Norweskie filmy o miłości: paradoksy i niuanse współczesnych związków

W co grają ludzie ze strachu przed odrzuceniem? Jakie deficyty próbują zaspokajać w związkach? Oto dwa filmy ciekawie odpowiadające na te pytania.
Czyta się kilka minut
„BYĆ KOCHANĄ” („Elskling”) – reż. Lilja Ingolfsdottir. Prod. Norwegia 2024. Dystryb. Gutek Film // materiały prasowe
„BYĆ KOCHANĄ” („Elskling”) – reż. Lilja Ingolfsdottir. Prod. Norwegia 2024. Dystryb. Gutek Film // materiały prasowe

W kontrze do halloweenowego wysypu horrorów porozmawiajmy o miłości – bądź o jej braku. Tak się składa, że na ten temat rozgadali się ostatnio Norwegowie i Norweżki. Z lekkim poślizgiem na ekrany naszych kin wejdą za chwilę „Być kochaną” Lilji Ingolfsdottir i „Miłość” Daga Johana Haugeruda. 

Same tytuły mogą zniechęcać domniemanym banałem, choć nic z tych rzeczy – oba mniej lub bardziej uciekają od poradnikowej gadki w dojrzałe i czasem bardzo zaskakujące rejony. A w kinowej poczekalni mamy dodatkowo „Sny o miłości” tegoż Haugeruda, o których napiszę w osobnym tekście, bo tam dyskurs miłosny jeszcze bardziej się komplikuje, wchodząc w niebezpieczne związki z literaturą

„Być kochaną”: jakie deficyty ludzie zaspokajają w związkach?

Oczywiście, to kino wyrasta na szczególnym gruncie: dobrobytu, bezpieczeństwa socjalnego, zaufania społecznego, równościowej polityki i rozwiniętej „kultury terapeutycznej”. Może dlatego twórcy tych filmów mogą do woli drążyć zakamarki ludzkiej intymności i nawet gdy bohaterce „Być kochaną” system płatniczy odrzuca kartę kredytową, wątek ów zaraz się urywa jako mało istotny.

Reżyserka skupia się na dynamice związku i patchworkowej rodziny w czasach płynnej nowoczesności, a my dostajemy jeden z bardziej wnikliwych filmów o tym, co można prześlepić walcząc, skądinąd słusznie, o własne potrzeby.

Tak jak Maria (Helga Guren), czyli matka czwórki dzieci, która zaczyna dostrzegać, że kocha i poświęca się za bardzo – oraz w gruncie rzeczy na próżno. W nowym, rzekomo lepszym związku rychło przemienia się w umęczoną pogromczynię domowych chaosów czy niestrudzoną westalkę gasnącego małżeństwa i oczywiście kibicujemy jej w emancypacji. Ale Ingolfsdottir przeskakuje ten poziom kina psychologiczno-społecznego i odkrywa stopniowo jego podszewkę. 

Tka ją gęsto, najpierw z romantycznych fantazji i ich porażek, by już za chwilę zrewidować modne dzisiaj pojęcia, jak choćby „brak własnej przestrzeni”. Kiedy Maria wyprowadza się z domu, film nie sprowadza tej decyzji do feministycznego buntu – idzie o krok dalej. Niby mówi o wysokich kosztach kobiecej ucieczki, o rozpaczliwych próbach ratowania przez nią związku i o cierpieniu z powodu odrzucenia, lecz w gruncie rzeczy to wołanie „na pomoc ginącej miłości” raczej coś powoli otwiera niż diagnozuje.

W co grają ludzie ze strachu przed odrzuceniem? Jakie swoje deficyty próbują zaspokajać w związkach? Dlaczego manipulacje, dążenia do równości czy moralnej wyższości okazują się ślepą uliczką, a dawanie może być jednocześnie próbą zawłaszczenia? I wreszcie najważniejsze pytanie, „jak być kochaną”, na które norweska debiutantka odpowiada trochę zbyt dosłownie, w duchu „ukochaj siebie”, aczkolwiek dochodzi do tej odpowiedzi ciekawymi drogami. 

Są nimi niezwykle gęste rozmowy – z trzeźwo myślącą przyjaciółką, zbuntowaną córką, zdystansowaną matką (to najmocniejsza scena) czy uważną psychoterapeutką. Bywają ryzykowne, podszyte różnymi oczekiwaniami, jednakże każda z tych rozmów coś istotnego wnosi i odsłania, prowadząc do finałowego oczyszczenia.

„Miłość” opowiada o dzisiejszych lękach przed angażowaniem się

Z takich ważnych, choć pozornie lekkich rozmów składa się też film „Miłość” i udaje się mu wznieść na dużo wyższy poziom niż po prostu wiwisekcja miłości czy niemiłości. Fantastycznie Haugerud meandruje między wątkami heteroseksualnej lekarki w dojrzałym wieku i młodego homoseksualnego pielęgniarza, którzy stykają się ze sobą w pracy na oddziale urologicznym, ale spotykają się naprawdę dopiero podczas nocnej jazdy promem. 

