Pod koniec 2013 r. napięcie związane z przewidywanym najazdem Bułgarów i Rumunów rosło do rozmiarów narodowej histerii. Przy okazji oberwało się imigrantom już w Wielkiej Brytanii pracującym. Premier David Cameron zechciał powiedzieć, że otwarcie rynku pracy dla Polaków 10 lat temu – już w chwili, gdy Polska stała się członkiem Unii – było „olbrzymim błędem”, którego nie należy powtarzać.
Brytyjczycy – karmieni historiami o cudzoziemcach, którzy żyją wygodnie na zasiłkach, rujnują budżet, kradną i sikają na wycieraczki – z niepokojem czekali chwili, gdy ograniczenia na rynku pracy znikną dla kolejnych krajów Unii: Bułgarii i Rumunii. Potencjalny problem społeczny szybko stał się realnym problemem politycznym. Przy rosnącym poparciu dla Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, która imigrację chce ograniczyć, rządzący konserwatyści Camerona zaostrzyli retorykę.
A ponieważ w 2014 r. są wybory europejskie, a w 2015 r. parlamentarne, temat imigracji – wywołujący na Wyspach wielkie emocje – na pewno nieraz wróci. Im bardziej jednak dyskusja jest gorąca, tym więcej w niej mitów. Jak to więc jest z imigracją w Wielkiej Brytanii?
POLSKIE PETERBOROUGH
W sobotnie przedpołudnie plac przed katedrą w Peterborough wypełnia tłum. Jest trochę turystów, ale głównie mieszkańcy: przyszli wypić kawę, pozwolić dzieciom przejechać się na świątecznej karuzeli. W powietrzu unosi się atmosfera dostatku i odprężenia.
Kilka wąskich przecznic dalej zaczyna się Lincoln Road: ulica ciągnąca się aż do obwodnicy na obrzeżach miasta. Stoją wzdłuż niej ładne wiktoriańskie domy, z ostrokrzewem w ogródkach. Im dalej od centrum, tym więcej sklepików i restauracji. Są napisy litewskie, ale szybko dominować zaczynają polskie. Polskie są sklepy spożywcze, polskie salony fryzjerskie. Można kupić wszystko: od kosmetyków przez rajstopy po wiejską kiełbasę, chleb i ptasie mleczko.
– Chleb mamy z miejscowej piekarni, ale wędliny sprowadzamy z Polski – mówi ekspedientka w delikatesach. Nie ma czasu na rozmowę, bo kolejka jest długa. Cały personel zna polski. – Brytyjczycy też przychodzą. Po szynkę – mówi dziewczyna.
– Mam klientów z różnych krajów. Polacy, Brytyjczycy. Jeden Rumun też u mnie kupuje – mówi Mamsor w kolejnych „polskich delikatesach”. Mamsor nie urodził się na Wyspach, przyjechał z Afganistanu. – Sklep z polską żywnością to dobry biznes, bo mieszka tu tylu Polaków – tłumaczy. – Na tej ulicy niektóre „polskie sklepy” też mają właścicieli nie-Polaków.
Także tu jest wszystko: słodycze, polskie piwo, jogurty, pączki. – Kiełbasa – mówi po polsku Mamsor. – Ja trochę po polsku rozumiem – dodaje z dobrym akcentem.
Niedaleko od sklepu Mamsora wisi niepozorna tabliczka: „Zaczytanie. Polska księgarnia”. Beata otworzyła ją dwa miesiące temu. Polskie książki można kupić, wypożyczyć lub poczytać na miejscu, pijąc kawę. – Wszyscy tu ciężko pracujemy w fabrykach: nauczyciele, księgowi, ludzie z wyższym wykształceniem. Jeśli jest praca, bo i o nią ciężko. Nie dawałam rady psychicznie, musiałam wymyślić coś dla siebie – Beata opowiada o swoim pomyśle.
Biblioteka nie będzie przynosić dochodów. Księgarnia może tak, ale za jakiś czas. – Chciałam stworzyć miejsce, gdzie ludzie mogliby przyjść po pracy, bo przecież nie tylko pracą człowiek żyje, a tu jest sporo samotnych ludzi – mówi Beata. – W planach mam czytanie książek dla dzieci, żeby nie traciły polskiego i same chciały czytać w ojczystym języku. Chciałabym też promować w Anglii polską literaturę. Ale to przyszłość.
