Czy naprawdę jesteśmy bezsilni

BRAT CORDIAN SZWARC, franciszkanin, zastępca dyrektora Caritas Polska: Często decydujemy się nie działać tylko dlatego, że ograniczają nas przepisy. Ale pamiętajmy o tym, że przede wszystkim jesteśmy ludźmi.

20.09.2021

Czyta się kilka minut

Ośrodek dla Cudzoziemców w Lininie, wrzesień 2021 r. / JULIA ANDRUSZKO DLA CARITAS POLSKA
Ośrodek dla Cudzoziemców w Lininie, wrzesień 2021 r. / JULIA ANDRUSZKO DLA CARITAS POLSKA

MARIUSZ SEPIOŁO: Na Facebooku napisał Brat ostatnio, że jedzie do obozu dla uchodźców, do „naszych Afgańczyków”. Co znaczy „naszych”?

BRAT CORDIAN SZWARC: Do ludzi w podróży. Do ludzi, którzy zmuszeni wojną, zniszczeniem, cierpieniem wyruszyli w podróż i w drodze spotkali nas. Stali się naszymi gośćmi.

Mój tata mawiał: „Ty już tak nie filozofuj”, więc powiem prościej: „nasi Afgańczycy” to po prostu nasi bracia, nasze siostry, którzy podczas wędrówki potrzebują wsparcia.

„Nasi”, a więc ci, których przyjmujemy pod dach. Tak to rozumiem.

Gdyby moja siostra znalazła się gdzieś daleko w świecie i nagle podczas swojej podróży potrzebowała dachu nad głową albo czegoś do jedzenia, to byłbym wdzięczny każdemu, kto by jej pomógł. Z drugiej strony wiem że ludziom znajdującym się w „zawieszeniu”, w tułaczce, daleko od ojczyzny – potrzebne jest coś jeszcze. To poczucie bezpieczeństwa, bycia kochanym.

Jesteśmy w stanie im je dać?

Niestety nie zawsze. Pomoc ma swoje ograniczenia. Nigdy nie jest pełna, wystarczająca. Nie łudźmy się. Migranci przemierzają wiele kilometrów w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, przepływają morza, przechodzą długą drogę lądem, a kiedy docierają do tego – zdaje się – bezpiecznego miejsca, często spotykają się z niechęcią. Jeśli mają szczęście, dostają się do ośrodka dla uchodźców i stają się numerkiem, nazwiskiem na liście obecności. Nie powinniśmy się też łudzić, że ośrodek dla uchodźców jest celem samym w sobie. Jest przez nich traktowany przejściowo, jako coś tymczasowego, przystanek w drodze. Z drugiej strony wiem, że trafienie do ośrodka w Polsce to dla tych ludzi namiastka szczęścia. Bo życie w obozach na południu Europy to dramat.

Razem z grupą wolontariuszy pracował Brat w takim obozie – jednym z największych, na greckiej wyspie Lesbos. Czego Brat tam doświadczył?

Wolę mówić o tym, czego doświadczyli jego mieszkańcy. Bo jest to doświadczenie mojego brata i siostry jaskrawo pokazujące naszą bezsilność.

Naszą?

Bezsilność systemu, cywilizacji, obowiązujących praw, które w zderzeniu z pojedynczym dramatem często okazują się nieskuteczne, bezużyteczne. To doświadczenia życia w ogromnej grupie skupionej na niewielkim terenie, doświadczenie bezradności, lęku, strachu przed tym, co będzie. Poza tym: jest to obóz ze szczelnym ogrodzeniem i drutem kolczastym, namiotami ustawionymi w równych rzędach, ponumerowanymi niczym baraki.

Obraz kojarzący się jednoznacznie.

Tak. I to jest doświadczenie tych ludzi w XXI wieku. Mówiąc o bezradności, miałem na myśli bezsilność uchodźców wobec sytuacji, w którą zostali wrzuceni. Ale też naszą bezsilność: wolontariuszy, duchownych, Europejczyków. Okazuje się, że przez lata rozwoju cywilizacyjnego nie wykształciliśmy skutecznych metod i narzędzi, by pomagać potrzebującym bez przeszkód. Ciągle je napotykamy. Zderzamy się z niemocą, biurokracją, z niechęcią polityków.

Nawet jeśli bardzo chcemy pomóc, ogranicza nas jakiś szklany sufit?

