Akwafort jest 33 – tyle, ile lat ziemskiego życia Jezusa. Choć nie im są poświęcone. Vaidotas Kvašys wykorzystał symboliczną liczbę do zilustrowania wizji s. Faustyny opisanych w „Dzienniczku”. Grafiki zapełniają wykrzywione twarze grzeszników pokutujących w czyśćcu, diabłów czyhających na biednego człowieka, dziewczyn „moralnie upadłych”, których edukacją i resocjalizacją zajmowały się zakonnice. Nad nimi wszystkimi – Boże Miłosierdzie.
Wystawę można oglądać w „Domku Faustyny” na wileńskim Antokolu, w jednym z budynków, jakie pozostały po tamtejszym klasztorze.
Faustyna Kowalska: zakonnica drugiego sortu
Wizji doświadczała już wcześniej. Nawet zanim wstąpiła do zakonu. Gdy była w klasztorze w Płocku, Jezus kazał jej namalować swój obraz. Rok później, w Krakowie, zażądał, by została „sekretarką Bożego Miłosierdzia”. W maju 1933 r. została przeniesiona do Wilna, gdzie od rana do nocy, z przerwą na modlitwy i posiłki, pracowała w ogrodzie, czasem pomagała też w kuchni.
Miała 28 lat i była zakonnicą drugiego chóru, choć poprawniej byłoby powiedzieć sortu, bo chodziło o siostry bez wykształcenia i posagu, wykonujące w klasztorach prace fizyczne. Szanse, by przekazywane za pośrednictwem takiej osoby żądania Pana Jezusa zostały spełnione, były niewielkie. A z czasem pojawiało się ich coraz więcej (w Wilnie Faustyna doświadczyła 80 objawień). Chodziło m.in. o ustanowienie święta w Kościele, rozpowszechnienie „koronki do Miłosierdzia Bożego” i założenie nowego zgromadzenia zakonnego.
Niewiele większe byłyby te szanse nawet dziś, choć nie ma już „drugich chórów”, a kobiety pełnią ważne funkcje w Watykanie. W kwestii objawień prywatnych niewiele się zmieniło: prędzej czy później o ich wiarygodności zadecyduje jakiś mężczyzna, zwykle nie jeden. Dlatego i wtedy, i dziś przydaje się ich wsparcie.
Dla Faustyny opatrznościowym mężem stał się ks. Michał Sopoćko – spowiednik, kapelan wojskowy, a co najważniejsze: teolog i wykładowca uniwersytecki. Słowem: kościelny autorytet.
On też nie od razu jej uwierzył (najpierw skierował na badania psychiatryczne), nie chciał też czasu przeznaczonego na spowiedź sióstr poświęcać na wysłuchiwanie zwierzeń tylko jednej z nich. Polecił więc, by zapisywała wszystko w zeszycie. Znalazł też malarza, Eugeniusza Kazimirowskiego, który podjął się stworzenia obrazu według wskazówek Faustyny. A po jej śmierci stał się najgorętszym propagatorem „Dzienniczka” i Bożego Miłosierdzia.
Wilno czeka na pielgrzymów
– Litwa to kraj artystów – mówi o. Jurek Czarniawski ze Wspólnoty Braci św. Jana, który oprowadza mnie po „Domku Faustyny” i wystawie. Znał Kvašysa, autora grafik, zmarłego przed dwoma laty, który mieszkał po sąsiedzku. Znał też wielu innych amatorów sztuki, muzyki i literatury, więc wie, co mówi. Zabiera mnie na antokolski cmentarz i pokazuje kwaterę artystów, gdzie każdy grób to prawdziwe dzieło sztuki.
Trudno nie być wrażliwym na piękno, gdy mieszka się w takim mieście – położonym na siedmiu wzgórzach, nad dwiema rzekami, pełnego kościołów, cerkwi, bożnic, pałaców i parków. Do tego – z powodu białych rzeźb Vaidotasa Ramoški, rozmieszczonych na budynkach urzędów, szpitali i prywatnych domów – nazywanym „miastem aniołów”.
– Szkoda, że Polacy przyjeżdżający do Wilna skupiają się na kilku jedynie miejscach, choć oczywiście pięknych: Ostra Brama, cela Mickiewicza, cmentarz na Rossie, Kościół Piotra i Pawła czy „polski” Kościół św. Ducha – mówi o. Jurek.
