O Donaldzie Nadętym. Co nam smakowało w PRL-u, a teraz tego już nie ma

Nie wiem, czy ktoś robił rankingi marek gum do żucia pod względem ich zdatności do tworzenia balonów, w każdym razie my, dzieci PRL, marzyliśmy o Donaldzie. I coś nam to teraz przypomina.
Czyta się kilka minut
Malowanie dna sadzawki przed mauzoleum Lincolna. Waszyngton, 14 maja 2026 r. // Fot. Evelyn Hockstein / Reuters / Forum
Malowanie dna sadzawki przed mauzoleum Lincolna. Waszyngton, 14 maja 2026 r. // Fot. Evelyn Hockstein / Reuters / Forum

Osiemdziesiąt sześć i czterdzieści siedem – nie tylko u kabalistów liczba wypowiedziana w niewłaściwej chwili przez niedouczonego adepta może okazać się przekleństwem, sprowadzić katastrofę. W tym przypadku lekkomyślne użycie wymienionych numerków może was pozbawić wizy amerykańskiej lub narazić na deportację. Czterdziesty siódmy prezydent to oczywiście Donald Trump, a tak zapisany szyfr jest życzeniem prędkiego jego odejścia.

Tajemnica kuchennych kodów

Rzecz to wiadoma w gronie pasjonatów książek i filmów o amerykańskiej gastronomii (właśnie były urodziny nieodżałowanego Anthony’ego Bourdaina!), że kod 86 oznacza w slangu pracowników zaplecza „danie spada z karty” albo „do wywalenia”. 81 to szklanka wody, a 89 to „bardzo ładna klientka” – rzecz jasna w dusznych kuchniach lub zmywakach padłoby zgoła inne wyrażenie. 

Sądzę, że nadal do takich miejsc nie dotarły przemiany poprawnościowe, jakkolwiek wspomniany Bourdain bardzo pod koniec życia kajał się za knajackie opowieści. 86 47 jest zatem amerykańskim odpowiednikiem tego, co rosyjskojęzyczni Ukraińcy wyrażają kombinacją liter PTN PNCh – oczywiście zapisanych cyrylicą.

Jakiś agent sił wrogich szczęściu Ameryki niedawno wypalił te liczby na trawniku w obrębie kompleksu parkowego National Mall w Waszyngtonie. Liczby, co prawda, widać tylko wysoko z góry, a i to ledwo ledwo, robota nie była staranna, efekt osiągnięty tylko dzięki złośliwym mediom. Zupełnie jak z monumentalną, długą na 600 metrów sadzawką przed mauzoleum Lincolna, tuż obok owej nieszczęsnej łączki. 

Pamiętacie ją na pewno, była tłem „najszczęśliwszej chwili w moim życiu” Forresta Gumpa, który biegnie po kolana w wodzie, by się wyściskać z Jenny. Osoby o bardziej patetycznym usposobieniu mogą sięgnąć do archiwalnych zdjęć z marszu, pod którego koniec Martin Luther King, patrząc na tenże akwen, ogłaszał, iż ma pewne marzenie.

Malowanie wody na granatowo

Sadzawka stwarzała problemy od stu lat, jest trudna do utrzymania w czystości, wszystko tam się nadaje do wymiany. Trump obiecał, że załatwi to w dwa tygodnie, i zawołał bez przetargu facetów, którzy robią mu baseny przy polach golfowych. Trochę uszczelniono podłoże i system filtrujący wodę (pochodzi z rzeki, więc jest żywa), a potem dno wymalowano na granat taki jak na fladze, żeby było ładnie i paradnie, w sam raz na 250-lecie niepodległości. 

Cóż, glony zakwitły po paru dniach, a farba z dna zaczęła odpadać płatami. Prezydent twierdzi, że to sabotażyści wleźli nocą w gumiakach i ją pocięli, aresztowano spacerowiczów, którzy się pochylali, by pomacać kawałki. Na razie jeszcze nie doniesiono o zatrzymaniu tych, co sikając perfidnie do sadzawki, wzbogacili ją w życiodajny azot. Próbowano zwalczać życie, lejąc wodę utlenioną z baniaków, ale bez skutku. 

Ten żałosny widok jest słusznie uznawany za świetny symbol ogromu nadęcia tej prezydentury, świetny, bo bezkrwawy, wolno się śmiać.

O jakim Donaldzie marzyliśmy w dzieciństwie

W sumie to ludzie z mojego pokolenia i nawet nieco młodsi powinni do dziś mieć odruchowe skojarzenie imienia Donald z balonem (Panie Premierze, przepraszam, dziś nie o Panu).

Nie wiem, czy ktoś robił rankingi marek gum do żucia pod względem ich zdatności do tworzenia balonów, w każdym razie my, dzieci PRL, marzyliśmy o Donaldzie, bo innych system sprzedaży dewizowej nie rozprowadzał. Z jakiegoś powodu ta zdolność wydęcia ustami różowego balona była najwyższą sprawnością beztroskiego dzieciństwa w latach 70. i 80. (o wcześniejszych niech opowiedzą starsi). 