I schematy, do których przywykliśmy. Na świecie jest wielu obrzydliwie bogatych ludzi, którzy swoje bogactwo pomnażają tylko po to, by realizować własne zachcianki. Dla reszty społeczeństwa stanowią punkt odniesienia. W takim świecie trudno o wrażliwość na los innych. Niestety, w takim schemacie funkcjonowania zapomnieliśmy, że nie jesteśmy na świecie sami, że nasze decyzje, postawy i wybory mają wpływ na tych, którzy żyją po drugiej stronie globu. Świadomość tej zależności to podstawa idei zawartych i we „Fratelli tutti”, i w „Laudato si”, i całym nauczaniu Franciszka. Ekologia integralna to świadomość, że mamy funkcjonować nie w próżni, ale w relacji – do innych ludzi, do przyrody, do Boga.

Problem w tym, że nie chcemy się tym bogactwem podzielić, ustąpić biedniejszym miejsca.

Nie chcę generalizować. Mimo wszystko ciągle jest we mnie wiara, że nawet jednostkowe postawy i decyzje mogą zmieniać świat. W naszym wolontariacie mamy silne przekonanie, że to, co robimy – np. na Lesbos – przekłada się na los konkretnej kobiety, dziecka, starca, rodziny. Taką mamy misję. Nawet jeśli jesteśmy kroplą w morzu potrzeb, to działamy tak, jakbyśmy mieli wywołać falę. To jest właściwie pytanie o całe zło na świecie.

To znaczy?

Rozmawiamy o tym, czy pomaganie ma sens w sytuacji, kiedy większość ludzi żyje z dnia na dzień i nie przejmuje się losem mieszkańców odległych miejsc na ziemi. Ja odpowiadam: tak, ma. Bo czy jesteśmy w stanie zapobiec całej przemocy, zabójstwom, kradzieżom, gwałtom, pedofilii? Nie. A mimo to powołujemy do życia służby i instytucje, które ciągle z nimi walczą. Przenosząc to na aktualny grunt: tak, możemy czuć się bezsilni wobec tragedii ludzi z Bliskiego Wschodu, ale mimo wszystko musimy próbować im pomóc.

A jeśli bezsilność wobec zła czuje zwykły parafianin, to co może zrobić, żeby mu się przeciwstawić?

Szukać najbliżej siebie. Skąd pan jest?

Z Torunia.

To mogę panu podać konkretne adresy w tym mieście. Najprostsza droga to zebrać znajomych, kumpli, bliskich, znaleźć odpowiednią wspólnotę w parafii i się zaangażować. Pójść do najbliższej Caritas, zapytać, czego potrzeba. Pójść do proboszcza, przegadać problem. Zadać sobie pytanie: co mnie boli i czego tak naprawdę oczekuję? Gdyby się pan dowiedział, że pana siostra jest prześladowana w dalekim kraju, zacząłby pan działać. W obliczu tragedii naszych braci i sióstr – np. Afgańczyków – też trzeba działać.

A co zrobić, jeśli na pytania o możliwość ­działania proboszcz odpowie po prostu: „Daj mi, człowieku, spokój”?

Wtedy trzeba sobie powiedzieć: trudno, facet jest, jaki jest. Ale ja działam. My działamy. Chcemy pomóc. Od znajomej rodziny katolików usłyszałem, że los uchodźców na polsko-białoruskiej granicy ich właściwie nie obchodzi, nie dotyczy, więc dlaczego mieliby się przejmować? To ludzie, którzy co niedzielę chodzą do kościoła. Myślę ­sobie: skąd się to bierze? Czego zabrakło?

Nie jestem psychologiem. Nie chcę generalizować, bo wiem, że postawy są różne i po drugiej stronie też różnie bywa. Są ludzie, którzy oglądając wiadomości powzruszają się nad losem Afgańczyków, pomartwią się, ponarzekają – i nie zrobią nic. Która postawa jest gorsza?

Pytam raczej o to, czy mogliśmy jako wspólnota zrobić więcej, żeby znieczulicy było mniej.

Jako społeczeństwo zmarnowaliśmy wiele okazji, by pewne rzeczy lepiej przepracować, przegadać, przemyśleć. Sprawdzonym sposobem jest wykonywanie rachunku sumienia: czy ja, Cordian, Mariusz, zrobiłem wystarczająco dużo, czy odpowiednio zareagowałem.

Jak Brat ocenia postawę polskiego Kościoła wobec tego, co dzieje się w Usnarzu Górnym?

To trudne pytanie. Czy nasze wspólnoty – jak np. Caritas – działają dobrze? Tak, działają. Caritas Archidiecezji Białostockiej angażuje się w pomoc każdej osobie, która zostanie do niej skierowana.

