„Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata” – dlaczego u nas nie powstają filmy tak dobre jak ten

Radu Jude wynalazł własny kinowy język, erudycyjny i zabawny, trochę tylko zapożyczony u Godarda.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata”, reż. Radu Jude, 2023 r. // Materiały prasowe Aurora Films
Kadr z filmu „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata”, reż. Radu Jude, 2023 r. // Materiały prasowe Aurora Films

Przy takich filmach pogłoski o śmierci kina okazują się przedwczesne i grubo przesadzone. Choć przecież wzięty od Stanisława Jerzego Leca tytuł „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata” mówi sam za siebie – mała apokalipsa właśnie się dokonuje. Innego końca nie będzie, bo go nie doczekamy. Trochę na przekór tym samosprawdzającym się przepowiedniom Radu Jude nakręcił brawurową opowieść, którą zdawkowo dałoby się określić jako „jazdę po mieście” – po bandzie i bez trzymanki. Bohaterką jest bowiem młoda asystentka produkcji filmowej i to jej zwyczajno-szalony dzień, spędzony głównie w aucie, przynosi ostrą diagnozę świata, jaki znamy aż za dobrze. 

Zanim Angela (gra ją fenomenalna Ilinca Manolache) założy kusą cekinową sukienkę i ruszy do pracy, kamera ledwie omiecie wzrokiem jej nocny stolik – a tam Marcel Proust i Henry Fielding. Łatwo ich przeoczyć, albowiem to, co robi bohaterka, niewiele ma wspólnego z jej aspiracjami. Angela zasuwa od świtu do nocy, głównie przy filmowych chałturach dla zachodnich korporacji. Widzimy, jak odwiedza po domach ludzi poszkodowanych w wypadkach przy pracy i rejestruje ich opowieści. Kto zwycięży w castingu krzywd i nieszczęść (czytaj: kto spełni oczekiwania możnego zleceniodawcy, dbającego o swój humanitarny wizerunek), otrzyma jakiś pieniężny ochłap.

Napięty grafik Angeli zawiera też inne obowiązki. Wśród nich jest robocza wizyta na zagranicznym planie filmowym (Rumunia to kraj tanich podwykonawców), spotkanie z deweloperem planującym inwestycję na terenie prawosławnego cmentarza (leżą tam dziadkowie bohaterki) czy narady z austriackimi klientami o nazwiskach Hans Frank i Doris Goethe (w tej roli znana niemiecka aktorka Nina Hoss). Są także odwiedziny u sędziwej aktorki z zapomnianego filmu „Angela idzie dalej” (1981) Luciana Bratu, którego fragmenty wplata Jude do swego filmu. Kręcone na „ciepłej” taśmie ORWO zderzają się z surową czarno-białą materią współczesności i zmuszają do porównań losu obu kobiet. Czyli taksówkarki z mrocznej i seksistowskiej epoki Ceauşescu oraz dzisiejszej wyemancypowanej „baby za kółkiem”, zmuszonej brać kolejne nadgodziny, czekać na przelew i nawet życie erotyczne prowadzić na przednim siedzeniu.  

W rytm prostej samochodowej muzyki, do tekstów w rodzaju „więcej hajsu!”, Angela przedziera się przez korki, klaksony i klątwy. Nic dziwnego, że musi czasem odreagować. Wyciąga wtedy smartfon, ustawia radykalne filtry i przeistacza się w patoinfluencera o imieniu Bobik, postać w stylu niesławnego Andrew Tate’a. Eksperyment społeczny i bezpardonowa prowokacja znajduje wielu bezkrytycznych oglądaczy, zbiera liczne „lajki i szery”. Gdyż Bobik mówi, jak jest albo jak być powinno. Przekierowuje społeczny gniew, obrażając kobiety, romską mniejszość i walczącą Ukrainę. Jest głosem społeczeństwa, które na skutek permanentnego wyzysku i samowyzysku, pogrążone w historycznej amnezji, traktowane przez Zachód z wyższością, marzy już tylko o jednym – by konsumować jak najwięcej.

