Kiepski
wynik lewicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego
wstrząsnął całym środowiskiem, ale akurat Robert Biedroń się raduje. Zdołał odnowić mandat w Brukseli, a na dodatek pojedzie tam z życiowym partnerem, Krzysztofem Śmiszkiem. Tyle że właśnie ten sukces może się okazać pyrrusowym zwycięstwem.
9 czerwca 2024 r. Wieczór wyborczy lewicy. Tuż przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów do PE zgromadzeni mają ponure miny. Trudno się dziwić, wynik 6,3 proc. nie może być powodem do radości. Gdy o godz. 21 włączają się kamery, działacze nabierają urzędowego optymizmu. W imieniu wszystkich głos zabiera Biedroń. Drugi współprzewodniczący Nowej Lewicy, Włodzimierz Czarzasty, nie zabiera głosu. Lider Razem Adrian Zandberg chowa się w kącie sali, poza zasięgiem kamer.
Dziesiątka na tarczy
To zrozumiałe. Mandaty dla lewicy zgarniają Biedroń ze Śmiszkiem oraz Joanna Scheuring-Wielgus. Cała trójka wywodzi się z Wiosny, którą Biedroń założył w 2019 r. i dzięki której stał się gwiazdą polskiej polityki, udowadniając potem, że można zdobywać maksimum profitów przy niewielkich nakładach. Kłopot w tym, że poczucie klęski, złość działaczy na kierownictwo i silna obawa o przyszłość musiały znaleźć winnych. Dziesiątką na tej tarczy stała się uśmiechnięta twarz Biedronia.
Z nową siłą wróciły zarzuty, że lewicą rządzą mężczyźni. Posłanka Anita Kucharska-Dziedzic, członkini komisji śledczej ds. wyborów kopertowych, wywodząca się z Wiosny, nie kryje pretensji do Biedronia, który co prawda zdobył mandat, ale z wynikiem gorszym, niż oczekiwał. – I on, i Włodzimierz Czarzasty powinni przemyśleć swoje przywództwo w Nowej Lewicy – mówi Kucharska-Dziedzic.
Odezwał się też odwieczny krytyk, senator Maciej Kopiec, również wywodzący się z Wiosny, który jeszcze przed wyborami ostro zaatakował europosła, czyniąc go odpowiedzialnym za wypadnięcie z list wyborczych Łukasza Kohuta. Chodziło mu o skomplikowaną układankę, w której Biedroń miał forsować na pierwsze miejsce śląskiej listy Macieja Koniecznego z Razem, licząc, że zdobędzie mniej głosów niż przedstawiciel mniejszości śląskiej Kohut, a dzięki temu większą szansę na mandat będzie miał partner Biedronia, Krzysztof Śmiszek. W efekcie Kohut wystartował z list KO i oczywiście zdobył miejsce w PE, zaś wynik Koniecznego nie był najlepszy i euromandat wziął Śmiszek.
– Zachowuje się jak cesarz, tchórz albo osoba pozbawiona argumentów – mówił Kopiec, tłumacząc, że ujawnia wewnętrzne spory tylko dlatego, że Biedroń „od lat nie odbiera telefonów i nie oddzwania”. Po wyborach zaś wprost oskarżył go o „sabotaż polskiej Lewicy”.
Biedronia broni Joanna Scheuring-Wielgus. – W przeciwieństwie do osób, które formułują takie zarzuty, współpracuję z Robertem od sześciu lat. Jest chyba jednym z najbardziej pracowitych polityków, jakich poznałam, i jednym z najbardziej lojalnych w stosunku do grupy, z którą współpracuje. Ale wymaga też lojalności w stosunku do siebie. Jest świetnym liderem, cieszę się, że będziemy razem pracować również w Parlamencie Europejskim – mówi świeżo wybrana europosłanka.
Scheuring-Wielgus polemizuje też z tezą, że Biedroń od interesu partii wyżej stawiał interes partnera. – Krzysztof Śmiszek to świetny parlamentarzysta i wiceminister sprawiedliwości, bardzo pracowity. Argument, że to partner Biedronia, w tym przypadku nie ma większego znaczenia. W polityce działają przecież małżeństwa i nikomu to nie przeszkadza – zaznacza Scheuring-Wielgus.