A czy robimy wystarczająco dużo... Opowiem historię. Niedawno u wybrzeży Grecji, na oczach gapiów utonęło kilkanaście osób płynących z Afryki nienadającą się do tego łajbą. Wie pan dlaczego? Bo prawo obowiązujące ludzi, którzy na to patrzyli, nie obligowało ich do udzielenia pomocy. Niestety, zbyt często decydujemy się nie działać tylko dlatego, że ograniczają nas przepisy. Ale pamiętajmy o tym, że przede wszystkim jesteśmy ludźmi.

Stan wyjątkowy w miejscowościach przy granicy powoduje, że nikt nie może pomóc koczującym tam uchodźcom, bo grozi to konsekwencjami.

No właśnie. Z jednej strony wiemy, jak skomplikowana jest to sytuacja. A z drugiej strony co? Nie pomożemy, bo prawo? Pozwolimy im tam umrzeć, „bo przepisy”? Sam modlę się o wskazanie, jak się w takich sytuacjach zachować.

Zakaz nie zwalnia nas z odpowiedzialności?

Nie zwalnia.

Dlaczego politycy nie słuchają takich wezwań?

Nie oglądam telewizji. Nie umiem wsłuchiwać się w tę narrację. Myślę, że trzeba byłoby zapytać ich bezpośrednio o wyzwania, z jakimi się mierzą.

Może więc postawą chrześcijańską byłoby wyłączenie telewizora, żeby nie być publicznością dla politycznego przedstawienia? Może wtedy uchodźcy otrzymaliby pomoc?

Wyłączenie telewizora i realna pomoc to na pewno lepszy pomysł.

Pracuje Brat nie tylko z uchodźcami w Caritas, ale też w projekcie „Siedem Aniołów” czy „Poznani nieznani”. We wszystkich tych projektach uczestniczą zaangażowani, wrażliwi, mądrzy młodzi ludzie. Świat nie zdążył z nich zrobić cyników.

Tak. A jak się zakochają, to są w stanie zrobić wszystko. W tym amoku, w tym szaleństwie miłości. Bóg w takim szaleństwie zrobił dla nas rzeczy wielkie i oni też są w stanie robić rzeczy wielkie. Ja tak naprawdę nie wszedłbym w niektóre rejony, gdyby oni tam nie wchodzili. To nie ja ciągnę ich za sobą, ale oni mnie.

Ci ludzie to nie jest Kościół przyszłości. To jest Kościół dzisiaj. Tworzą go ci, dla których ważne jest poszukiwanie odpowiedzi na współczesne pytania. Młodzież mierzy się z konkretnymi wyzwaniami, stawia konkretne pytania. Jeśli nie dostaje odpowiedzi w Kościele, buduje własną teologię. Po to, by się w jakiś sposób zmierzyć z tym, co się dzieje.

Czy Brat ze swoją wrażliwością nie czuje się w polskim Kościele osamotniony?

Kategorycznie nie. Być może ktoś uważa, że otaczają nas cynicy i nihiliści. Ale ja patrzę na Polskę i widzę, że tych dobrych jest dużo więcej, niż mogłoby się nam wydawać.

Chyba dobrze się ukrywają.

Zgodzę się, żyjemy w kryzysie. Ale jest to kryzys podziałów. Dzisiaj każdy musi się określić: jesteś za albo przeciw. Jesteś z nami albo przeciw nam. Stawiamy każdego pod ścianą i żądamy: określ się. Tymczasem rzeczywistość nie jest czarno-biała. Tak naprawdę rzeczywistości jest wiele. Ale zaczynam filozofować, więc może już kończmy?

Czego nas nauczy kryzys na granicy?

Jakkolwiek ta sytuacja się zakończy, to wiem, że konkretne zło wymaga konkretnego, natychmiastowego działania. Że nie mogę się usprawiedliwiać, zasłaniać, uciekać.

Nawet jeśli czuję się wobec tego zła bezsilny?

Jezus w spotkaniu z faryzeuszami też mógłby poczuć się bezsilny. A wszyscy wiemy, jak skończyła się ta historia.©

O. CORDIAN SZWARC jest franciszkaninem. Założyciel wspólnoty Siedem Aniołów (inicjatywy społeczno-kulturalno-ekologicznej). Funkcję zastępcy dyrektora Caritas Polska łączy z kierowaniem projektem Caritas Laudato si i przewodniczeniem Radzie Wolontariatu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter, z „Tygodnikiem” związany od 2011 r. Autor książki reporterskiej „Ludzie i gady” (Wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w polskich więzieniach i zbioru opowieści biograficznych „Himalaistki” (Wyd. Znak, 2017) o wspinających się Polkach.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2021