Jego słowa potwierdza Raminta Levandraitytė-Matulevičienė z wileńskiego ratusza: – Polacy wciąż stanowią największą grupę turystów w naszym mieście – mówi „Tygodnikowi”. – Ale zwykle przyjeżdżają tylko na jeden dzień, najczęściej autokarami. Tymczasem oferta dla turystów i dla pielgrzymów jest naprawdę bogata.
Miasto przygotowało dla gości kilka tras tematycznych (m.in. Wilno sowieckie, Wilno z lat 90., Wilno żydowskie). Miejscowe Centrum Pielgrzymkowe ma ich aż 14, w tym tę najważniejszą: śladami św. Faustyny i bł. Michała Sopoćko.
Bo przecież tutaj wszystko się zaczęło.
Cena buntu
„Spokojne miasto z buntowniczą duszą” – reklamuje się Wilno.
Na antokolskim cmentarzu pierwszą kwaterą, jaką mijamy, są groby studentów zabitych podczas interwencji Armii Radzieckiej w styczniu 1991 r., dziesięć miesięcy po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości.
Ale „buntowniczą duszę” Wilna widać też w innych miejscach, czasem w bardziej żartobliwej formie. Zarzecze (Užupis), położone w zakolu Wilejki, połączone ze starym miastem dwoma niewielkimi mostami, to dzielnica artystów i buntowników. Blisko 30 lat temu (w 1997 r.) proklamowali tu „niezależną” Republikę Zarzecza, z własną flagą i walutą (mającą pokrycie nie w złocie, ale piwie), prezydentem i rządem (obradującym w najsłynniejszej knajpie) oraz 43-punktową konstytucją, opartą na ideałach wolności i równości.
Zastanawiam się nad buntem Faustyny. Wszyscy piszą, że była posłuszna. Nie kwestionowała poleceń przełożonych i spowiedników. Nie podważała reguły swojego zgromadzenia ani doktryny Kościoła. Ale przecież buntowała się niemal na każdym kroku.
Gdy kazano jej skończyć z wizjami, uznać je za złudzenie albo szatańską pokusę, trwała przy tym, co – jak wierzyła – pochodzi od Boga. Pisała „Dzienniczek” mimo złośliwości i upokorzeń. Podobnie było z obrazem – choć wszyscy wkoło uważali to za fanaberię, dopięła swego. Nie zadowoliła się pierwszym efektem – zgłaszała wiele uwag i domagała się poprawek, bo Pan Jezus nie był tak piękny, jak sobie wyobrażała. Dopominała się, by obraz zawisnął w kościele i stał się przedmiotem kultu. Jej bunt polegał na tym, że była posłuszna bardziej Bogu niż ludziom.
Obraz, którego nie oddano bez walki
Buntowniczą duszę mieli też ks. Sopoćko i czciciele orędzia s. Faustyny. Zwłaszcza w latach 60. XX w., gdy musieli działać w „kościelnej szarej strefie”, po zakazie rozpowszechniania „Dzienniczka” wydanym przez Watykan.
Miały ją też zakonnice z nowego zgromadzenia, które ks. Sopoćko założył w 1944 r., realizując testament s. Faustyny. Przez lata musiały cierpliwie upominać się o miano równoprawnych spadkobierczyń Świętej, zawłaszczonej przez siostry z krakowskich Łagiewnik. Dziś są prężnie działającą wspólnotą zakonną w Polsce, na Litwie i kilku innych krajach.
Buntem wobec zniewalającego systemu była walka o ocalenie wileńskiego obrazu Jezusa Miłosiernego w czasie wojny i sowieckiej okupacji na Litwie. Ukrywano go w kilku świątyniach Wilna i na Białorusi – tak skutecznie, że wszyscy myśleli, że zaginął. Co było przyczyną zamówienia drugiej wersji, tej najbardziej dziś znanej w świecie, u krakowskiego malarza Adolfa Hyły.