Kiedyś był inny
To jednak odosobniona opinia. Nasi rozmówcy z lewicy są raczej zgodni, że w zasadzie nie da się ocenić dorobku Biedronia w krajowej polityce, bo go po prostu nie ma. Jedna z posłanek opowiada, że w czasie kampanii parlamentarnej w 2023 r. współprzewodniczącego partii trzeba było niemal zmuszać, żeby brał udział w spotkaniach wyborczych.
Nie pojawił się też na pamiętnej konferencji 24 października 2023 r., podczas której Tusk, Kosiniak-Kamysz, Hołownia i Czarzasty zakomunikowali zawarcie koalicji i desygnowanie lidera PO na premiera. Przyjechał dopiero, gdy cztery formacje podpisywały 10 listopada umowę koalicyjną. Przy okazji zresztą zadbał, by przebić się do mediów, bo oświadczył, że liberalizacji aborcji nie ma co prawda w umowie, ale lewica zawalczy o tę kwestię na własną rękę. Tym samym kolejny raz pokazał swoją główną umiejętność: wykorzystywania do maksimum okoliczności. Tyle że po tym zdarzeniu znów zniknął.
Politycy lewicy przyznają, że kiedyś był inny: naprawdę pracowity i aktywny. Wyraźną cezurą okazał się najpierw gorszy od oczekiwań wynik Wiosny w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 r., a potem bardzo słaby wynik Biedronia w wyborach prezydenckich w 2020 r., gdy zdobył ledwie 2 proc. głosów, kończąc wyścig na szóstej pozycji. Wyprzedzili go nie tylko Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski, ale też polityczny debiutant Szymon Hołownia, Krzysztof Bosak i Władysław Kosiniak-Kamysz.
Po tych dwóch zdarzeniach miał postawić przede wszystkim na realizację prywatnych interesów i brylowanie w europarlamencie. Buławę „nadziei polskiej lewicy” postanowił, jak mówią sami politycy tego ugrupowania, sprzedać za brukselskie euro. W ostatnich wyborach dbał jedynie o to, by na europejskie salony wprowadzić Śmiszka, mimo że ten jako wiceminister sprawiedliwości miał robić w kraju porządki po epoce PiS.
A przecież przez lata były podstawy, by Biedroń uchodził za nadzieję lewicy. Urodzony w 1976 r. w Krośnie, stał się najbardziej znanym działaczem na rzecz praw osób homoseksualnych i pierwszym polskim politykiem, który ze swej orientacji uczynił program. Od 2001 do 2009 r. kierował działającą na rzecz praw gejów i lesbijek Kampanią Przeciw Homofobii. To wtedy związał się z SLD, wówczas jednym z hegemonów polskiej sceny politycznej, a zarazem jedyną partią, która przynajmniej deklaratywnie nie odcinała się od praw mniejszości seksualnych.
Jednak kłopoty SLD, związane z kiepskimi rządami tej partii w latach 2001-05, oraz mała determinacja działaczy, by wspierać interesy gejów i lesbijek, skłoniły Biedronia do dalszych poszukiwań. Szansą stał się ruch, który przed wyborami w 2011 r. organizował filozof, przedsiębiorca i enfant terrible PO Janusz Palikot. Biedroń był jednym z filarów Ruchu Palikota i w 2011 r. uzyskał mandat poselski z list tej formacji, która osiągnęła całkiem niezły wynik 10 proc., wyprzedzając SLD i będąc sezonową „trzecią siłą”, jak wcześniej Samoobrona, a później Nowoczesna i ruch Pawła Kukiza.
W Sejmie VII kadencji Biedroń stał się pierwszym posłem otwarcie deklarującym homoseksualizm, mając obok siebie pierwszą transseksualną posłankę Annę Grodzką. Był aktywny i lubiany, nie szkodziły mu wpadki, jak ta z programu Moniki Olejnik, gdy dowodził, że Konwent Seniorów to „zebranie najstarszych posłów”. W 2014 r., gdy właśnie przesiadał się na fotel prezydenta Słupska, tygodnik „Polityka” nagrodził go nawet tytułem najlepszego posła.
Obietnice bez pokrycia
Start w wyborach na prezydenta miasta był zaskoczeniem. Biedroń nie miał dotąd ze Słupskiem nic wspólnego, jednak instynkt go nie zawiódł. Wyborcy najwyraźniej poczuli się zaszczyceni, że na ich włodarza postanowił kandydować celebryta.
Jako prezydent miał przede wszystkim dobry PR. Znany był ze spektakularnych akcji, jak np. wystawienie kanapy przed urząd, na której przyjmował interesantów. Ale Słupskiem rządził tylko przez jedną kadencję. Od początku było wiadomo, że traktuje sprawowanie tego urzędu i związane z tym zainteresowanie mediów jako trampolinę do kariery na scenie ogólnopolskiej.
