Odszedł papież pełen sprzeczności. Argentyńska przeszłość Franciszka

Problemów przysparzał od małego: rodzicom, kolegom, lekarzom, przełożonym zakonnym – ale też podwładnym. W Argentynie musiał się zmierzyć z oskarżeniami o autorytaryzm – i współpracę z juntą. Wiele przepracował na terapii.
Czyta się kilka minut
Papież Franciszek na placu Świętego Piotra. Watykan, 27 marca 2020 r. // Fot. Abaca / PAP
Papież Franciszek na placu Świętego Piotra. Watykan, 27 marca 2020 r. // Fot. Abaca / PAP

Najchętniej opowiadał swoje życie, przywołując twarze. Babci Rosy, sąsiadki Marii, pielęgniarki Cornelii, spowiednika Duartego czy przyjaciółki Esther – komunistki, którą po latach będzie próbował wydostać z więzienia. Torturowana i wyrzucona z samolotu do oceanu, była jedną z tysięcy ofiar junty generała Videli.

„Może zrobiłem za mało?” – pytał sam siebie w jednej z książek biograficznych.

Spokojne dzieciństwo przyszłego papieża

Był trzylatkiem, gdy wybuchła II wojna światowa. „Miałem szczęście, bo tragedia nie dosięgła Argentyny” – pisał, wspominając beztroskie dzieciństwo, w którym słowo „wojna” kojarzyło się z listami przychodzącymi od krewnych z Europy i rozmowami dorosłych.

Uruchamianie odtwarzacza...

Argentyna była państwem stabilnym, bezpiecznym i coraz bogatszym, także dzięki złotu zrabowanemu w Europie i zdeponowanemu przez nazistów, którzy znaleźli tu schronienie.

Miał lat dziewięć, gdy sąsiadka Maria przybiegła z wiadomością, że wojna się skończyła. Przez ten czas w jego rodzinie pojawiła się trójka młodszego rodzeństwa: bracia Oscar i Alberto oraz siostra Marta. Ostatnia z sióstr, Maria Elena, żyjąca do dziś, urodziła się w 1948 r.

Rodzice byli włoskimi imigrantami. Mama, Regina, w drugim pokoleniu – urodziła się już w Buenos Aires. Ojciec, Mario, przyjechał tam w 1929 r. jako młody chłopak, z rodzicami i rodzeństwem, śladem wielu Włochów uciekających przed kryzysem gospodarczym i militaryzacją czasów Mussoliniego.

Jako papież wspominał coniedzielne obiady w domu dziadków, na które schodziła się cała rodzina – wujostwo, kuzyni – ponad 30 osób. Dziadek Giovanni był stolarzem. Robił meble, śpiewał arie operowe, w sierpniu kupował indyka, którego przez kolejne cztery miesiące karmił orzechami i oliwą, a dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia dodatkowo poił koniakiem, żeby mięso miało lepszy smak.

Babcia Rosa uczyła go modlitwy, katechizmu i religijnej tolerancji (w katolickiej Argentynie niezbyt częstej). To ona miała największy wpływ na jego wychowanie. I największą w rodzinie cierpliwość dla upartego wnuka.

Rodzeństwo papieża Franciszka

W niedzielne popołudnia chodzili całą rodziną na mecze San Lorenzo, piłkarskiego klubu założonego z początkiem XX wieku przez salezjanina, który chciał zapewnić godziwą rozrywkę małym ulicznikom z ubogich dzielnic stolicy. W 1946 r. drużyna zdobyła po raz pierwszy mistrzostwo Argentyny, a jej piłkarze zostali idolami młodych mieszkańców Almagro, Caballito, Boedo czy Flores, gdzie mieszkała rodzina Bergogliów.

Okiełznanie trzech domowych urwisów było dla rodziców nie lada wyzwaniem, z którym radzili sobie właściwymi dla tamtego czasu sposobami. Lanie paskiem nie było rzadkością – za złe odnoszenie się do nauczycieli, wiązanie sznurka na szyi dziadkowego indyka czy skoki z balkonu z parasolem udającym spadochron. Bracia Bergoglio byli charakterni, pomysłowi i zaradni. I twardzi. Jorge, karany przez rodziców, zagryzał wargi i starał się nie uronić łzy. Pamięta, że płakał tylko raz – gdy rodzice pokłócili się i matka wyszła z domu. Jako ksiądz, biskup i papież – apelował wiele razy do małżonków, by nie kłócili się w obecności dzieci.

