko, że w obu eposach bez przerwy się ucztuje i każdy na okrągło żre mięso z rożna i popija winem (czasem jest mowa o owocach i serze, ale opcji wege i zero alko w pałacu Nestora nie było). Ale o tej winno-serowej brei zupełnie nie pamiętałem, zanurzony zapewne we wciąż dziecięcym podziwie dla epickiego świata pełnego wspaniałych postaci. Który okazuje się, jak trochę poskrobać, całkiem skomplikowany.
W pierwszym wersie „Odysei” dowiadujemy się, iż bohater jest, by użyć Parandowskiego, „wielce obrotny”. Ale trudne do przełożenia słowo polutropon nowe amerykańskie tłumaczenie na prosty język daje jako complicated. Trochę jak ten trzeci status związku na Facebooku, obok singla i żonatego/zamężnej. Jeśli właściwie czytam Węcowskiego, to właśnie do tego Homer zawsze i najlepiej służy, byśmy umieli być skomplikowani, a zarazem wewnętrznie prości jak maszt odysowej chyżej łodzi.

Makaron dirty Martini
400 g spaghetti albo tagliatelle
ząbek czosnku
2 cytryny
70 g zielonych oliwek – jak najlepszych, raczej łagodniejszych, np. odmiany Cerignola, wydrylowanych
40 ml ginu albo wódki
40 ml solanki z oliwek
80 g sera z niebieską pleśnią
(na 4 osoby)
Grecja, oprócz brei z wina zabielonego mąką (i niekiedy podkręconego ziołami, np. miętą) oraz wołowiny (też uważali krzyżową za najlepszą część) spieczonej na wiór na żywym ogniu, pozostawiła nam genialne i do dziś popularne pomysły jedzeniowe: kozi ser z figami i orzechami oraz oliwki, jedzone z serem albo kawałkiem placka. Przyznam, że choć w życiu zjadłem ich zapewne już tonę, to do niedawna nie przychodziło mi do głowy, żeby cokolwiek zrobić z solanką, w której się moczą.
Trzeba było dopiero Amerykanów, którzy taką mają już urodę, że nie boją się przekraczać granic naszym uwikłanym w tradycje zdaniem nieprzekraczalnych. Owszem, wiedziałem od dawna, że solankę stosują do dirty Martini, czyli udziwnionej wersji koktajlu z ginu i wermutu, których James Bond nie pozwala mieszać. Niedawno w czeluściach internetu odnalazłem jednak pomysł, by to przełożyć na język makaronowy. Zróbmy więc to danie w hołdzie amerykańskiej „Odysei”. Powiem wam, że wcale niegłupio smakuje.
Na dużej patelni podgrzewamy łagodnie na oliwie rozgnieciony ząbek czosnku. Po paru minutach dodajemy posiekane z grubsza oliwki i połowę skórki otartej z cytryn. Dusimy na średnim ogniu dwie-trzy minuty, kiedy wszystko będzie już ładnie pachnieć, wlewamy gin albo wódkę, zwiększamy ogień, odparowujemy, wlewamy solankę, dodajemy masło, mieszamy chwilę.
Do tak przygotowanego sosu przekładamy ugotowany w mało osolonym wrzątku al dente makaron, mieszamy intensywnie, podlewając wodą, w której się gotował, żeby wszystko uzyskało kremową konsystencję. Wyłączamy ogień, wkruszamy nieco sera, trochę mieszamy (ale nie aż tak, żeby się całkiem rozpuścił). Możemy też wstrząsnąć patelnią.
Na wydaniu dodajemy resztę skórki oraz opcjonalnie sok z jednej cytryny (ja w każdym razie lubię wersję kwaśniejszą). Amerykańskie przepisy przewidują oczywiście użycie tłustej śmietanki, ale, na Zeusa, musimy chyba zachować jakieś resztki godności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










