Niebezpieczna klasa

TEMAT TYGODNIKA: Polscy prekariusze pytani o to, czy jeśli będzie trzeba, to wyjdą na ulice, odpowiadają, że tak.

05.07.2015

Czyta się kilka minut

Eugeniusz Poczta z Poznania: Dziś, kiedy politykom pęka pod nogami lód, nagle zwraca się uwagę na to, co mówią pokrzywdzeni. / Fot. Łukasz Cynalewski / AGENCJA GAZETA
Eugeniusz Poczta z Poznania: Dziś, kiedy politykom pęka pod nogami lód, nagle zwraca się uwagę na to, co mówią pokrzywdzeni. / Fot. Łukasz Cynalewski / AGENCJA GAZETA

Pracują na śmieciówkach, umowach na czas określony albo zatrudniają się sami. Mają nieregulowany czas pracy, nie dostają pieniędzy za nadgodziny, uważają, że nie są traktowani z szacunkiem. Nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a jeśli kiedyś dostaną emeryturę, to będzie głodowa. Nie wystarcza im do pierwszego, mają długi, biorą dodatkowe zlecenia i twierdzą, że nie robią tego z wyboru.

Młodzi, na starcie albo starzy, wyrzuceni „poza margines”. Sfrustrowani i źli, gotowi do protestów. W ostatnich wyborach głosowali „przeciwko”: władzy, elitom, systemowi. Nieważne, na kogo, ważne, że przeciw. W sejmowych korytarzach szepcze się dziś z trwogą, że na jesieni zmiotą obecny układ sił. W Europie już stali się elektoratem partii protestu, wystarczy wymienić greckie ugrupowanie SYRIZA czy hiszpańskie Podemos.


Przeczytaj także:


Guy Standing, brytyjski ekonomista, po raz pierwszy nazwał ich prekariuszami. – To pierwsza klasa ludzi pracujących, która zamiast z czasem zyskiwać prawa – traci je. Traci prawa obywatelskie, kulturowe, społeczne i gospodarcze, które inne klasy przed nią wywalczyły – tłumaczył Standing w jednym z wywiadów. Łacińskie słowo precaius oznacza bycie na łasce i niełasce, w stanie niepewności.

23 maja okrzyknęli Dniem Prekariatu. W tym roku protestowali w Warszawie marszem „My, prekariat”, który wyruszył spod Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Kim są ci, o których Standing pisze: „nowa, niebezpieczna klasa społeczna”?

Czekając na „lepiej”

Poznałem go dwa lata temu przed bramą fabryki Fiata w Tychach. Montował części przy taśmie. Miesięcznie nie wyciągał nawet dwóch tysięcy na rękę. Żalił się, że wstaje o czwartej rano, żeby zdążyć na autobus z Bielska-Białej do fabryki. Wtedy bał się, że pójdzie na bruk podczas grupowych zwolnień. Planował, że wyjedzie do Wielkiej Brytanii z dziewczyną. Tam za funty ułożą sobie życie. Tutaj, w Polsce, nie wyobrażał sobie tego.

Dzwonię, żeby zapytać, jaką decyzję podjął.

– Zostałem – mówi od razu Dawid. – I od tamtej pory żałuję.

Fabryka zaproponowała najlepiej rokującym, młodym pracownikom, że zatrudni ich „na akord”, przez agencję pracy tymczasowej. To wtedy Dawid stał się prekariuszem.

– Byłem na telefon. Kierownik dzwonił i zaczynałem pracę przy jakimś projekcie – opowiada. – Praca albo była przez dwa tygodnie, albo jej nie było przez miesiąc.

Łapał się różnych dodatkowych zajęć. Malował pokoje, kładł płytki, dorabiał u kolegi w warsztacie samochodowym. Wiele potrafi, wiele zniesie.
– Do czasu – mówi. – Człowiekowi nerwy siadają, jak nie wie, co go następnego dnia czeka. Zadzwonią, nie zadzwonią? Odpowiedzą na wysłane CV czy nie? A może „Jerry”, mieszkający od paru lat w Manchesterze, napisze na Facebooku: przyjeżdżaj, jest wakat? Wtedy dzwoni telefon, kierownik mówi: szykuj się, jest robota.

I choć wie, że jak ją skończy, to wróci do domu i znowu będzie czekać na znak, zgadza się. Zapomina o wszystkim, bo „jest robota”, „na razie się udało”, „jeszcze tylko trochę i będzie lepiej”.