„Odnaleziony” oryginał, który od 1986 r. wisiał w Kościele św. Ducha, stał się przyczyną sporu między wileńskimi Polakami a kard. Audrysem Bačkisem. W 2004 r. metropolita Wilna nakazał przenieść obraz do nowo powstałego sanktuarium Bożego Miłosierdzia, przeciwko czemu zbuntowali się polscy wierni. Parafialne straże pilnowały ołtarza dzień i noc, przez kilkanaście miesięcy. W końcu wysłannicy kardynała wynieśli obraz w asyście policji. Czego Polacy do dziś nie mogą Litwinom zapomnieć.
Ale najważniejszy był inny bunt, zapoczątkowany przez Faustynę i kontynuowany przez jej czcicieli. To odrzucenie obowiązującej w Kościele wizji Boga – „sędziego sprawiedliwego, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. I przekonanie wszystkich, że „największym przymiotem Boga jest miłosierdzie”.
Światowy Kongres Miłosierdzia w Wilnie
Co dziś znaczy być miłosiernym – zastanawiali się przez tydzień (6-12 czerwca) uczestnicy Światowego Kongresu Miłosierdzia w Wilnie. Wzięło w nim udział blisko 5 tys. wiernych z całego świata.
Wśród prelegentów kongresu byli prawosławny patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I, kard. Grzegorz Ryś, metropolita krakowski, abp Rino Fisichella z Dykasterii ds. Ewangelizacji oraz wielu duchownych i świeckich, którzy opowiadali o swoim osobistym spotkaniu z Bożym Miłosierdziem. Z prelekcji i warsztatów płynął jeden wniosek: może nie mamy już problemu z miłosierdziem rozumianym jako atrybut Boga, za to dużo trudniej jest nam je realizować w codziennym życiu.
– Chętnie myślimy o Bożym miłosierdziu dla nas, ale nie dla innych – mówi „Tygodnikowi” abp Gintaras Grušas, arcybiskup Wilna. – Dla nich wolelibyśmy Bożą sprawiedliwość. To ludzka reakcja, zwłaszcza gdy ten inny wyrządził nam krzywdę. Kochać wroga nie jest łatwo.
Nigdy nie było. Choć może dziś o miłosierdzie szczególnie trudno. Nie tylko z powodu wojen.
– Nauka o miłosierdziu idzie w poprzek tzw. nowoczesnej kulturze psychoterapeutycznej, która każe nam dbać o własny dobrostan, stawiać granice, akceptować swój gniew i złość. Która chce, by człowiek zawsze był w centrum i by mógł zachowywać się tak, jak jest dla niego wygodne – dodaje arcybiskup. – Tymczasem to Bóg powinien być w centrum, a my mamy się starać do Niego dostosować.
– Trzeba po prostu zacząć – mówi z kolei kard. Grzegorz Ryś. – Ktoś musi zacząć być miłosiernym. Ktoś musi być inny.
Krakowski metropolita przywołał podczas kongresu przykład Karola Goldy, jednego z beatyfikowanych kilka dni wcześniej salezjanów, zamordowanego w Auschwitz za to, że wyspowiadał niemieckiego żołnierza i nie zdradził tajemnicy spowiedzi. Mówił też o Kościele, który traktował miłosierdzie jak nic nieznaczący slogan. A nawet nie miał miłosierdzia, gdy organizował wyprawy krzyżowe, prześladował Żydów, usprawiedliwiał niewolnictwo, współpracował z reżimami.
– Chrześcijaństwo ma dwie twarze. Za obie trzeba wziąć odpowiedzialność – dodał kardynał. – Obydwie są istotne dla rozumienia, co to jest miłosierdzie. Bo jest ono twórczą siłą, zdolną pokonywać zło.
Miłosierdzie po polsku
– Kogo w Polsce obchodzi miłosierdzie – odpowiada żartobliwie krakowski metropolita, gdy mówię mu o statystykach kongresu: najwięcej przyjechało gości z USA i krajów anglojęzycznych (Filipiny), sporo z Włoch i Hiszpanii, mało z Polski (zaledwie 250 osób).
Jovita Valeikaitė La Ferrera, dyrektorka ds. komunikacji kongresu, tłumaczy to bardzo prosto: – Polaków mało interesują wileńskie początki kultu. Macie własne sanktuarium i własny obraz.