Z rodzeństwem był mocno związany. Szczególnie z młodszym o dwa lata Oscarem, który miał liczną rodzinę – dwukrotnie żonaty, był ojcem ósemki dzieci. „Gdy chorował i leżał w szpitalu, odwiedzały go obie żony. Potem, na pogrzebie, widziałem, jak ta pierwsza serdecznie uściskała drugą, wdowę” – opowiadał.

Esther Ballestrino

Po skończeniu podstawówki (publicznej, bo tylko przez rok, gdy mama chorowała, chodził do szkoły salezjańskiej, która gwarantowała pełne wyżywienie) rozpoczął naukę w technikum chemicznym. Lata szkoły średniej wspominał z sentymentem. „Były najważniejsze w moim życiu. Wtedy zdobywałem doświadczenie w pracy i miłości, wywinąłem się śmierci i odkryłem powołanie”. Z rówieśnikami chodził do kina i do baru, grać w bilard i tańczyć tango. Godzinami dyskutowali o muzyce, książkach i polityce.

Za dobre wyniki w nauce dostał stypendium od prezydenta Peróna, którego – jak większość Argentyńczyków – uważał za narodowego bohatera i obrońcę klasy pracującej. Jak większość Argentyńczyków zachwycał się też dobrocią, troskliwością i urodą jego żony, słynnej Evity Duarte. Raz nawet miał okazję zobaczyć ich na własne oczy, podczas państwowej uroczystości w Teatro Colón, w której uczestniczył jako szkolny chorąży.

W wakacje pracował – zmywał podłogi w fabryce obuwia, sprzątał podejrzanej reputacji knajpę – i odbywał praktyki w laboratorium. Tam poznał Esther Ballestrino, paragwajską biochemiczkę, działaczkę polityczną, która dawała mu do czytania partyjne czasopisma i przynosiła wiadomości z procesu Rosenbergów (para amerykańskich komunistów, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz ZSRR i skazanych na śmierć w 1953 r.), których losem oboje byli przejęci. „Esther była prawdziwą komunistką i ateistką, ale szanującą religię. Nauczyła mnie myśleć” – opowiadał po latach.

Wrażliwość społeczna i wybuchowy charakter były przyczyną wielu konfliktów, także rodzinnych. Miał 16 lat, gdy podczas rodzinnego obiadu oblał wodą z syfonu wuja, który pogardliwie wyrażał się o czarnoskórych robotnikach i reputacji pani prezydentowej („tej aktorki”).

Spowiedź, podczas której odkrył powołanie

Był pierwszy dzień wiosny, 21 września 1953 r. Jorge z kolegami wybierali się na piknik poza miasto. W drodze na dworzec autobusowy wstąpił do kościoła św. Józefa. Nie planował tego. W konfesjonale zobaczył nieznajomego księdza. Podszedł.

„Nie potrafię opisać tego, co się wydarzyło – wspominał. – Nie czułem się jak rażony piorunem, ale wyszedłem z kościoła całkowicie odmieniony. Poczułem, że Bóg mnie woła, i nigdy już nie miałem co do tego wątpliwości”.

Nie pojechał na piknik. Wrócił do domu, do szkoły, do pracy. Z nieznanym spowiednikiem, który nazywał się Carlos Duarte Ibarra, spotykał się potem jeszcze przez kilka miesięcy. Jezuita pochodził z oddalonej o 800 kilometrów prowincji Corrientes, chorował na białaczkę, leczył się w stołecznym szpitalu wojskowym i mieszkał w domu księży we Flores. Zanim został księdzem, był aktorem teatralnym. Zmarł ponad rok później.

Choroba, zakochanie i jezuici

W 1956 r. Jorge wstąpił do diecezjalnego seminarium. Rok później zachorował na grypę, jak większość kleryków, ale w odróżnieniu od kolegów długo nie wracał do zdrowia. Tygodniami leczony był przez pielęgniarza, który wcześniej pracował jako maszynista lokomotywy. Gdy stan się pogarszał, trafił do szpitala, gdzie usunięto mu płyn z płuc. Wiele razy powtarzał, że życie zawdzięczał siostrze Cornelii, pielęgniarce i dominikańskiej zakonnicy, która na własną rękę podawała mu dwukrotnie większą dawkę antybiotyków, niż zalecili lekarze. Powoli wracał do zdrowia, rekonwalescencję odbywał w rodzinnym domu. W seminarium już się nie pojawił.