Sam tego nie umiałem, czułem się gorszy, choć gumy z disnejowskim komiksem trafiały do mojej kieszeni. Spoczywały tam obok oranżadek w proszku wyjadanych z poślinionej dłoni i przeróżnych, całkiem chyba smacznych cukierków, które poznikały nam z imaginarium współczesnego łakomstwa. 

Kiedyś to było – kiszonki, weki, marynaty

Na ten zanik zwrócił mi uwagę Łukasz Modelski w swej książce „Paprykarz z prodiża”. Często przywołuję tego autora, erudytę, a zarazem bonwiwanta, bo jest jak mój bliski, tyle że mądrzejszy i pracowitszy kuzyn w dziele oddawania słowem smaków i obyczajów. 

Tym razem dał nam opowieść o wszystkich „ikonach” peerelowskiego jedzenia, choć ikona to może zbyt piękne słowo, często to była zdarta kalkomania. Ale gdyby tylko tyle, to bym was nie zachęcał, bo każdy i każda z nas potrafi bez pomocy książek zbudować sobie ołtarzyk nostalgii za geesowskim chlebem czy twarogiem ze szmaty.

W tej książce jest wiele więcej niż nostalgia podszyta rytualnym westchnieniem „ale było ciężko” (cóż, w kolejkach stali rodzice): jest sporo trafnych uwag o tym, jak posiłek w PRL, jego formy i składniki były, owszem, efektem niewydolnej gospodarki i ideologii, ale przy tym wpisywały się w jakiś nasz, tutejszy i bardzo wolno zmieniający się arcypolski tryb jedzenia.

Czyż nie było tak, że bardzo złe zaopatrzenie zapewniało rozkwit wielkiej, ginącej dziś sztuki marynowania, kiszenia i wekowania? Czyż nie jest tak, że wyćwiczeni w zabawie w chowanego, jaką uprawiała z nami propaganda, nauczyliśmy się rozumieć, że w produkcie jego nazwa i to, co się próbuje nam przez nią wcisnąć, jest drugorzędne wobec materialnej prawdy o jego smaku?

Salami – czy to ser, czy wędlina

Nazwy odzyskały swoje znaczenie i salami to wędlina, a nie tylko walcowaty ser, który zresztą, jak przypomina książka, smakował raczej jak kaszkawał (przy czym ówczesny kaszkawał z kolei nie przypominał tego, co dziś jemy jako caciocavallo). Ale więcej w historii polskiego smaku jest ciągłości, której moje i wasze pokolenia jesteśmy często nieświadomym nośnikiem, co brzmi dumnie. Ta książka przywraca, być może jako jedna z ostatnich, jakąś podstawową godność naszym sponiewieranym oranżadką podniebieniom w świecie na pewno bogatszym w smaki, ale może uboższym w radość.

Czekoladowe salami // alexanderon / Adobe Stock

Salami czekoladowe

300 g herbatników petit beurre (nie muszą być wcale te najlepsze)

120 g cukru

130 g masła

5 łyżek kakao

2 jajka

rum

Nie wypieram się, jadam ser salami – zwłaszcza ten z Radzynia Podlaskiego – choć zdaję sobie sprawę, że to jest inna półka i nie należy go kłaść obok np. mojej ulubionej młodej goudy, od jakiej uzależnił mnie Alex, niderlandzki łącznik na targowisku przy Fortecy. Po prostu pewne porównania są bez sensu, a każda rzecz z osobna ma swoją, no właśnie, godność.

A co się tyczy salami, to nie my jedni nadużywamy tej nazwy dla określenia rzeczy o kształcie walca. Włoskie dzieci do dziś jadają salami czekoladowe, które w Piemoncie nazywa się nawet „salami papieskim” (prawdopodobnie z racji tego, że to udawana kiełbasa, którą można jeść w poście). 

W archiwum „Tygodnika” możecie znaleźć przepis z topioną czekoladą, dziś spróbujemy wersję bardziej wytrawną, w sumie łatwiejszą, bo nie trzeba ucierać masła z cukrem, ale – uwaga! – tak czy siak się przy pracy mocno pobrudzicie, załóżcie fartuch i miejcie pod ręką mokrą ścierkę.

Kruszymy herbatniki, łączymy dokładnie z cukrem i kakao. Dodajemy rozkłócone jajka, mieszamy (na początku będzie trudno), wlewamy stopniowo stopione wystudzone masło, dalej mieszamy, dodajemy łyżeczkę rumu (jeśli deser będą jedli tylko dorośli). 

Kiedy masa będzie jednolita, dzielimy ją na pół, każdą połówkę formujemy w wałek o przekroju ok. 4 cm na arkuszu papieru do pieczenia, bardzo szczelnie zawijamy (możemy dla ułatwienia na tym etapie przenieść na folię aluminiową), wkładamy na parę godzin do zamrażarki. Kiedy stężeje, przekładamy do lodówki. Na wydaniu, żeby przypominało salami i jego białą pleśń, posypujemy cukrem pudrem. Wersja „papieska” z Piemontu przewiduje zastąpienie połowy herbatników siekanymi orzechami laskowymi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Donald Nadęty