Na razie taką huśtawkę wytrzymuje, kierownik dzwoni coraz częściej, pieniądze też są z tego większe. O Wielkiej Brytanii z dziewczyną nie myślą. Rodzice obiecali, że dorzucą się do wesela, ślub będzie na jesieni. W ostatnich wyborach oddał nieważny głos. Wcześniej głosował na Komorowskiego.
– Bo ile można czekać na to „lepiej”? – pyta.

Bunt jako etap ostatni
Mają już swoich reprezentantów. To w większości organizacje pozarządowe, ale i tworzące się partie polityczne. Skupiają się wokół Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza (OZZIP), którego założyciele na oficjalnej stronie internetowej przedstawiają się jako „oddolny, samorządny związek zawodowy, założony z inicjatywy pracowników Zakładów Cegielskiego w Poznaniu i lokalnych ruchów społecznych”. OZZIP współpracuje także z anarchistyczną organizacją Rozbrat z Poznania. Za „partię prekariatu” uważa się świeżutka na scenie Partia Razem z Jakubem Baranem jako przewodniczącym zarządu.

– Tak, jestem prekariuszem – mówi Jarosław Urbański, socjolog i aktywista związany m.in. z poznańskim Rozbratem, autor książki „Prekariat i nowa walka klas”. Co znaczy „być prekariuszem”? – Jest to związane ze zmianami na rynku pracy i wielkimi, zawiedzionymi nadziejami – mówi Urbański. – Bardzo duża grupa ludzi uświadomiła sobie, że awans społeczny, o którym zawsze marzyła, jest poza jej zasięgiem. Są też tacy, którzy sobie z tego nie do końca zdają sprawę, ale przeczuwają, że to, co proponuje się im dzisiaj, jest nie do przyjęcia.

Skąd się wzięli? Zdaniem Urbańskiego to społeczny efekt przemian zapoczątkowanych już w pierwszych latach transformacji ustrojowej, ale przede wszystkim skutek zmian, które zaszły w ciągu ostatnich lat. – Wprowadzenie agencji pracy tymczasowej, umów śmieciowych, umów na czas nieokreślony, wydłużenie wieku emerytalnego – wylicza Urbański. – To wszystko przyczyniło się do wzrostu frustracji. Dzisiejszy bunt przeciwko systemowi to tak naprawdę bunt przeciwko elicie solidarnościowej, która wywalczyła i rozpoczęła transformację, a dziś próbuje tylko podtrzymać status quo. Bunt prekariuszy jest ostatnim etapem polskiej transformacji. Po nim rzeczywistość będzie już inna.

Status, czyli cenny zasób

– Chociaż mam etat, moje stanowisko jest niepewne, zdolność kredytowa żadna, zarobki bliskie płacy minimalnej. Mam trzyletnie doświadczenie i żadnych perspektyw na poprawę sytuacji – wylicza Piotr Solga, doktorant socjologii, asystent naukowy w Instytucie Śląskim z Opola. – Doktorat to ostatnio niezły wybieg, żeby nie być od razu po studiach prekariuszem. Nie daje przychodów, ale daje wizerunek, jakiś tam status, a to dzisiaj cenny zasób.
Co to znaczy „być prekariuszem”?

– My, prekariusze, mamy poczucie, że płyniemy na okręcie bez map, celu, hierarchii załogi, właśnie wpływamy w sztorm, a kapitan wypadł za burtę – mówi Solga. – Kiedy ktoś, zamiast dalej się zadłużać, żyć poza nawiasem, mówi „sprawdzam”, system zaczyna się sypać. Na tym etapie jesteśmy teraz.
Według Solgi przyczyną buntu jest sytuacja na rynku pracy. – Dawniej można było mieć mało ambitną pracę, bez perspektyw, ściśle kontrolowaną przez osiem godzin, ale też bez ryzyka. Albo zaryzykować i założyć własny biznes – mówi. – Dzisiaj każda praca jest jak własny biznes – nawet ta najbardziej jałowa. Ryzyko jej utraty, spirali długów jest wysokie, a jednocześnie wolności za to nie otrzymujemy, bo musimy być dyspozycyjni 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, choć mało zarabiamy.

W grudniu 2014 r. Piotr Solga, wtedy student socjologii na Uniwersytecie Opolskim, zaczyna działać. Obmyśla ogólne założenia, pierwsze punkty programu, cele na najbliższe miesiące. Na początek włącza komputer i wpisuje tych kilka punktów na Facebooku. Jeśli strona nie osiągnie 500 „lajków” – zastrzega – pomysł na partię zostanie zawieszony razem ze stroną. Dziś ma 455 „polubień”. Bo Polska Partia Prekariatu istnieje tylko przez kilka miesięcy jako strona na Facebooku. – Pomysł został skanalizowany m.in. przez Partię Razem – mówi dziś Solga. – Nie mam o to pretensji.

