W ostatnich dniach marca łódzka wytwórnia Pointless Geometry obchodziła swoje dziesiąte urodziny. Specjalizujące się w muzyce elektronicznej wydawnictwo ma w swoim katalogu wiele ciekawych albumów, a prowadzący je Justyna Banaszczyk i Darek Pietraszewski pełnią rolę promotorów, kuratorów i akuszerów niezależnej sceny muzycznej. Łodzianie celują przede wszystkim w muzykę eksperymentalną, poszukującą, przekraczającą gatunkowe granice. Szukam wciąż synonimów, bo mam świadomość, że to nadużywane określenia, choć pasują idealnie do wydawnictwa, które postanowiło celebrować swój jubileusz premierą albumu z muzyką organową.
Jak wyprowadzić organy z kościoła
Autorem płyty „their internal diapasons” jest Miłosz Kędra, student Akademii Muzycznej w Poznaniu. Jego twórczość nie ma jednak wiele wspólnego z tradycyjnie pojmowaną muzyką organową, której hołduje się wewnątrz uczelnianych murów. Studia licencjackie ukończył na specjalności elektroakustycznej i właśnie elektroniczne przetwarzanie dźwięku, jego samplowanie, doprowadziło Kędrę do organów. Wszystko za sprawą nagrywanej przez niego wokalistki, której ojciec miał dostęp do instrumentu znajdującego się w jednym z podpoznańskich kościołów.
– Nie były to organy piszczałkowe, ale raczej ich emulator – wspomina kompozytor. – Piszczałki nie zostały zdemontowane, ale za nimi umieszczono głośniki, z których tak naprawdę wydobywał się dźwięk. Było to więc sztuczne środowisko, ale atak dźwięku był i tak fascynujący.
Kędra przyznaje, że tak naprawdę nigdy wcześniej nie słyszał organów. A przecież słuchał ich wielokrotnie: – Wychowałem się w katolickiej rodzinie, więc najpierw chodziłem do kościoła z rodzicami, a potem jeszcze przez jakiś czas samemu. A jednak mam wrażenie, że nie słyszałem tego instrumentu. On wtapiał się całkowicie w otoczenie kościoła, w jego akustykę, w aurę, którą tworzy to miejsce.
Bardzo szybko uznał, że spróbuje wyrwać organy z tego kontekstu. Jako pianista borykał się z ograniczeniami narzucanymi przez instrument, którego każdy klawisz ma przypisaną określoną barwę. Organy, których piszczałki pozwalają, by otwierać je w różnym zakresie, roztoczyły przed nim zupełnie nowe perspektywy.

Paradoks polegał na tym, że świecką muzykę organową wciąż najłatwiej nagrać w kościele, bo przecież tam z reguły budowane są te instrumenty. Droga do tego, aby zagrać, zwykle okazywała się żmudna i wymagająca nie lada dyplomacji. Dlatego ostatecznie kompozytor nagrał swoje debiutanckie „For Aeons” w sali organowej jednej z poznańskich szkół muzycznych. Na łamach internetowego czasopisma Meakultura Wojciech Staniaszek pisał o niej: „Artysta inspiruje się średniowieczną stylistyką, dodając do niej elementy futurystyczne poprzez zespolenie organów piszczałkowych z elektroniką. Kędra w znacznym stopniu ingeruje w strukturę brzmieniową, co daje świeży efekt, kontrastujący z powszechnym kojarzeniem organów ze przestrzenią kościelną”.
Mimo to kompozytor czuł niedosyt. Choć nagrywał w szkolnej auli i posiłkował się elektroniką, to jego muzyka nie mogła uwolnić się od skojarzeń z kościelną muzyką organową. Wtedy dostał wiadomość – instrument, na którym nagrywał, ma trafić na śmietnik.
Organy do składania
Rzeczywiście organy, na których kompozytor nagrał „For Aeons”, nie były w najlepszym stanie. Zaniedbany, rozstrojony instrument nie przeszkadzał jednak Kędrze w nagrywaniu – przeciwnie, jego brzmienie wydawało mu się intrygujące. Dyrekcja najwyraźniej nie podzielała tej opinii. Szkoła zmieniała lokalizację, ale organy miały być porzucone: – Kiedy tam przyszedłem, na sali stały piszczałki, z których mogłem wybierać.