„Nigdy nie straciłem powołania, nigdy nie przyszło mi do głowy, by się ożenić” – pisał po latach. „Choć zdarzyło mi się błądzić myślami za dziewczyną, która zawróciła mi na chwilę w głowie podczas wesela jednego z moich wujów. To było zupełnie naturalne i byłbym nienormalny, gdybym nie przeszedł przez coś takiego. Trzeba było wszystko na nowo przemyśleć. Zmagając się z samym sobą, pozwoliłem, by powołanie wybrało mnie raz jeszcze”.

Wycięto mu fragment prawego płuca. Po wyjściu ze szpitala zgłosił się do nowicjatu jezuitów. „Wybrałem Towarzystwo Jezusowe, bo podobał mi się jego charakter misyjny, wspólnotowy i dyscyplina. To paradoks, bo sam z natury byłem bardzo niezdyscyplinowany”.

Tajemnicze lata zakonne ojca Bergoglia

O jego długiej drodze do kapłaństwa (święcenia otrzymał w 1969 r., w 33. roku życia, po 14 latach od wstąpienia do seminarium) niewiele wiemy. Wprawdzie w dwóch ostatnich latach pontyfikatu ukazały się trzy książki – wszystkie reklamowane jako „autobiografie”, choć każda powstała dzięki pracy dziennikarzy nagrywających i redagujących wspomnienia papieża – ale zawarta w nich opowieść, bogata w szczegóły, jeśli chodzi o etap dzieciństwa i młodości, potem staje się oszczędna. Franciszek niechętnie opowiada, co myślał, czuł i przeżywał jako nowicjusz i kleryk – wspomnienia z tych okresów ograniczają się do suchych faktów i dat, albo drobnych obrazków, powtykanych w opisy wydarzeń politycznych czy społecznych.

Jeszcze mniej wiemy o okresie, w którym był prowincjałem zakonu (1973-1979), w latach prawicowej dyktatury gen. Videli. W 2005 r. pojawiły się w argentyńskich mediach oskarżenia, że wydał władzom dwóch jezuitów – o. Orlanda Yorio i Franza Jalicsa, którzy mieszkali i pracowali wśród najbiedniejszych w fawelach, co junta uznała za działalność wywrotową. Obaj księża zostali porwani przez służby, przez pięć miesięcy byli więzieni (bez procesu) i torturowani.

Oskarżyciele nie znaleźli jednak w archiwach żadnych dokumentów, które potwierdzałyby udział o. Bergoglia w aresztowaniu jezuitów. O. Jalics po latach stwierdził, że Bergoglio nie donosił na nich do władz (Yorio zmarł w 2000 r.). Miał do przełożonego jedynie żal, że „nie zrobił wystarczająco dużo, by ich obronić”.

Czas dyktatury

Sam Franciszek wielokrotnie tłumaczył, że zakonnicy nie zastosowali się do polecenia przełożonych (jego i generała zakonu), by opuścić fawelę i wrócić do klasztoru. Zostali usunięci z zakonu (jeden z nich, o. Jalics, po latach powrócił), ale mimo to on, jako prowincjał, zaoferował im schronienie w jezuickim kolegium, gdy spodziewano się ich aresztowania. „Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. Rozmawiałem z admirałem Masserą, ponieważ wieść niosła, że obaj ojcowie zostali aresztowani przez marynarkę wojenną, a także z generałem Videlą, u którego w sobotnie popołudnie odprawiłem mszę”.

Opowiadał też o pomocy, jakiej udzielał innym osobom poszukiwanym przez juntę, które uratował od więzienia i śmierci. O ludziach, których przewoził nielegalnie przez granicę. O książkach należących do Esther – wśród których było wiele pozycji marksistowskich – przechowywanych przez niego w jezuickim kolegium.

Niewiele za to mówił o własnej „dyktaturze”, jaką miał zaprowadzić w Towarzystwie Jezusowym. Trochę na ten temat dowiadujemy się z dalszych opowieści, gdy wspominał swój pobyt w Cordobie, gdzie został przeniesiony w 1990 r. Nie ukrywa, że było to „karne zesłanie”, a nawet odwet nowych władz zakonnych za lata sprawowanej przez niego władzy. Dowiemy się, że był przełożonym autorytarnym, jednostronnym i impulsywnym, a jego decyzje bywały nie tylko błędne, ale też opresyjne i krzywdzące. Powodem, jak mówił, był jego porywczy temperament i młody wiek (prowincjałem został, gdy miał 36 lat).

