Nieświęty święty komiksu. Jak Robert Crumb obnażył Amerykę

Nie trafiały do niego ani moda, ani kultura dzieci kwiatów. Ubierał się jak agent ubezpieczeniowy, a zamiast psychodelicznego rocka słuchał ragtime’u. Jak to się stało, że projektant pocztówek Robert Crumb został twarzą amerykańskiej rewolucji?
Czyta się kilka minut
Rysunki z komiksu „Kafka”, Robert Crumb i David Zane Mairowitz, 2019 r. // Materiały prasowe wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria
Rysunki z komiksu „Kafka”, Robert Crumb i David Zane Mairowitz, 2019 r. // Materiały prasowe wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria

Schyłek prezydentury Reagana. Robert Crumb, patron amerykańskiego komiksu niezależnego, publikuje historię „If I Were a King”, w której, zgodnie z tytułem, fantazjuje o świecie rządzonym przezeń żelazną ręką. W królestwie Crumba kobiety otrzymują nakaz dopasowania się do obowiązującego kanonu piękna, tymczasem mężczyźni zmuszeni są pamiętać, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. 

Komiks na barykadach

Brak swobód obywatelskich kompensują czyste powietrze i cisza – nie bez przyczyny monarcha zdelegalizował ruch samochodowy (za środek transportu po królestwie służy mu riksza ciągnięta przez skąpo ubraną, potężną rowerzystkę). Najważniejszym urzędnikiem na jego dworze jest królewski szewc, zajmujący się projektowaniem obuwia dla jego faworyt. Dni mijają mu niespiesznie na trosce o poddanych, orgiach i ucztach. 

Gdy feministyczne bojówkarki szturmują jego pałac, rozgniewany Crumb staje z nimi do walki. Cherlawy rysownik z łatwością powala puczystki. W geście triumfu siada na stosie zmożonych i wciska w usta ich przywódczyni penisa – zdaniem obłąkanego króla to najskuteczniejsza metoda resocjalizacji.

Robert Crump, fragment komiksu „Kot Fritz. Gwiazda ekranu”, 2007 r. // Materiały prasowe wydawnictwa Kultura Gniewu

Historyjki z „If I Were a King” nie są najbardziej obscenicznym komiksem Roberta Crumba, ale wystarczająco trafnie oddają naturę wyobraźni artysty słynącego z ignorowania tabu. Tam, gdzie zwykliśmy odwracać wzrok z odrazą, rubaszny rysownik upatruje sedna swoich utworów. 

Komiks Crumba i grzeszne początki

Crumb urodził się w 1943 r. w Filadelfii, w czasach, kiedy komiksy znajdowały się u szczytu popularności. W dzieciństwie zaczytywał się w humorystycznych historyjkach twórcy Sknerusa McKwacza Carla Barksa czy – również pracującego w studiu Disneya – Walta Kelly’ego. Jego obrazoburcze komiksy bardziej jednak niż perypetie Kaczora Donalda przypominają tak zwane biblie z Tijuany, czyli pornograficzne opowieści obrazkowe, będące jedną z ulubionych lektur Amerykanów w czasie wielkiego kryzysu.

Sprzedawane spod lady sprośne pisemka obfitowały w kąśliwe żarty, których obiektami byli bohaterowie popularnych pasków komiksowych, hollywoodzkie gwiazdy i gatunkowe archetypy, takie jak jurny komiwojażer. Ich główną atrakcją był wszelako seks: wyuzdany i bezpruderyjny.   

„Komiksy, które zainspirowały moje pokolenie – wczesne »Mad« oraz komiksowe horrory i science fiction lat 50. – w przeważającej części zostały stworzone przez osoby wypaczone przez te małe książeczki” – przyznał w przedmowie do zbioru „Tijuana Bibles: Art and Wit in America’s Forbidden Funnies, 1930s-1950s” rysownik Art Spiegelman. 

Wraz z zakończeniem II wojny światowej tworzone dla pokrzepienia serc i wzmocnienia ducha narodu opowieści superbohaterskie straciły na znaczeniu. Opowieści obrazkowe zdominowane zostały przez sceptycyzm i pesymizm ponowoczesności, a miejsce patriotycznych herosów zajęły krwiożercze potwory i wszelkiej maści typy spod ciemnej gwiazdy. 