Okazją miał być wyborczy rok 2019 – wiosną miały się odbyć wybory do PE, a jesienią wybory parlamentarne, w których formacje opozycyjne szykowały się do odebrania władzy rządzącemu od 2015 r. PiS-owi.
Oficjalna prezentacja Wiosny, nowego ugrupowania Biedronia, miała miejsce w lutym 2019 r. na warszawskim Torwarze. Była udana: ugrupowanie osiągało początkowo niezłe notowania w sondażach.
Wcześniej, jeszcze w okresie słupskiej prezydentury, Biedroń prowadził aktywne działania promocyjne. Wydał m.in. autobiograficzną książkę „Pod prąd”, w której odważnie opowiadał o sobie, także o intymnych relacjach z kobietami. „Ale to nie było to. Jak się żyje w heteromatrixie, to – kiedy jesteś chłopakiem – wszystko pcha cię w ramiona dziewczyn. Rodzina, znajomi, koledzy, szkoła, religia, reklamy, telewizja. Wszystko! Nie masz wyboru, musisz spróbować”.
Jednak przy okazji kampanii Wiosny słupskie media brutalnie zweryfikowały, które punkty programu wyborczego zrealizował w ich mieście. Wyliczyły, że nie wprowadził darmowego internetu (tymczasem Wiosna obiecywała darmową sieć w całym kraju) i systemu rowerów miejskich, nie obniżył cen biletów na komunikację miejską, nie zbudował filharmonii i nowej hali widowiskowej, nie stworzył Instytutu Zielonej Energii, natomiast wiele czasu spędził na wojażach po świecie. Faktem było jednak, że obniżył wynagrodzenia urzędników, w tym swoje, a także władz miejskich spółek.
W 2018 r. ukazała się jedyna w swoim rodzaju książeczka dla młodzieży „Włącz DEMOkrację”, w której Biedroń proponował interaktywną grę, mającą przybliżać podstawowe pojęcia dotyczące państwa, władzy i polityki. Jej uczestnik, w przypadku zdobycia od zera do 20 punktów – mógł zasiąść w sejmiku wojewódzkim. Gdy otrzymał od 21 do 40 punktów – zostawał posłem. Wynik wyższy uprawniał do starcia o prezydenturę.
Pałacowe ambicje
Ludzie znający od lat Biedronia przyznają, że taki był jego plan – z działacza samorządowego miał na czele Wiosny zamienić się w lidera polskiej lewicy, nieobecnej od 2015 r. w Sejmie. Kolejnym celem była zaś prezydentura, do której wybory do Parlamentu Europejskiego z maja 2019 r. miały stać się ledwie rozgrzewką. Tyle że wynik znacznie poniżej oczekiwań podciął Biedroniowi skrzydła. Wiosna uzyskała poparcie 6 proc. i zdobyła trzy mandaty (Biedroń, Łukasz Kohut, Sylwia Spurek), co okazało się i tak relatywnym sukcesem, bo Wiosna była jedyną listą, która przekroczyła próg obok dwóch gigantów – PiS i Koalicji Europejskiej, grupującej m.in. PO, PSL i SLD.
Biedroń był jednak rozczarowany. Dlatego też zdecydował się na ruch, który do dziś jest mu wypominany – przed wyborami do PE zadeklarował, że kandyduje tylko po to, by Wiosna zdobyła lepszy wynik, ale po wyborach zrzeknie się mandatu. Jednak gdy już został europosłem, zapomniał o swej deklaracji, przez co mandatu nie uzyskała następna na liście prof. Monika Płatek.
Niektórzy zwracali uwagę na jeszcze jeden aspekt kryzysu wizerunkowego. Wiosną 2019 r. ukazały się medialne przecieki o prokuratorskich zarzutach wobec Biedronia z przełomu wieków, dotyczących znęcania się nad matką. Choć on sam, a także rzekoma ofiara natychmiast temu zaprzeczyli, twierdząc, że to oni byli ofiarami przemocy ze strony ojca i męża, współpracownicy Biedronia przyznawali, że sprawa go „trafiła”. Tak jakby ktoś wyciągnął na powierzchnię wyparte wspomnienia.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. SLD zostało wypchnięte z koalicji wyborczej z PO, więc wiadomo było, że trzy ugrupowania lewicowe – Sojusz, Partia Razem i właśnie Wiosna – skazane są na porozumienie. I rzeczywiście, doszło do niego, co dało niezły wynik w wyborach (12,5 proc.) i pozwoliło wrócić lewicy do parlamentu po czterech latach banicji.