To prawda – czcicieli Bożego Miłosierdzia w Polsce nie brakuje, na odpust do sanktuarium w Łagiewnikach przyjeżdża 100-150 tys. wiernych. Ale z drugiej strony bardzo trudno zainteresować przesłaniem s. Faustyny media i kulturę popularną w naszym kraju. Może dlatego, że samo słowo „miłosierdzie” ma u nas mocno religijny i staroświecki charakter, kojarzy się z dobroczynną wyższością.
W przeciwieństwie do języka angielskiego, w którym mercy jest słowem żywym i powszechnym, używanym przez młode pokolenia i w popkulturze (także w zwrocie no mercy). A także włoskiego czy hiszpańskiego, gdzie misericordia brzmi, owszem, nobliwie, ale nie ironicznie czy pobłażliwie, jak po polsku („okazać komuś miłosierdzie”).
O ile pod względem socjologicznym recepcja „orędzia Faustyny” była już nieraz badana w Polsce i na świecie, choćby w kontekście pielgrzymek do Łagiewnik, to jej językowy wymiar wciąż czeka na zgłębienie. Jedno słowo, samo w sobie, może przecież zbudować albo zburzyć wiarygodność tekstu. Semantyka też może mieć wpływ na kult Bożego Miłosierdzia.
Anioły nad Wilnem
Siedzę w wielojęzycznym tłumie na placu za nieczynnym i zdewastowanym Kościołem Serca Jezusowego na Rossie. Wybór tego miejsca na centrum kongresowe nie jest przypadkiem. Przypomina tragiczną historię Wilna. Przed wojną był tu klasztor sióstr wizytek, w domu obok, zwanym kapelanią, mieszkał ks. Sopoćko, a na parterze swoją pracownię miał Eugeniusz Kazimirowski. W 1945 r. Sowieci urządzili w kościele i klasztorze więzienie. Działało do 2007 r.
Próbuję sobie wyobrazić Faustynę, jak przez pół roku, w każdą sobotę rano, idzie tu z Antokolu. Droga w jedną stronę zajmuje jej ponad godzinę. Po tygodniu pracy w klasztorze zanurza się w gwarze wielokulturowego miasta. Wędruje wzdłuż Neris i Wilejki. Mija park i pałac Sapiehów, potem Kościół Piotra i Pawła – wypełnioną po brzegi białymi stiukami perłę baroku, dalej Dolny Zamek, katedra, Uniwersytet Wileński, Cerkiew św. Paraskiewy, klasztor bazylianów, gdzie więziony był Adam Mickiewicz, Ostra Brama.
Wracam do akwafort Vaidotasa Kvašysa. Wiele z nich to panoramy Wilna, z aniołami zasiadającymi na dachach jak wielkie, białe ptaki.
„Widziałam, jak na każdym z mijanych kościołów stał anioł, jednak w bledszym świetle od ducha tego, który mi towarzyszył w podróży. A każdy z duchów, którzy strzegli świątyń, skłaniał się duchowi temu, który był przy mnie” – pisała Faustyna w „Dzienniczku”. To najczęściej tłumaczona i najlepiej sprzedająca się polska książka w świecie. Znam takich, którzy przeczytali ją wiele razy, i takich, którzy nie byli w stanie przez nią przebrnąć, skarżąc się na patos, egzaltację i grafomańskie próby poetyckie.
A może problemem wcale nie są słowa, mniej lub bardziej staroświeckie? Tylko „zawodowy sceptycyzm”, jaki budzą w nas, dzieciach racjonalizmu, opisy mistycznych przeżyć s. Faustyny. Pisał o tym na naszych łamach ks. Józef Tischner, trafnie zauważając, że skoro chrześcijaństwo jest religią Boga, który przyjął postać człowieka, to Boże objawienie nie może trafiać do ludzi inaczej, jak tylko „wedle miar i dróg”, jakie sami ludzie zechcą mu wyznaczyć.
„Człowiek ma prawo rozumieć”; „Człowiek ma prawo niczego nie rozumieć”; „Człowiek ma prawo do wiary” – czytam w konstytucji Zarzecza, wywieszonej w 50 językach tuż przy głównym placu dzielnicy, nad którą góruje 12-metrowa statua anioła.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