Przemoc, wulgarność i erotyzm z kart komiksów (nieporównywalnie mniej obrazowy niż w bibliach z Tijuany) przykuły uwagę opinii publicznej, która doszukiwała się w nich źródła rosnącego odsetka przestępstw nieletnich. W nagonce na ulubione medium Crumba przodował popularny psychiatra Fredric Wertham. Za jego sprawą w 1954 r. wprowadzono Kodeks Komiksowy, regulujący, jakie treści i obrazy mogą pojawiać się w komiksach członków Amerykańskiego Stowarzyszenia Magazynów Komiksowych.

Plansza tytułowa komiksu „Pan Naturalny i Flakey Mazgaj”, Robert Crump, 2009 r. // Materiały prasowe wydawnictwa Kultura Gniewu

Komiksowa Kalifornia

W kodeksowych Stanach Zjednoczonych komiksy, ale też filmy, podważające ówczesne normy i reguły estetyczne, znalazły się na cenzurowanym. Sztywne i konformistyczne lata 50. nie mogły jednak trwać wiecznie. Wraz z kolejną dekadą rozpoczęła się epoka buntu i wyzwolenia. Nowe pokolenie autorów – zafascynowanych ciętym humorem magazynu „Mad”, obrzydzonych purytańską papką i głodnych eksperymentów – zaczęło szukać ujścia dla swoich wywrotowych pomysłów.

Niektórzy związali się z czasopismami studenckimi, inni współtworzyli prasę alternatywną, a jeszcze inni stawiali pierwsze kroki pod okiem redaktora Harveya Kurtzmana w satyrycznym magazynie „Help!”. Gdy komiksiarze tacy jak Frank Stack, Gilbert Shelton i Jaxon kładli podwaliny pod amerykański komiks undergroundowy, Robert Crumb wiódł stateczne życie u boku pierwszej żony Dany i zarabiał na chleb, projektując kartki okolicznościowe. Mimo że nie był pionierem, to właśnie on został twarzą rewolucji.

Życie Crumba wywrócił na nice incydent z 1965 r., kiedy to po raz pierwszy zażył LSD spopularyzowane przez znanego psychologa, ikonę amerykańskiej kontrkultury, Timothy’ego Leary’ego.

„To było dla mnie jak droga do Damaszku. Zostałem zwalony z nóg, a sposób, w jaki rysowałem, nagle się zmienił” – wspomniał po latach. 

Przez kilka miesięcy rysownik działał jak na autopilocie, zapełniając kompulsywnie strony szkicownika. Z haju zrodziły się też pierwsze numery „Zap Comix”, serii, która skatalizowała rozwój komiksu undergroundowego. Raczkujący psychonauta zaprezentował w nich podejście skrajnie różne od standardu Kodeksu Komiksowego.

Bohaterami jego surrealistycznych, groteskowych i wulgarnych historyjek byli sfrustrowani przedstawiciele klasy średniej, hipisowscy bumelanci oraz życiowi wykolejeńcy. Ich perypetie obok amerykańskiego snu nawet nie stały. Crumb sprawił, że konserwatywne, ale przede wszystkim obłudne Stany Zjednoczone zadrżały w posadach, co przypadło do gustu kontestującej młodzieży. 

„Zap Comix” stało się bestsellerem wśród długowłosych mieszkańców dzielnicy Haight-Ashbury w San Francisco (większym wzięciem cieszyły się wyłącznie marihuana i psylocybina). W ślad za Crumbem ruszyli rysownicy tacy jak Steve Clay Wilson, Victor Moscoso, Rick Griffin, Spain Rodriguez i Robert Williams. Komiks undergroundowy ruszył z kopyta.

Z komiksu do łóżka, z łóżka na papier

„Nikt nie stał nam nad głową i nie mówił »tego nie możesz robić« albo »tego nie wolno ci pokazać«. Mogliśmy robić, co tylko chcieliśmy” – wspominał w dokumencie „Comic Book Confidential” Crumb. Niezależny obieg gwarantował twórcom niespotykaną dotąd swobodę. Dla pomysłodawcy „Zap Comix” była to okazja do drążenia tematu, którym zaprzątał sobie głowę od najmłodszych lat: seksu. „Kiedy byłem młody, dręczyło mnie obsesyjne pożądanie, ciągle fantazjowałem o seksie i masturbacji” – wyznał w rozmowie dla „The Guardian”. Tę obsesję doskonale obrazują jego komiksy.

