Niepodległość Szkocji, Walii i Irlandii Północnej wraca do gry

W Szkocji, Walii i Irlandii Północnej władzę objęli politycy niepodległościowi. Czy te celtyckie regiony zmienią przyszłość Wielkiej Brytanii?
Czyta się kilka minut
Rhun ap Iorwerth (z prawej), lider partii Plaid Cymru i nowy premier autonomicznego rządu Walii, wśród zwolenników z walijską flagą narodową. Czerwony smok na fladze pochodzi z legend arturiańskich, a biało-zielone barwy przyznano Walii za rządów dynastii Tudorów. Cardiff, 9 maja 2026 r. // Fot. Ben Birchall / PA / East News
Rhun ap Iorwerth (z prawej), lider partii Plaid Cymru i nowy premier autonomicznego rządu Walii, wśród zwolenników z walijską flagą narodową. Czerwony smok na fladze pochodzi z legend arturiańskich, a biało-zielone barwy przyznano Walii za rządów dynastii Tudorów. Cardiff, 9 maja 2026 r. // Fot. Ben Birchall / PA / East News

Coś drgnęło w duszy Walii. Nowa pewność siebie, nowa nadzieja. Nowy szerszy horyzont, który nigdy więcej nie zostanie zawężony – mówił Rhun ap Iorwerth po tym, jak w połowie maja został zaprzysiężony jako nowy premier rządu autonomicznego Walii. Rhun ap Iorwerth jest liderem Plaid Cymru – partii, która głosi ideę walijskiej niepodległości.

To historyczny moment: po raz pierwszy na czele walijskiego rządu regionalnego stoi polityk wywodzący się z tego ugrupowania. Niedawne zwycięstwo jego partii w wyborach do regionalnego parlamentu zakończyło stuletnią dominację walijskiej Partii Pracy w tej jednej z czterech krain, jakie tworzą Zjednoczone Królestwo.

Walia: referendum poczeka

„Żaden brytyjski rząd, żaden brytyjski premier ani teraz, ani w przyszłości nie będzie już mógł ignorować naszych potrzeb i naszych aspiracji jako narodu” – mówił ap Iorwerth po ogłoszeniu wyniku wyborów, stojąc na schodach do Senedd, walijskiego parlamentu.

Rhun ap Iorwerth jest pełen pasji dla spraw Walii, pierwszą mowę w parlamencie wygłosił po walijsku. Jednak rozumie, że droga do niepodległości to raczej ultramaraton niż sprint. 

– Plaid Cymru wykluczyła, że będzie zabiegać o rozpisanie referendum niepodległościowego podczas swoich pierwszych rządów. Najpierw będzie chciała stworzyć kompetentny rząd, by udowodnić, że jeszcze większa autonomia dla Walii jest wskazana – mówi „Tygodnikowi” prof. Laura McAllister z Wales Governance Centre na Uniwersytecie w walijskim Cardiff. 

Rzeczywiście, na liście priorytetów nowy premier umieścił np. wsparcie dla rodzin zmagających się z kosztami utrzymania i walkę z listami oczekujących na wizyty u lekarzy i zabiegi w szpitalach. Suwerenność musi czekać.

Powołana zostanie natomiast komisja, która zajmie się opracowaniem argumentów za uznaniem Walii za niepodległe państwo. – To przygotowanie gruntu pod przyszłe referendum, nabieranie rozpędu – uważa prof. McAllister.

W pierwszej rozmowie telefonicznej, którą odbył po wyborach z brytyjskim premierem Keirem Starmerem, Rhun ap Iorwerth poruszył postulat większych uprawnień dla walijskich władz (w ramach tzw. dewolucji w latach 90. XX w. część uprawnień rządu centralnego przekazano władzom regionalnym w Walii i Szkocji).

Dał też do zrozumienia, że niepodległość jest w jego planach, ale dalszych: „Mówiłem, że na razie musimy zająć się bieżącymi problemami, ale ruszamy w podróż, o której trasie i tempie ostatecznie zadecydują mieszkańcy Walii”. 