Twierdził też, że niektórym zakonnikom nie podobał się jego wpływ (najpierw jako prowincjała, potem rektora kolegiów jezuickich, w końcu kierownika duchowego) na młodych jezuitów. Chcąc uniknąć oskarżeń o rozbijanie prowincji, poprosił o pozwolenie na wyjazd do Niemiec, gdzie miał kończyć doktorat. Po sześciu miesiącach, gdy doszły go słuchy, że będzie skierowany do Rzymu, wrócił do Argentyny. To wtedy wysłano go na odosobnienie.

Biskup Bergoglio

W Cordobie był zamknięty, małomówny, nie odzywał się do współbraci, preferując towarzystwo personelu świeckiego. Rozgłaszano plotki, że ma problemy psychiczne (jako prowincjał korzystał przez kilka miesięcy z pomocy psychoterapeutki, czego nigdy nie ukrywał). Do jego obowiązków należała opieka nad starszymi i chorymi zakonnikami, których mył, ubierał i karmił. Nie uważał tego za karę czy upokorzenie, raczej za okazję do oczyszczenia i przemiany. Jak przyznawał w biografiach – przemyślał błędy, odbył pokutę, odnalazł miejsce w zakonie. Miał też dużo czasu na lekturę – przeczytał wszystkie prace Ratzingera o niemieckim teologu Romano Guardinim i 37 tomów „Historii papieży”.

Po dwóch latach nuncjusz apostolski, którego znał i z którym przez lata współpracował, poprosił go o powrót do stolicy. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym, a sześć lat później – arcybiskupem Buenos Aires.

Już wtedy – po raz pierwszy – zrezygnował z apartamentu w pałacu biskupim, wybierając niewielkie mieszkanie przy katedrze, w którym sam sobie gotował i sprzątał. Rzadko używał służbowego samochodu, częściej korzystając z miejskich autobusów i metra, gdzie widywano go z książką lub różańcem w ręku. Zgodnie z wieloletnim zwyczajem (od czasu nowicjatu) raz w tygodniu odwiedzał najbiedniejsze dzielnice, gdzie spotykał się z wiernymi i odprawiał dla nich msze.

Tego samego wymagał od księży, dlatego wielu wspominało go jako biskupa autorytarnego, surowego i krytycznego wobec urzędniczego czy klerykalnego stylu. W kazaniach i homiliach, mówionych prostym, pełnym życiowych przykładów językiem, unikał tematów politycznych, ale też najbardziej kontrowersyjnych, jak aborcja czy małżeństwa homoseksualne (w 2010 r. sprzeciwił się ich legalizacji w Argentynie – ostro podczas bezpośrednich spotkań z politykami, w dość stonowanej formie w wypowiedziach publicznych). Wiele razy powtarzał, że Kościół nie powinien być utożsamiany z „kulturą zakazów”.

Duszpasterz, teolog, organizator

Trudno nie wspomnieć o roli, jaką odegrał podczas V Konferencji Episkopatów Ameryki Łacińskiej i Karaibów w 2007 r. Została zwołana przez Benedykta XVI, jako kontynuacja wcześniejszych, istotnych dla Kościołów tego regionu konferencji w Medellín (1968), Puebla (1979) i Santo Domingo (1992). Miała przygotować strategię działania duszpasterskiego w kontekście wzrostu ubóstwa, globalizacji, postępującej sekularyzacji.

Wybrano go przewodniczącym komitetu redagującego dokument końcowy z konferencji, która wzywała Kościół, by stał się bardziej misyjny, otwarty i „wychodzący na peryferia”, apelowała o docenienie ewangelizatorskiej roli świeckich, przyjęcie „preferencyjnej opcji na rzecz ubogich”, podjęcie odpowiedzialności za „całe stworzenie” i walkę z niesprawiedliwymi strukturami społecznymi.

Bergoglio (od 2001 r. kardynał) wyjechał z konferencji z opinią człowieka skromnego, ale zdolnego do budowania konsensusu, łączącego teologię z doświadczeniem duszpasterskim, umiejącego myśleć analitycznie i strategicznie. A przede wszystkim – współautora „duszpasterskiej rewolucji”, która miała dokonać się w Kościele.

O czym sześć lat później kardynałowie – szczególnie ci z Ameryki Łacińskiej – dobrze pamiętali podczas niespodziewanego konklawe.

Korzystałem z książek: Papa Francesco, Francesca Ambrogetti, Sergio Rubin „Non sei solo”, 2023; Papież Franciszek „Życie. Moja historia w Historii”, 2024; Franciszek „Nadzieja. Autobiografia”, 2025.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP Historia Papież Franciszek

W druku ukazał się pod tytułem: 14 Korzenie