O ile w debiucie legenda undergroundu ograniczyła się do frywolnych żartów i okazyjnej nagości, o tyle w zinach, takich jak „Snatch Comics” czy „Jiz Comics” dał się poznać jako pomylony pornograf. Nie przejmował się tabu, które ogranicza pornograficzną wyobraźnię. Obrazy seksu spod jego stalówki były sprośne, brzydkie i pozbawione zmysłowości; dopełnione sztubackimi żartami (dość powiedzieć, że jednym z wczesnych bohaterów Crumba był Dicknose, mężczyzna z penisem zamiast nosa), jak również wisielczym humorem i slapstickową przemocą.

Susan Sontag w eseju „Wyobraźnia pornograficzna” konstatowała, że jedną z przyczyn gwałtownego rozwoju pornografii były w tamtym czasie „radykalne przekształcenia tradycyjnych obyczajów rodzinnych i porządku politycznego oraz zachwianie równowagi wskutek zmiany tradycyjnych ról płciowych”. Przedstawiciele kontrkultury uznali libidalne opowiastki Crumba za emancypacyjne, przymykając oko na, przesłonięte murem ironii i samoświadomości, dewiacyjne treści. 

Nie wszyscy jednak podchodzili do komiksów lubieżnego rysownika bezkrytycznie. „To dla mnie dziwne, jak łatwo ludzie przymrużają oczy na ohydną i mroczną stronę twórczości Crumba. Co, do cholery, jest śmiesznego w gwałcie i morderstwie?” – zastanawiała się na łamach magazynu „BLAB!” Trina Robbins, współzałożycielka kolektywu Wimmen’s Comix.

Ojciec komiksu undergroundowego nigdy jednak nie zgrywał niewiniątka. Wielokrotnie podkreślał swoją głęboko zakorzenioną, podszytą incelskimi przekonaniami wrogość wobec kobiet, a własne utwory nazywał szowinistycznymi i mizoginistycznymi.

Fragment komiksu „Kafka”, Robert Crumb i David Zane Mairowitz, 2019 r. // Materiały prasowe wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria

Kogo nienawidzi Robert Crumb

Zresztą Crumb nigdy nie poprzestawał na nazywaniu siebie mizoginem. Preferował bardziej pojemną kategorię mizantropa, w końcu w niechęci do ludzi wyznawał parytet.

W wywiadzie dla portalu „Observer” argumentował: „nienawidzę mężczyzn znacznie bardziej niż kobiet. Są okropni. To oni odpowiadają za wszystkie gwałty, rozboje i masowe mordy”. 

Nie było to bynajmniej czcze gadanie dla udobruchania żeńskiej krytyki. Mężczyźni z jego komiksów są małostkowi, okrutni, prymitywni, zaślepieni chucią, a zazwyczaj po prostu głupi.

Dobrym tego przykładem jest historia „The Ruff-Tuff Cream Puffs Take Charge!”, w której tytułowe ptysie, będące tak naprawdę narwanymi redneckami, postanawiają odbić kraj z rąk mięczaków i mimoz. Mięśniacy z łatwością zdobywają Kapitol, lecz problem pojawia się, gdy próbują ustalić, kto z nich stanie na czele państwa. Nikt nie chce ustąpić, przez co dochodzi do krwawej jatki, podczas której samce alfa własnoręcznie się wymordowały. Rewolucja pożera własne dzieci, ot co.

Komiksem w hipokryzję

Lewicujący czytelnicy także nie mogli czuć się bezpiecznie, Crumb dzielił razy po równo. Mimo że był jedną z ikon kontrkultury, ruchem hipisowskim pogardzał. Nie trafiały do niego ani moda, ani kultura dzieci kwiatów – ubierał się jak agent ubezpieczeniowy, a zamiast psychodelicznego rocka słuchał ragtime’u (co zabawne, rozgłos przyniosła mu okładka płyty „Cheap Thrills”, firmowanej nazwiskiem Janis Joplin). 