Marianne (Andrea Bræin Hovig) wraca z zapoznawczej randki, podczas gdy Tor (Tayo Cittadella Jacobsen) zalicza właśnie kolejną gejowską „pikietę”. Chociaż różni ich wszystko, a już na pewno podejście do seksu i bliskości, to przypadkowe spotkanie i bezinteresowna wymiana skrywanych myśli coś odmieniają w życiu każdego z nich.

Tyle że w przeciwieństwie do tego banalnego zdania nic w tym filmie nie szeleści rozprawką o pułapkach miłości w czasach Tindera i Grindra. Wnikliwie napisany i subtelnie zagrany scenariusz Haugeruda (zresztą cenionego powieściopisarza) opowiada o dzisiejszych lękach przed angażowaniem się, zostawiając szeroką przestrzeń dla niedopowiedzeń i domysłów. 

„MIŁOŚĆ” („Kjærlighet”) – reż. Dag Johan Haugerud. Prod. Norwegia 2024. Dystryb. Aurora Films. // materiały prasowe

Mało kto potrafi dzisiaj w kinie tak pokazywać – i przegadywać – międzyludzką intymność, toteż nic dziwnego, że chętnie porównuje się „Miłość” do kina Érica Rohmera. Na dodatek norweski twórca umieszcza kwestie erotyczne w dużo szerszych kontekstach, na przykład choroby i niedołężności, etyki medycznej czy zwykłej ludzkiej empatii. A słowa Marianne, że „ciało jest polem walki”, nabiera w filmie coraz to nowych znaczeń. 

Przypomnijmy, że tłem dla tych rozważań jest nowoczesne społeczeństwo, które głosi swobodę seksualną i popiera wszelkie postępowe inicjatywy, jakkolwiek Haugerud stawia swoich bohaterów w sytuacjach, kiedy są zawstydzeni, bezradni i bezbronni. Nad wszystkim zaś unosi się sierpniowy oddech miasta. Stanowi bowiem „Miłość” prawdziwą odę do Oslo – jego widoków, promów, doków, pomników, i staje się ono w filmie żywym organizmem. Haugerud nie jest odosobniony w tej melancholijnej miłości do swojego miejsca – patrz Joachima Triera „Oslo, 31 sierpnia” czy „Najgorszy człowiek na świecie”.

Norwescy filmowcy są wyjątkowo wyczuleni na niuanse współczesnych związków

Dlaczegóż to Norwegom, Haugerudowi zwłaszcza, tak dobrze wychodzi opowiadanie o emocjonalno-erotycznych zawiłościach i ponowoczesnych stadłach? Zostawiając fachowcom kulturoznawcze rozkminy, trudno nie zauważyć, że prócz ucha do dialogów mają tamtejsi filmowcy wyjątkowe wyczulenie na paradoksy i niuanse dzisiejszych związków. Na rozdarcie między potrzebą niezależności i bliskości, pomiędzy samoświadomością i kruchością. Bo nie dość, że obciążone są toksycznymi wzorcami z przeszłości, to jeszcze formatowane przez dzisiejszą technologię i konsumpcję.

„Być kochaną” napisane zostało na podstawie osobistych przeżyć reżyserki; scenariusz „Miłości” powstawał z luźnej inspiracji „Miastem zwanym samotnością” Olivii Laing i z myślą o głównej aktorce. Być może trzeba mieć po prostu tę „przestrzeń”: czas, środki, nie mówiąc o filmowym nasłuchu i życiowej wrażliwości, żeby opowiadać o tym wszystkim w taki sposób. Na spokojnie, bez uproszczeń, wystrzegając się fałszywych tonów.

MIŁOŚĆ („Kjærlighet”) – reż. Dag Johan Haugerud. Prod. Norwegia 2024. Dystryb. Aurora Films.

BYĆ KOCHANĄ („Elskling”) – reż. Lilja Ingolfsdottir. Prod. Norwegia 2024. Dystryb. Gutek Film. 

Oba filmy w kinach od 7 listopada, wcześniej pokazy przedpremierowe. 

Dag Johan Haugerud to nagradzany norweski pisarz i reżyser, znany z takich filmów, jak „Nasze dzieci” (2019) czy z trylogii „Seks”, „Miłość” i „Sny o miłości” (2024). Za ten ostatni otrzymał m.in. Złotego Niedźwiedzia na Berlinale.

Lilja Ingolfsdottir jest norweską reżyserką, której debiut „Być kochaną” otrzymał wiele nagród na ubiegłorocznym festiwalu w Karlowych Warach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Bez uproszczeń