Jeden do siedmiu to nie jest chyba obiecujący bilans bramek przed ostatnią niedzielną rundą meczów, ale matematyka, jak wiadomo, jest obojętna na nasze nadzieje i desperacje – zawsze powtarzam, że nie trzeba jeździć do Indii po nirwanę, starczy przysiąść nad zbiorem zadań do matury rozszerzonej.
No i z tabelki wynika matematycznie, że drużyna Curaçao, która nagle wyskoczyła nam z flaszki z niebieskim likierem, może podskoczyć na drugie miejsce w grupie. Zaraz mnie Michał Okoński zruga, że niepotrzebnie bawię się marginaliami, gdybologią, odciągając uwagę od ważnych meczów, toteż zostawiam mu temat. Pewniej czuję się, buszując w innych tabelkach, np. protokole głosowań europarlamentu. Znacie na pewno mój perwersyjny feblik, kocham tę instytucję, gdzie ludzie działają, jakby się opili zielonkawego absyntu czy innego szaleju.
PiS, lewactwo, oszołomstwo i wspólne głosowanie
Parę dni temu delegacja naszego PiS-u zagłosowała razem ze wstrętnym jej lewactwem, dżenderem i ekooszołomstwem, i to mimo że wcześniej inni deputowani z grupy EKR, czyli konserwatystów i reformatorów, pomagali przepchnąć w negocjacjach właśnie procedowaną ustawę.
Ale tamci to byli deputowani włoscy, widocznie bardziej reformatorscy, nasi zaś ewidentnie obstawiają konserwę. Nie rzucają ziemi, choć muszą latać do Brukseli podpisać listę, bo nie będzie diety, a twierdzą im jest każdy próg, szczególnie wyborczy. Być może policzyli sobie, że złowią nieco głosów na akwenach konfederackiej kołtunerii, próbując uwalić na ostatniej prostej doniosłą nową regulację męczoną w instytucjonalnych i lobbystycznych korowodach już trzy lata.
Unia wreszcie zreformowała swoje przestarzałe prawodawstwo dotyczące żywności modyfikowanej genetycznie. Dotychczasowe przepisy (będące de facto całkowitym zakazem, ubranym w serię piramidalnych wymogów i ograniczeń) powstały w czasach, gdy wieże WTC jeszcze stały na Manhattanie jako symbol końca historii.
W kwestii historii, to wróciła ona szybko na pierwszy plan, ale tylko jako seria powtórek z wariacjami wszystkich najgorszych spłowiałych scenariuszy. Tymczasem biotechnologia przez ten czas poczyniła realne, dające nadzieję postępy.
Bydło bez rogów i popychanie ewolucji
W interesującym nas tu obszarze chodzi przede wszystkim o tanią i prostą technikę tzw. edycji genów, znaną pod akronimiem CRISPR-Cas9.
Jej twórcy już zdążyli dostać Nobla, a nam w perspektywie straganu wystarczy wiedzieć, że dają one precyzyjne nożyczki i dłutko, pozwalające np. przenosić kawałeczki genomu między różnymi odmianami tego samego gatunku rośliny lub zwierza, albo wyciszać geny tak, by w końcowym efekcie uzyskać np. zboże o niższej zawartości glutenu, pomidory pełne wartościowego aminokwasu czy rozmaite inne plony bardziej odporne na suszę lub choroby. Albo np. bydło bez rogów – co oszczędza zwierzętom bólu przy ich obcinaniu.
To, co ważne: nie następuje tu żadne mieszanie gatunków, dlatego mówi się o nowych roślinach, iż są cisgeniczne, w odróżnieniu od „oldskulowego” GMO, dającego organizmy transgeniczne (może ten trans- i cis- podziałał tak sugestywnie na korę przedczołową posłów PiS).
Po drugie, dla urzędników unijnych pierwszorzędnym kryterium dopuszczenia na rynek jest fakt, iż tzw. nowe techniki genetyczne dają wyłącznie zmiany, jakie mogłyby zaistnieć samoistnie w przyrodzie – tyle że przypadkowo, za ileś tysięcy lat itd.
Tu zaś jakbyśmy delikatnie popychali palcem ewolucję w pożądanym kierunku. Dlatego też często mówi się o „wspomaganej ewolucji”, i ja ten termin lubię.
Wchodzą w ich skład rozmaite działania, np. pasjonujący mnie po godzinach projekt przenoszenia zamrożonych gamet koralowców z Curaçao na Florydę, żeby pomóc tym cennym organizmom szybciej się przemieszczać, z widokiem na ich większą odporność w cieplejszej wodzie. Albo poddawanie roślin takim warunkom wzrostu, żeby miały w ciągu roku sześć cyklów owocowania, co pozwala szybciej selekcjonować rokujące kombinacje.