Już w pierwszym numerze „Zap Comix” napiętnował hipokryzję pozornie liberalnych i progresywnych mężczyzn. Jak przyznał w wywiadzie dla wortalu „Observer”: 

„kultura hipisowska Haight-Ashbury była pełna facetów-nierobów, oczekujących, że kobiety podadzą im jedzenie. »Laska« musiała zadbać o dom, gotować posiłki, a nawet płacić za nich czynsz. Wolna miłość oznaczała dla mężczyzn darmowy seks i żarcie”.

Ze wszystkich mężczyzn Crumb najbardziej nienawidził siebie. Po „kwaśnych” latach 60. komiksiarz coraz częściej eksperymentował z formami autobiograficznymi (niemałą rolę odegrała w tym jego druga żona Aline Kominsky, przedstawicielka komiksu undergroundowego i uznana memuarystka).

W swoich pamiętnikach autor zaskakiwał wręcz ekshibicjonistyczną szczerością. Jak na spowiedzi opowiadał o intymnych i kłopotliwych sprawach: fetyszach („Footsie”), nadpobudliwości seksualnej („You Can’t Have Them All”) oraz żalu do kobiet („My Troubles with Women”). Co ważne, nie czynił z siebie ofiary i nie szukał usprawiedliwienia. Swoje podłe uczynki zwykł udobitniać. 

Nienawiść Crumba do siebie należy rozumieć w dwójnasób: z jednej strony był swoim najzajadlejszym krytykiem, z drugiej – neurotykiem, który od najmłodszych lat czuł niechęć do swojego wątłego ciała, „niemęskiej” wrażliwości i wizerunku outsidera. Kroniką tego wstrętu jest „Walkin’ the Streets”, jeden z późniejszych, a zarazem najpoważniejszych komiksów autora. 

W „Walkin’ the Streets” Crumb opowiada o dorastaniu w Stanach Zjednoczonych Eisenhowera. Scenerią jego wspomnień jest spokojne miasteczko nad potokiem, jakby wyrwane ze stronic powieści Marka Twaina. Sielskie sąsiedztwo okazuje się jednak piekłem, w którym smaży się amerykańska rodzina nuklearna. Nieśmiały Robert wychowuje się wśród borykającego się z problemami psychicznymi rodzeństwa, oschłego, przemocowego ojca i cholerycznej, uzależnionej od amfetaminy matki.

Na domiar złego raz po raz odwiedza ich babcia, znana ze słabości do kieliszka i nienawiści do czarnych. Chłopak nie może liczyć na chwilę wytchnienia poza domem, ponieważ tam czyhają na niego rówieśnicy, którzy uczynili z niego popychadło. Dla Crumba Ameryka była koszmarem, z którego nie mógł się wybudzić (udało mu się to dopiero kilka dekad później, gdy wraz z żoną i córką wyemigrował na południe Francji).

Król perwersji

Susan Sontag w „Wyobraźni pornograficznej” utrzymywała, że zdrowe skłonności są zaledwie częścią ludzkiego doświadczenia. To skłonności chorobliwe, takie jak słabość do pornografii, opisują skrywany, niechętnie eksplorowany mrok, ale też całą ambiwalencję, która nie mieści się w zdrowym ideale. Studiując twórczość legendy undergroundu, nietrudno przyznać eseistce rację, bo obcesowe ziny opisywały rzeczywistość lat 60. i 70. wierniej niż jakikolwiek kodeksowy komiks. 

Pisząc o artyście i komiksiarzu Franku Stacku, Crumb twierdził, że 

„dorastając na południu, doświadczył aż nadto tępego fundamentalizmu, rasistowskiej podłości i kulturowej pustki. Komiksy stały się dla niego sposobem na wyrzucenie tego wszystkiego z siebie”. 

Słowa te równie dobrze opisują samego Crumba, który dekadami przelewał na papier zakorzenione w podświadomości uprzedzenia. 

Dziś można mieć wątpliwości, czy w ten sposób nie przyczynił się do ich rozpowszechnienia i utrwalenia. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jego nonkonformistyczne podejście zainspirowało rzeszę współczesnych artystów do eksplorowania granic medium i przyczyniło się do włączenia komiksu w obieg sztuki wysokiej. Przez chwilę Crumb rzeczywiście był królem, nawet jeśli despotą.

Robert Crumb, Autoportret // Materiały prasowe wydawnictwa Kultura Gniewu

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pan Mizantrop