Burzyciele elit

Prekariusze to nie tylko młodzi, nieradzący sobie na rynku pracy. To także pokolenie, które pamięta „czasy, w których praca była dla każdego”, wieloletni pracownicy, nawet emeryci. Tak jak Eugeniusz Poczta, od lat 70. pracownik Zakładów Cegielskiego, od roku emeryt. W dawnym miejscu pracy angażuje się społecznie. Działa w OZZIP. I ta działalność nieraz przyprawia go o wysokie ciśnienie.

– Pracownicy w Cegielskim nie mają kompetencji – człowiek po podstawówce jest brygadzistą, a inżynier pracuje w warsztacie. Średnia płaca w całym zakładzie to 4,8 tys. zł. Ale to kierownicy zawyżają średnią, większość nie wyciąga nawet 2 tys. Ja mam podobną emeryturę. Wiem, że nie powinienem narzekać, ale jak widzę, co się dzieje, to nie mogę siedzieć cicho.

– Cała formacja postsolidarnościowa przeżywa dzisiaj załamanie zaufania. Tego nie da się odwrócić – twierdzi socjolog Jarosław Urbański. – Śmiem twierdzić, że prekariat przyczyni się do zburzenia dzisiejszych elit.

Ale czy młodzi, przedstawiciele zblazowanego pokolenia „Y”, będą potrafili wyjść zza ekranów komputerów i zmienić coś w „realu”?

– Oczywiście. Młodzi nadal potrafią zmieniać rzeczywistość. I nie tylko młodzi – mówi Urbański. – Przez ostatnie lata mieliśmy szereg poważnych wystąpień przeciw władzy. Protesty pielęgniarek, górników, rolników. Wszystkie były poważnymi sygnałami, że coś jest nie tak. Ale szybko zostały spacyfikowane. Dziś, kiedy politykom pęka pod nogami lód, nagle zwraca się uwagę na to, co mówią pokrzywdzeni. Ogromny problem, który wtedy sygnalizowali ci rolnicy na drogach, nie został rozwiązany. Teraz mamy tego efekty.

Smartfon od mamy

Rozsiadł się w fotelu autobusu podmiejskiego: zmęczony wzrok, słuchawka w jednym uchu, polski rap pogłośniony na maksa. Tomek wraca do domu po ośmiu godzinach przy taśmie w fabryce międzynarodowej firmy S. pod Toruniem. – Dopiero w bramce, przy wyjściu, oddycham – mówi, kiwając głową do rytmu. – W środku jest zaduch i ogólnie ciężka atmosfera. Brygadzistka źle na mnie patrzy, bo się na nią poskarżyłem, jak nie chciała mnie puścić do kibla. Mogli ją za to nawet zwolnić.

Trudno uwierzyć, ale kiedyś skończył politologię i planował wielkie rzeczy. Pisał bloga o polityce, na który zaglądali lokalni dziennikarze. Angażował się w różne akcje, wszędzie go było pełno. Ale za „zajawkę”, jak mówi, nikt ci kasy nie da. Tym bardziej za bloga. Więc zaczął szukać. Najpierw wybierał ogłoszenia takie jak: „senior visual merchandiser”, „młodszy specjalista od marketingu”, „specjalista social mediów”. Potem już tylko „robotnik gospodarczy” i „doradca finansowy”, czyli akwizytor.

Dzisiaj składa z części sprzęty RTV i zarabia płacę minimalną. Jest nisko w drabinie społecznej i ma o to wielkie pretensje. Przede wszystkim do „starych”, bo to oni mu kiedyś wkręcili, że po studiach jest się kimś, ma się pracę, samochód, zegarek. W drugiej kolejności do profesorów, bo to oni czyścili go z nadziei, na wykładach pukając się w głowę i cytując Tuska: „Lepiej być zatrudnionym spawaczem niż bezrobotnym politologiem”.

Czy Tomek się swojego losu wstydzi?

– Nie, do momentu, aż ktoś na imprezie nie zapyta. Jestem chodzącym stereotypem – mówi. Stereotypem kogo? Politologa przy taśmie albo kasie w supermarkecie? – Stereotypem młodego Polaka – odbija piłeczkę Tomek. – I nie przesadzam. Takich ludzi są miliony. Na studiach, oprócz nauki, mieliśmy budować CV. A kiedy szliśmy na rozmowę, słyszeliśmy: „Minimum trzy lata doświadczenia”.