Szkocja chce drugiego głosowania

O niepodległości – oraz rozpisaniu referendum – ze Starmerem po majowych wyborach rozmawiał też przez telefon szkocki premier John Swinney. Z pewnością temat ten pojawi się też podczas ich osobistego spotkania, planowanego na czerwiec. Choć tu oczekiwania się różnią: Swinney nie zamierza odpuszczać presji na rozpisanie referendum, a Starmer chce, jak ujęło to jego biuro prasowe, rozmawiać o „wspólnych sprawach”. 

Szkoci nad sprawą opuszczenia Zjednoczonego Królestwa już raz głosowali, w 2014 r. Zwolennicy niepodległości przegrali różnicą 10 proc. głosów. Żądania kolejnego referendum są stałą szkocką agendą, choć Londyn niezmiennie je wyklucza.

Teraz jednak szkoccy zwolennicy secesji argumentują, że znów mają do tego mocny mandat, bo wybory do regionalnego parlamentu nie tylko po raz piąty wygrała Szkocka Partia Narodowa (SNP), ale ma większość razem ze szkockimi Zielonymi, którzy też opowiadają się za suwerennością. 

Swinney wskazał też na nowy czynnik, który sprawia, że kwestia kolejnego głosowania jest nagląca – to Nigel Farage („ojciec brexitu”) i sukcesy jego narodowej partii Reform UK

Straszak Farage’a działa

Rzecz w tym, że Reform UK rośnie w siłę i perspektywa Farage’a jako brytyjskiego premiera przestaje być polityczną fantasmagorią. Majowe głosowania tylko to potwierdziły – w wyborach do parlamentów regionalnych w Szkocji i Walii Reform UK zajęła drugie miejsce i udało się jej wprowadzić do obu parlamentów pokaźną liczbę posłów. Jednocześnie odbyły się wybory lokalne w Anglii i w nich również ugrupowanie to odniosło sukces, zdobywając ponad 1,4 tys. mandatów radnych. 

„Nigel Farage pędzi teraz galopem ku Downing Street” – skwitował to Swinney, który chciałby, aby szkocki parlament był do tego czasu tak „odporny na Farage’a”, jak to możliwe (co będzie trudne, zważywszy że zasiada w nim teraz kilkunastu posłów Reform UK).

Stąd też apel o jak najszybsze referendum, tak aby Farage jako premier nie mógł zablokować Szkotów na długie lata. To jednak raczej straszak i retoryka, bo nic nie wskazuje, by Farage był bardziej restrykcyjny w poglądach na szkocką suwerenność niż obecny rząd w Londynie. Niedawno stwierdził nawet, że referendum mogłoby być uzasadnione, o ile kwestia ta stanie się „istotna w przyszłości”. Tyle że dla SNP „przyszłość” to za daleka perspektywa. Swinney chce, by referendum odbyło się za dwa lata.

Jednak obawy przed Farage’em rzeczywiście mogą mobilizować część wyborców. To było widać w Walii. 

– Wiele osób czuło, że rządy Reform UK byłyby katastrofą. To przełożyło się na poparcie dla Plaid Cymru. Właśnie ta partia jest postrzegana jako będąca w stanie najlepiej bronić walijskich interesów i mówić w imieniu Walijczyków – mówi prof. Laura McAllister.

Belfast szuka sojuszników

Wybory w Walii i Szkocji pilnie obserwowano w Irlandii Północnej. To kolejna celtycka część Zjednoczonego Królestwa, która chciałabym zrzucić „angielskie jarzmo”. 

Na czele rządu w Belfaście od dwóch lat stoi Michelle O’Neill z partii Sinn Féin i możliwe, że w wyborach w 2027 r. utrzyma tę pozycję. W ostatnim czasie doszło do zbliżenia SNP i Sinn Féin, choć w przeszłości Szkoci starali się dystansować od Irlandczyków, a to ze względu na obciążające ich dawne powiązania z podziemną Irlandzką Armią Republikańską

Jeszcze w latach 80. XX w., gdy Sinn Féin zaprosiła Szkotów na swój doroczny zjazd, ci uprzejmie się wymigali. Teraz, w kwietniu, na zjeździe Sinn Féin transmitowano przemówienie Swinneya, który wzywał do współpracy partie ze Szkocji, Walii i Irlandii Północnej. 

„Choć nie zgadzamy się we wszystkim, to zgadzamy się, że o przyszłości naszych narodów powinni decydować ludzie, którzy żyją w naszych krajach” – mówił.