Kędra zrozumiał wtedy, że w celu nagrania autorskiej muzyki organowej musi zbudować własny instrument. Te organy miały już nieoczywistą historię. Kiedy kompozytor zaczął konsultować się z organmistrzami, okazało się, że instrument był składakiem. Jego piszczałki pochodziły z różnych kościołów czy instytucji – na niektórych wciąż znajdowały się ślady wosku, z innych artysta wyciągał plany lekcji z lat 80. Każda piszczałka skrywała więc własną, nieopowiedzianą historię.
W rezultacie rozmów z organmistrzem Kędra ustalił, że jego instrument powinien pomieścić kilkanaście piszczałek, przy czym kluczowa była możliwość ich wymiany, ponieważ łącznie miał ich około pięćdziesięciu. Ważny był również sposób doprowadzania powietrza do instrumentu: – Chciałem bazować na średniowiecznych koncepcjach organów. Zwykle znajdował się przy nich mały dzwon. Kiedy się w niego uderzało, przychodził kalikant, który wpompowywał powietrze, żeby organista mógł grać. Zależało mi na tym, aby być jednocześnie organistą i kalikantem.
Dzięki temu artysta może na bieżąco decydować, do której piszczałki wtłacza powietrze, i ingerować w jego ilość. Jeśli będzie je wpompowywał delikatnie, usłyszymy jedynie świst, jeśli wprowadzi go więcej – dźwięk będzie ostrzejszy. Sam miech oferuje również pewne artefakty dźwiękowe. Kiedy pobiera powietrze, jego zastawki rytmicznie uderzają o ziemię. Brzmi to jak bicie serca.
Koncerty to największe wyzwanie dla Miłosza Kędry
Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że praca nad instrumentem była zarazem pierwszym etapem komponowania albumu „their internal diapasons”. Właśnie wtedy ukształtowała się wizja zakładająca, że każdy utwór zostanie nagrany w innym stroju, na innym zestawie piszczałek.
– Choć miałem w głowie pewne figury rytmiczne, nie rozpisywałem tej muzyki w nutach – tłumaczy twórca. – Praca nad albumem to był długi proces, bo za każdym razem, kiedy stroiłem wybrany zestaw, potrzebowałem kilku dni, żeby się z nim oswoić. I dopiero po takim czasie podejmowałem decyzję, czy w ogóle chcę nad nim pracować. Wszystko odbywało się więc metodą prób i błędów.
Muzyka nagrywana na autorskich instrumentach często wymyka się łatwym skojarzeniom. Warto jednak wymienić jednego z bohaterów Kędry – amerykańskiego kompozytora i konstruktora Harry’ego Partcha, ale także polskich twórców: lidera Małych Instrumentów Pawła Romańczuka czy autora „spekulatywnej muzyki dawnej” Wojciecha Rusina. Choć „their internal diapasons” to album fascynujący swoją osobnością, to brzmienie organów momentami przypomina mi właśnie dźwięki fletów drukowanych przez Rusina. Kiedy słucham utworu „airborne”, myślę natomiast, że w tę stronę mógłby skręcić Arca, producent, który połączył zespół flecistów z elektroniką na albumie „Utopia” Björk. Też dobre skojarzenie.
Ale przed Kędrą jeszcze jedno wyzwanie, koncerty: – Wiem, że nie będę w stanie zagrać tej płyty w całości na żywo. W tym kontekście myślę raczej o konkretnych strukturach, efektach, które uzyskiwałem na piszczałkach, i sposobach przetwarzania ich dźwięku. Trudno jednak powiedzieć, jak to się uda, bo moje organy mają swoje mankamenty. Ostatecznie to nie jest instrument za kilka milionów złotych. Miech chodzi za głośno, a piszczałki czasem się przesuwają i przestają grać. Nie chcę jednak poprawiać tego za wszelką cenę, bo przecież taka specyfika tworzy mój instrument.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