Praktyki, staże, wolontariat?

– Byłem na stażu w urzędzie – mówi Tomek. – Potem był konkurs na stanowisko. Wygrał ktoś inny.
Głosował na Kukiza. I zagłosuje jeszcze raz. Na PiS nie mógłby się przemóc, o „Bronku” nawet nie ma mowy. Czego oczekuje? Dobrze zjeść, wygodnie się wyspać. Kupić auto, tak do 5 tys., żeby nie tłuc się autobusem. A za parę lat pójść do banku i usłyszeć: damy panu ten kredyt, żeby się pan nie wypłacił do końca życia.

– Taka jest rzeczywistość, nie ma co ukrywać – mówi z przekonaniem i zmienia piosenkę w smartfonie od mamy.

Ciekawe czasy

– Prekariusz to wieczne dziecko, które chce, ale nie może dorosnąć – mówi Ola, absolwentka polonistyki z Warszawy. – Wiecznie czekasz. Aż będzie cię stać na kupno mieszkania, na bilet samolotowy i wakacje w jakimś ciepłym miejscu. Aż matka przestanie mówić: „Dzwonię do ciebie w południe, a ty siedzisz w domu, co ty tam w ogóle robisz?”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Ola nie powinna narzekać. Ma pracę, dach nad głową, miejsce w samochodzie chłopaka. Mieszka w stolicy, raz w tygodniu pije mojito w knajpie na Saskiej Kępie, raz w miesiącu idzie do kina. Spędza wakacje w domku nad jeziorem na Mazurach. Bo przecież bunt w ludziach rodzi się nie w biedzie, ale wtedy, gdy zaczynają się bogacić. Jeśli ktoś tak powie, Ola wtrąci swoje „ale”.

Bo jej praca to kelnerowanie w innej knajpie na Saskiej Kępie. Żaden szczyt marzeń, nawet nie ich minimum. Ola marzyła o pisaniu, wysyłała recenzje do kilku portali, nawet nie odpisały. Zraziła się na dobre. Dach nad głową to wynajęta kawalerka, 27 metrów kwadratowych z aneksem kuchennym. Kiedy Ola smaży kurczaka, czuje zapach obiadu jeszcze dwa dni później. Samochód, jak już wiadomo, jest jej chłopaka, doradcy finansowego w firmie, której właściciel buduje wieżowce i jeździ luksusowym bugatti. A samochód chłopaka i tak kupił jego ojciec.

– Czekam, aż to wszystko się zmieni. Aż będę miała coś własnego – mówi. – Wkurza mnie, kiedy moi rodzice, ludzie po pięćdziesiątce, jakoś tam ustawieni, mówią: życie to nie tylko pieniądze, kariera. Starsi kompletnie nas nie rozumieją. Oni walczyli o jakiś tam skrawek wolności, żeby dostać płytę Rolling Stonesów, wypić tanie wino i nie zostać złapanym. My musimy walczyć o podstawy: pracę, mieszkanie, rodzinę. Oni mieli to na starcie. Zobacz, jaka to jest różnica. Co dalej? – Jak będzie trzeba wyjść na ulicę, to wyjdę – twierdzi Ola.

Czy rzeczywiście prekariat to – jak pisał Guy Standing – „niebezpieczna” klasa, pytam Jarosława Urbańskiego.

– W tym „niebezpieczeństwie” chodzi głównie o to, że w trudnych czasach popularne mogą stać się wszelkie „brunatne”, faszyzujące tendencje – mówi socjolog. – Nieprzypadkowo po wielkim kryzysie w latach 20. do władzy doszli dyktatorzy. Zachowując wszelkie proporcje: dzisiaj również mogą się rozwinąć radykalne postawy. Nawet antydemokratyczne. W Polsce frustracja przypada akurat na moment wyborów, więc tacy kandydaci jak Paweł Kukiz zbierają głosy sprzeciwu. A Kukiz te tendencje dobrze wyczuwa. Jak to wpłynie na wybory, trudno powiedzieć. Wiemy na pewno, że żyjemy w ciekawych czasach. Okazuje się, że wbrew temu, co twierdzili niektórzy, polityka wpływa na nasze życie. ©

Niektóre imiona zmieniłem.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter, z „Tygodnikiem” związany od 2011 r. Autor książki reporterskiej „Ludzie i gady” (Wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w polskich więzieniach i zbioru opowieści biograficznych „Himalaistki” (Wyd. Znak, 2017) o wspinających się Polkach.

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2015