Delegatom przekazano też przesłanie Rhuna ap Iorwertha z Walii. Po wyborach doszło zaś do spotkania premierki Michelle O’Neill z liderami partii szkockiej i walijskiej, którzy zasiadają w brytyjskim parlamencie w Londynie. Rozmawiano o historycznych wynikach ostatnich wyborów i oczywiście o współpracy. Jak to ujęła O’Neill: „Dla wspólnego celu, dla naszych obywateli i ich prawa do narodowego samostanowienia”.

Celtycka koalicja

O możliwość takiej „celtyckiej koalicji” pytam prof. Jamesa ­Mitchella z Uniwersytetu w Edynburgu, eksperta od dewolucji. 

– Taki sojusz pomoże głównie Sinn Féin, której szkodzą historyczne powiązania z IRA. Plaid Cymru i SNP są nacjonalistycznymi partiami działającym na fundamencie konstytucyjnym – uważa ­Mitchell. – Związek z nimi mógłby pomóc w „detoksykacji” wizerunku Sinn Féin. Natomiast trudno powiedzieć, w czym te trzy dość różne partie mogłyby się zgodzić poza opozycją do rządów Londynu – ocenia politolog.

­Mitchell uważa natomiast, że łatwo byłoby wskazać za to możliwy punkt niezgody: to pieniądze, których Szkocja i Irlandia Północna otrzymują z brytyjskiej kasy więcej niż Walia.

– Sądzę, że będą jakieś konsultacje, współpraca między trojgiem szefów rządów w ich relacji z brytyjskim rządem – uważa z kolei prof. McAllister i zaznacza, że kwestia, na ile będzie to konfrontacyjne, zależy w znacznym stopniu od tego, jak zachowa się Londyn. 

– Łatwo nie będzie. Myślę jednak, że na pewno zobaczymy, jak przesuwają się płyty tektoniczne brytyjskiej polityki – przypuszcza McAllister.

Trzy drogi, różne przeszkody

Trzeba podkreślić, że choć wszystkie trzy partie opowiadają się za suwerennością ich narodów, to każda jest na innym etapie tej drogi. Różni je ich położenie prawne i skala społecznego poparcia dla niepodległościowych dążeń.

Szkoci prą do kolejnego referendum, a w ostatnich kilku sondażach zwolennicy suwerenności mają większość. Walijczycy wybrali w wyborach Plaid Cymru, ale poparcie dla niepodległości jest dość niskie. Choć, jak zwraca uwagę prof. McAllister, w Szkocji dwa lata przed referendum też takie było. – Takie rzeczy mogą się szybko zmienić – mówi. 

Na marginesie: o ile w nowym walijskim rządzie każdy minister mówi płynnie po walijsku, o tyle wydaje się, że w parlamencie Szkocji po raz pierwszy zabrakło posłów mówiących biegle po gaelicku.

Jeśli zaś idzie o Irlandczyków z Irlandii Północnej, to ich prawo do referendum w sprawie zjednoczenia z Republiką Irlandii zapisano w tzw. Porozumieniu Wielkopiątkowym z 1998 r., które zakończyło dekady przemocy. Ale szczegóły tego procesu nie zostały ustalone, a decyzje w tej sprawie podejmie Londyn. Kiedy? Gdy będzie jasne, że jest ku temu wola. 

Wielka Brytania się nie rozpada. Jeszcze

Ale choć Celtowie, wieki temu podbici przez Anglosasów i Normanów, wychodzą dziś z cienia, to Wielkiej Brytanii na razie raczej nie grozi rozpad. Do referendów droga daleka, a to, co miałoby stać się po nich, jest jeszcze bardziej złożone. 

Trudno jednak lekceważyć potencjalną presję ze strony Cardiff, Edynburga i Belfastu, gdzie często słychać narzekania, że Londyn zapomina o tych regionach. Jeśli nadal będą czuć się lekceważone, może to zradykalizować nastroje. Nawet luźna „celtycka koalicja” może okazać się nie tylko medialną figurą – i stworzyć warunki do dalszej decentralizacji.

„To, co ludzie w Londynie lubią określać nieco protekcjonalnie jako celtyckie peryferia, zaraz stanie się sceną centralną” – zapowiada John Swinney.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Celtycka trójca