Beata mieszka w Wielkiej Brytanii od trzech lat. Początki, przyznaje, były trudne: – To nie było moje marzenie, żeby tu przyjechać. Jednak łatwiej tu żyć niż w Polsce.
ILE BIORĄ, ILE DAJĄ
Żyć łatwiej – lub raczej: lepiej – chce większość z przybywających masowo do Wielkiej Brytanii imigrantów. Nie tylko z Polski, także z Litwy, Słowacji, Pakistanu, Afganistanu.
Wbrew temu, co piszą brukowce i czym straszą politycy, otwarte granice przyniosły brytyjskiej gospodarce więcej korzyści niż strat. Choć imigranci wykonują głównie niskopłatne prace, to płacone przez nich podatki przewyższają to, co z systemu pobierają w zasiłkach czy kosztach opieki medycznej.
– My nie jesteśmy zasiłkowi – mówi Beata. To samo podkreślają eksperci. Imigranci z Europy Wschodniej, przybyli do Wielkiej Brytanii po 2004 r., rzadko korzystają z zasiłków dla bezrobotnych. „Economist” pisze, że w 2011 r. jako bezrobotni było zarejestrowanych niespełna 20 tys. Polaków. Tymczasem ich liczbę w Anglii i Walii szacuje się na 600 tys. Imigranci zwykle nie zajmują też mieszkań socjalnych i nie korzystają zbyt często z państwowej służby zdrowia, o co bywają regularnie oskarżani. Czasem nie wiedzą, że mogą, czasem bariera językowa jest za duża (choć mają prawo prosić o tłumacza).
Przeciętny imigrant jest młody, przybywa bez rodziny, chętnie podejmuje prace tymczasowe lub na część etatu, jest bardzo mobilny. Słowem: dla brytyjskiego pracodawcy może być idealny. Wiadomo, że gdyby nie imigranci, wiele brytyjskich firm nie mogłoby funkcjonować.
Są miejsca, w które imigranci tchnęli nowego ducha. „Economist” podaje przykład Southampton, które ze „starzejącego się miasta z coraz mniejszymi możliwościami zamieniło się w młode miasto z wielkimi aspiracjami”. Do 2030 r. jego populacja może wzrosnąć o sto procent. Wzrosła też liczba ludności Peterborough: ze 157 tys. w 2001 r. do 183 tys. w 2011 r. – W latach 2004-09 przybyło do nas z zagranicy 17 tys. ludzi, to 9,3 proc. populacji – wyjaśnia Mark Pearson z urzędu miasta Peterborough. Według spisu z 2011 r. mieszka tu 7 tys. osób, które zadeklarowały, że urodziły się w Polsce, i 4 tys. Litwinów. To oni pozakładali małe sklepiki i wielkie delikatesy na Lincoln Road, oni prowadzą polskie piekarnie i hurtownie.
To wszystko to nie tylko miejsca pracy, ale też podatki. I coś, co sprawiło, że Lincoln Road, która była martwa, w ogóle ożyła. Dziś polską kiełbasę można kupić u Afgańczyka, obiad zjeść w portugalskiej restauracji, a deser we włoskiej kafeterii.
DWADZIEŚCIA JĘZYKÓW
Na ulicy równoległej do Lincoln Road jest szkoła, o której pisano w całym kraju: podstawówka Gladstone. Na tablicy przed wejściem widnieją napisy w sześciu językach, m.in. polskim.
W tej szkole dla żadnego z dzieci angielski nie jest językiem ojczystym.
Dwa lata temu inspekcja szkolna uznała poziom Gladstone za „nieodpowiedni”. Teraz, po ciężkiej pracy nauczycieli, inspektorzy wydali raport pełen pochwał – pod adresem zachowania uczniów i ich wyników w nauce. Przed podobnym wyzwaniem jest w kraju wiele szkół. Ale wielość języków i kultur w tym miejscu stanowi ewenement – i dowód, że sukces jest możliwy.