Biedroń i Czarzasty od razu zapowiedzieli połączenie swoich formacji; jedynie Razem zdecydowało się zachować autonomię. Jednoczenie się trwało długo i zostało ostatecznie sfinalizowane w 2021 r. W nowo powstałej partii – Nowej Lewicy – działacze Wiosny otrzymali tyle samo miejsc we władzach, co politycy SLD, choć historia, potencjał i finanse obu ugrupowań były nieporównywalne. Biedroń znów objawił więc swój talent do maksymalizacji zysków i minimalizacji kosztów, choć tu akurat działał ramię w ramię z Czarzastym, który wiedział, że tylko głosami ludzi z Wiosny może zostać wybrany na współprzewodniczącego partii i podać tym samym tlen starzejącej się formacji.
Fala frustracji
Tak jak kiedyś walczył o polityczne życie Czarzasty, tak teraz Biedroń będzie musiał wymyślić się na nowo – w ostatnich miesiącach gwałtownie traci bowiem popularność. Elektorat już nie ma go za młodą nadzieję lewicy, ale za przebrzmiałego tenora, który wraz ze współprzewodniczącym ciągnie Nową Lewicę w dół, blokując miejsce komuś młodszemu, np. kobiecie.
Były poseł SLD, obecnie w KO, wątpi jednak, że do zmian dojdzie w najbliższych miesiącach. – Tam nie ma kandydatów na nowego przywódcę. Gawkowski nie uniesie tej zbroi, jeśli zaś chodzi o kobiety, to Scheuring-Wielgus też poszła do Brukseli, Kucharska-Dziedzic nie jest z Warszawy, a Dziemianowicz-Bąk jest ambitna, ale nie lubi jej Czarzasty – mówi nasz rozmówca.
Podobnie sceptyczny co do losów Nowej Lewicy jest Leszek Miller. „Przyszłość zależy od tego, czy oni się otrząsną, czy dokonają zmiany kierownictwa, czy będą udawali, że nic się nie stało. Ale raczej uważam, że będą udawali. Właścicielem tej partii jest Włodzimierz Czarzasty, tak jak właścicielem PiS jest Jarosław Kaczyński. To są te same mechanizmy i dopóki właściciel nie powie, że rezygnuje, to tam się nic nie stanie” – mówił niedawno w Polsacie.
Z kolei posłanka związana z Razem zwraca uwagę na kolejny aspekt kryzysu. Jej zdaniem, w lewicowej koalicji cały czas trwa twarda walka między tworzącymi ją partiami. Dlatego działacze Nowej Lewicy nie wspierali w kampanii kandydatów Razem. Ponoć też, mimo formalnego zjednoczenia, między dawnym SLD i dawną Wiosną wciąż są silne napięcia, więc wyekspediowanie Biedronia, Śmiszka i Scheuring-Wielgus do PE może być paradoksalnie okazją dla Czarzastego, by przejąć wpływy.
Na razie nic nie wskazuje, by miała zostać zmieniona formuła kierownictwa, składającego się z dwóch ludzi. Stąd też wśród lewicowych polityków można usłyszeć, że nowym Biedroniem będzie obok Czarzastego Scheuring-Wielgus, przez co spełniony zostanie postulat, by przynajmniej jednym z liderów formacji była kobieta.
– W polityce nie można niczego wykluczyć, na razie wyspałam się po trzech kampaniach i muszę przygotować na pracę w Parlamencie Europejskim – mówi nam Scheuring-Wielgus, pytana o taki scenariusz.
Co stanie się z samym Biedroniem? Będzie mógł wreszcie udać się ze Śmiszkiem na nieustające wakacje – kpią działacze lewicy.
W książeczce „Włącz DEMOkrację” na początku gry uczestnik ma znaleźć terytorium na założenie państwa. Ma do wyboru trzy odpowiedzi: „Szukam terytorium, na którym bezpiecznie mogę założyć państwo”, „Co się odwlecze to nie uciecze, kiedyś znajdę dobre miejsce” i „Odpuszczam temat, lubię podróże, mogę włóczyć się po świecie”. Jedna z nich pasuje dziś do Biedronia jak ulał.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