Ów temat powraca u Judego, począwszy od fabularnego debiutu. Najnowszy jego dokument, „Osiem pocztówek z Utopii”, zrealizowany z Christianem Ferenczem-Flatzem, to montaż reklam z okresu rumuńskiej transformacji. W „Niefortunnym numerku lub szalonym porno” nauczycielka, której prywatna sekstaśma wyciekła do sieci, przemierza pandemiczny Bukareszt, a ten jawi się niczym jeden wielki architektoniczno-reklamowy śmietnik. 

Panuje on też w głowach wielu rodaków rumuńskiego reżysera. I to w najlepszym razie, bo jakie skrywane demony się tam kłębią, pokazywał przegadany nieco film „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”, gdzie szykowana współcześnie teatralna rekonstrukcja zdobycia Odessy przez wojska rumuńskie w 1941 roku musi zmierzyć się z przemilczeniami na temat masakry tamtejszych Żydów. Wcześniej, w dokumencie „The Dead Nation”, poruszył Jude (wbrew nazwisku nie jest on z pochodzenia Żydem) wstydliwy temat rumuńskiego antysemityzmu. A zanim u nas zaczęła się moda na rozliczenia z feudalnym niewolnictwem, w „Aferim!” reżyser opowiedział porażającą historię romskiego niewolnika z Wołoszczyzny pierwszej połowy XIX w.   

Rytualnie można by zapytać, dlaczego nie u nas powstają filmy jak ten o końcu świata, chociaż mamy podobne książki (skojarzenia z nową prozą Doroty Masłowskiej są tu nieuchronne). Na przykład w roli sfrustrowanej Angeli i zarazem pyskatego Bobika widziałabym Katarzynę Chlebny. Poza tym wszystko mogłoby pozostać bez większych zmian: zakorkowane i zanieczyszczone miasto w nieustającej przebudowie, bardzo niemiłe społeczeństwo, wiecznie peryferyjny kraj Unii Europejskiej, będący jedną wielką montownią dla zachodnich koncernów. I jeszcze ów rozpoznawalny klimat późnego kapitalizmu w wydaniu środkowoeuropejskim, poczucie ciągłego niedorozwoju, wzmocnione powszechną uberyzacją i uśmieciowieniem wszystkiego. Od jedzenia, przez kontakty międzyludzkie, pracę, politykę, kulturę (z kinem włącznie), na sprawach ostatecznych skończywszy.

Jude wynalazł dla tego własny kinowy język, erudycyjny i po prostu zabawny, trochę tylko zapożyczony u Godarda. Ten dwuipółgodzinny esej, poddany nieprzewidywalnej rytmice, zanurza w oparach absurdu bystre obserwacje i cytaty, których gotową listę znajdziemy w napisach końcowych. Żeby było trochę mniej śmiesznie, jego fabularna tkanka, prócz wspomnianych materiałów promocyjnych i wulgarnych filmików z TikToka, zawiera także podany bez cudzysłowu materiał dokumentalny. To… pięciominutowy przegląd krzyży przydrożnych, oskarżający narodową bezmyślność i brawurę, co w kontekście obśmiewanej tutaj „Europy dwóch prędkości” kłuje dodatkową ironią.

Ostatnie zaś pół godziny, zrealizowane w jednym ujęciu, teatralne i metafilmowe równocześnie, w którym tak zwana klasa kreatywna filmuje klasę ludową, a scenografią jest miszmasz historyczno-cywilizacyjnych przemian, nie pozostawia wątpliwości, z jaką filmową bombą mamy do czynienia. W przeciwieństwie do Angeli i jej ekipy, całkowicie wolną od cynizmu. A w odróżnieniu od karykaturalnego Bobika, wyrażona przez Judego gniewna niezgoda na śmieciowy świat nie ogranicza się do pokazania mu środkowego palca. 

NIE OBIECUJCIE SOBIE ZBYT WIELE PO KOŃCU ŚWIATA (Nu aștepta prea mult de la sfârșitul lumii) – reż. Radu Jude. Prod. Rumunia/Chorwacja/Francja/Luksemburg 2023. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 27 września. 


Radu Jude należy do ścisłej czołówki reżyserów, nie tylko rumuńskich. Poczynając od „Najszczęśliwszej dziewczyny na świecie” (2009), jego filmy zdobywały nagrody na najważniejszych festiwalach europejskich. Doceniono szczególnie „Aferim!” (2015), „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” (2018) i „Niefortunny numerek lub szalone porno” (2021). 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jazda po mieście