Tutaj aż 80 proc. uczniów pochodzi z Pakistanu; większość mówi po pendżabsku. Pozostałe języki to kurdyjski, arabski, litewski, rosyjski, polski, niemiecki, czeski, francuski... W sumie – ponad 20. Niektórzy uczniowie na początku nic nie umieli powiedzieć po angielsku. Dzieci uczą się więc także angielskiego, a nauczyciele uczą się kultur ich krajów – co tydzień na radzie pedagogicznej prezentowane jest jedno państwo. Połowa z tzw. asystentów nauczycieli jest dwujęzyczna. Dzięki wsparciu władz miasta szkoła może też pozwolić sobie na pracownika wspierającego rodzinę: jego zadaniem jest kontakt z rodzicami nowego ucznia.
Za sukcesem szkoły – czyli nie tylko wynikami w nauce, ale szansą, jaką otrzymali uczniowie – stoi dyrektorka Christine Parker. Kiedyś pracowała w Pakistanie, nauczyła się urdu. „Większość świata nie jest dwujęzyczna, jest wielojęzyczna. To my jesteśmy tymi, którzy odstają. Kiedy pracowałam w Pakistanie, wielu z moich przyjaciół mówiło pięcioma, sześcioma, siedmioma językami. Boimy się czasem języka, ale inne języki dają szansę, by zobaczyć świat w inny sposób” – mówiła w rozmowie z dziennikiem „Guardian”.
WSI SIELSKA
Celem numer jeden dla większości imigrantów przybywających do Wielkiej Brytanii jest Londyn. Centrum świata – mówią Brytyjczycy. Może mają rację: czasem można mieć wrażenie, że świat postanowił zamieszkać nad Tamizą. Mieszają się języki i kultury. W lokalnym Tesco kiszone ogórki i kapusta dumnie prężą się w słoikach, w sąsiedztwie wielu rodzajów sosów curry.
Ale specyfiką imigrantów z Europy Wschodniej jest to, że wielu dotarło do małych miast i wiosek. Nieraz tam, gdzie imigrantów jeszcze nie widziano. Zaaklimatyzowanie się w takich miejscach bywa trudniejsze.
Tomasz Piotrowski z urzędu dystryktu Wychavon w hrabstwie Worcestershire prowadzi projekt pod nazwą MIRA, pomagający imigrantom na obszarach wiejskich. – Imigranci w Londynie to coś normalnego. Ale na konserwatywnej prowincji, jak Worcestershire, to często wyzwanie. Nie pomagają nam media, roztaczające katastroficzne wizje – mówi Piotrowski. – Faktem też jest, że jeśli coś komuś nie uda się w Londynie, to jest więcej organizacji, które mogą mu pomóc. Na prowincji często zostaje sam. Większa jest też pokusa ze strony władz, by zostawić sprawy tak, jak są, nie walczyć z problemami.
Jednak mimo tych różnic, kłopoty imigrantów w miastach i na wsi są podobne. – Podstawowa rzecz to znajomość prawa. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, często nie wiedzą, jakie prawa im przysługują ani co jest niezgodne z prawem – mówi Piotrowski. Częstą wpadką Polaków, o czym rozpisują się lokalne media, jest np. łowienie ryb i ich... zjadanie. Bo w Wielkiej Brytanii można łowić tylko dla sportu: złowiona ryba ma trafić z powrotem do wody.
Ale największym wyzwaniem jest język. Każdy imigrant przybywający na Wyspy ma prawo prosić o tłumacza w sprawach urzędowych lub w szpitalu. Projekt MIRA wykształcił kilkudziesięciu tłumaczy z miejscowej społeczności, co ułatwia pracę urzędów i jest tańsze niż korzystanie z zewnętrznych agencji. Jednak tłumacze to rozwiązanie na krótką metę: bez języka trudniej dostać dobrą pracę i ułożyć sobie życie. Ważne są więc kursy językowe – to zadanie dla strony brytyjskiej.
Często nakłady np. na pomoc w pierwszych latach szkolnych dla dzieci imigrantów są krytykowane. Ale warto patrzeć na to jak na inwestycję, która pozwoli później oszczędzić. A obecność znacznej liczby dwujęzycznych uczniów zwykle podnosi ogólne notowania szkół.