Ostrożnie z eugeniką
To jest tak zwane „selektywne rozmnażanie”. Cierpnie wam wasza eco-friendly organiczna skóra? Ależ przecie to nic innego jak poczciwe krzyżówki w sadzie i warzywniku, tyle że przyspieszone.
Ktokolwiek ceni sobie różnicę między wczesnymi papierówkami (juhu, to już za kilka dni!) a malinówkami z końca września, nie powinien reagować obronnie.
Wasz ulubiony arbuz bez pestek to dziecko mutagenezy indukowanej chemicznie – używa się toksycznej kolchicyny, żeby osiągnąć bezpłodność. Lubicie pewnie ryż do risotta – Włosi już od dawna katowali swoje odmiany trującym metasulfonianem etylu, by uzyskać genetyczną zmianę dającą roślince odporność na herbicydy niezbędne w uprawie, bo przecież pole ryżowe to nie jest żaden „naturalny” ekosystem.
A jednak takie praktyki nie wywołują pikiet i manifestacji, nie pojawiają się na spiskowych fanpejdżach. Może po prostu wizja „mutantów”, psów z łbem świni, lepiej się nadaje do podsycania lęków, magicznych w nas odruchów chowania się z powrotem w wody płodowe praludzkości.
Rzeczywistość jest skomplikowana, ale potrafilibyśmy ją zrozumieć i ocenić w większym stopniu, gdyby nie zbyt gorliwi dilerzy tępych uproszczeń.
Czy jakaś technika wspomaganej ewolucji przydałaby się też ludziom, byśmy płodzili pokolenia mniej podatne na zbajerowanie? Zanim mi zarzucicie ohydne ciągoty ku eugenice, powiem wam, że raczej nie warto w to iść. Boję się, że na każdą mniemaną poprawkę ludzkość zaraz znajdzie jeszcze gorszy wytrych. Jesteśmy cierpkim jabłkiem i nic nas już nie posłodzi.

Gazpacho arbuzowe
400 g miąższu arbuza
Dwa duże pomidory bez skóry
Mała szalotka lub czerwona cebula
Trzy garście miękiszu białego chleba
Biały ocet winny
Oliwa
Feta
Nigdy w dziejach naszej rubryczki – sięgających, przypominam, czasów, kiedy piliśmy „za najwyższego przywódcę, oby żył wiecznie” pomerola, ulubiony rocznik 2008, ustami naszego wysłannika, obecnego wicepremiera i jakoś trudno ocenić, ile od tego czasu się zmieniło – nie pojawiły się papierówki. Bo po prawdzie, co można z nimi zrobić? Poza zjedzeniem kilku ze smutkiem właściwym dla pierwszych dni po przesileniu, kiedy przez lornetkę widać już jesień.
Podobnie antonówki, też już szykujące się na drzewach do dojrzałości – z nich będzie można zrobić pierwszą świeżą szarlotkę, ale jeszcze nie oszalałem z pychy, żeby wam opowiadać, jak się ją piecze, każdy i każda z was wie najlepiej. Tymczasem dzięki mutagenezie oraz logistyce mamy w sklepach całkiem porządne arbuzy. Bez pestek. Co akurat pomoże w przygotowaniu gazpacho, o czym za chwilę.
Teraz jeszcze tylko wam poradzę, że jeśli robicie grilla, możecie zapunktować u gości, przypiekając grube na ok. 3 cm plasterki tegoż arbuza, wcześniej polane suto stopionym masłem (żeby za szybko nie stracił całej wody i nie zniknął) i nasączone winem typu madera czy marsala. Grillujemy 2-3 minuty na stronę, tyle żeby pojawiły się apetyczne zwęglone ślady rusztu. Arbuz w takim podpieczonym wydaniu lubi się nie tylko z miętą, ale też z drobno posiekanym estragonem albo rozkruszonymi suszonymi kwiatami rumianku (te są lekko gorzkie i całkiem smaczne, szkoda, że traktujemy je tylko leczniczo).
Trochę to bez sensu, ale ładnie wygląda. Za to gazpacho jest znacznie prostsze – i na pewno daje więcej frajdy. Zwłaszcza w dni, kiedy jest taki upał, że żaden rozsądny człowiek nie rozpali grilla.
Moczymy parę minut chleb w mieszaninie woda-ocet 1:1, odciskamy. Pomidory kroimy w kostkę, solimy i dajemy na sito na kwadrans, żeby puściły wodę. Miksujemy wszystkie podane składniki, jak najkrócej, dolewając cienką strużką dwie-trzy łyżki dobrej, gorzkawej oliwy, doprawiamy solą i pieprzem i koniecznie chłodzimy w lodówce.
Na wydaniu oczywiście klasyk – czyli pokruszona feta lub ser szopski. Albo w wersji wegańskiej, zamiast serów, do podkręcenia świeżo utarta skórka cytryny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