VICTOR I INNI
Tymczasem media żyją własnym życiem. Przed spodziewanym „najazdem” bułgarsko-rumuńskim brukowce prześcigały się w opowieściach o biedakach z kozą pod pachą, którzy 1 stycznia zechcą przeprowadzić się do Londynu.
Gdy jednak nadszedł 1 stycznia, z pierwszego samolotu z Rumunii do Londynu wyszli głównie ludzie wracający ze świąt do pracy, którą już mieli. Grupa dziennikarzy (i dwóch parlamentarzystów) mogła więc przepytać tylko Victora Spiresau, który przyjechał z Transylwanii. W miarę dobrym angielskim zapewniał, że kraść nie będzie, będzie natomiast mył auta w myjni, bo taką pracę ma załatwioną.
Victor trafił chyba do wszystkich mediów. Ale nie na takie informacje wszyscy się przygotowywali. Nie ma samolotów wypełnionych biedakami z reklamówkami w garści, nie ma dodatkowych autobusów z Bułgarii i Rumunii. Nie ma sensacji. Żadnego zainteresowania nie wzbudził Adrian Pop, z tego samego samolotu – rumuński lekarz, którzy ma pracować w szpitalu pod Londynem. Może dlatego, że był ubrany w płaszcz, garnitur i białą koszulę.
Tomasz Piotrowski: – Znam Polaka, który zaczynał od wożenia mięsa. Potem postarał się o grant, kupił lodówkę i dodatkowe auto firmowe. Miał jeden sklep, potem drugi, teraz ma hurtownię i sponsoruje Wigilię dla bezdomnych. Zatrudnia nie tylko Polaków, ale też Brytyjczyków.
Bułgarów i Rumunów jest dziś 140 tys. Prawdopodobnie ci, którzy chcieliby pracować na Wyspach, już tu są. Pewnie przybędą nowi, ale chyba nie będzie to 50 tys. rocznie – jak twierdzi Migrant Watch. Tym bardziej że od 1 stycznia mogą pracować także w innych krajach Unii.
HAPPY END Z GORZKĄ NUTĄ
Peterborough to piękne miasto, wśród falujących zielonych pól. I z historią, która sięga czasów sprzed rzymskiego podboju. Wokół rozsiane są wioski i miasteczka z domami z szarego kamienia, jak z bajki. Peterborough było więc świadkiem wojen i wielkich zmian. A w historii najnowszej przez miasto przeszło kilka fal imigrantów: w latach 60. byli to Włosi, potem Pakistańczycy i Hindusi, teraz Polacy i Litwini. Można nad tym załamywać ręce, a można postąpić jak Christine Parker ze szkoły Gladstone. – Władze miasta mają plan, jak poradzić sobie z potężnym wzrostem populacji w ciągu następnych 15 lat – zapewnia Mark Pearson. – Wyznaczono miejsca pod nowe domy, budowane są nowe szkoły.
Przygotowuje się też państwo – zmieniono właśnie zasady przyznawania zasiłków. Imigranci będą mogli uzyskać je dopiero po trzech miesiącach i udowodnieniu, że mają szansę na zdobycie pracy. Nie mogą ich też pobierać dłużej niż pół roku. W przypadkach złamania prawa, np. żebrania, mogą być wydaleni z kraju.
Bo choć przykładów integracji nie brakuje, są też problemy. 2 stycznia policja przeprowadziła popisową akcję, zatrzymując żebraków i bezdomnych z Rumunii, którzy kilka miesięcy temu ulokowali się w parku przy Marble Arch, w raczej luksusowej części Londynu, i nękają mieszkańców. Wcześniej w Wisbech i King’s Lynn, koło Peterborough, policja rozbiła grupę przestępczą wykorzystującą do pracy niewolniczej Łotyszy i Litwinów.
Imigrantów przywiodły tu takie same marzenia, które mają Brytyjczycy, o lepszym życiu dla nich i ich dzieci, a nie zasiłki. Wielu udaje się wykorzystać szansę. – Na warsztatach dla ludzi, którzy chcą otworzyć własny biznes, 50-60 proc. uczestników to Polacy – mówi Tomasz Piotrowski.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















