Polski film po festiwalu w Gdyni. Wstydu nie ma

„Jesteśmy przed wielkim egzaminem. Walczymy o naszą twarz” – mówił podczas gali zamknięcia Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Wojciech Marczewski, nagrodzony Platynowymi Lwami za całokształt. Tegoroczna twarz polskiego kina – zmęczona, niedoinwestowana i mocno spięta – w większości przypadków wstydu nie przyniosła.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Pod wulkanem”, reż. Damian Kocur, 2024 r. // Materiały prasowe KPFF
Kadr z filmu „Pod wulkanem”, reż. Damian Kocur, 2024 r. // Materiały prasowe KPFF

W głównym konkursie 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni aż trzy tytuły, w tym film otwarcia, opowiadały o bieżącej wojnie w Ukrainie. Obok nich znalazła się nagrodzona historia o heroicznej białoruskiej opozycjonistce, laur za najlepszy krótki metraż otrzymał zaś Mohammed Almughanni, młody reżyser z Palestyny. Dołóżmy do tego fakt, iż najwięcej nagród zdobyły dwa filmy: obraz duńskiego piekła kobiet wyreżyserowany przez twórcę ze Szwecji oraz mało patriotyczna odsłona rodzimej góralszczyzny. A finalnie Złote Lwy zdobył wyklinany przez „prawdziwych Polaków” i domorosłych geopolityków film o kryzysie humanitarnym na naszej wschodniej granicy.

Powstawały jeszcze za poprzedniej władzy (choć nie zawsze z jej wsparciem), więc tegoroczny festiwal tym bardziej udowodnił, że dotychczasowe pojęcie kina narodowego należy odesłać do lamusa. Jesteśmy częścią dużo większego i bardziej skomplikowanego organizmu, nie tylko jako kinematografia. W tych historiach odbijały się zbiorowe lęki przed wojną, brunatnieniem Europy, powrotem starego porządku w różnej, również totalitarnej postaci. Ale także niezgoda na przemoc naszą codzienną, w bardziej kameralnym i ukrytym, bo rodzinnym czy szkolnym wymiarze.

Polityka i wojna na festiwalu w Gdyni

Z werdyktem festiwalowego jury pod przewodnictwem Małgorzaty Zajączkowskiej bardzo chciałoby się podyskutować, choć może bardziej z zasadami kwalifikacji do konkursu. Główny triumfator, czyli „Zielona granica” Agnieszki Holland, był wielkim nieobecnym poprzedniej edycji festiwalu, miał premierę i zagraniczne sukcesy równo rok temu, sytuując się dzisiaj niejako poza wszelką konkurencją. Mimo że nie okazał się dziełem wyłącznie interwencyjnym, a po zmianie władzy nadal w wiadomym lesie umierają ludzie, to Złote Lwy są nagrodą spóźnioną. W dalszym ciągu jest to kino emocjonalnie angażujące, niewygodne w swoim humanitarnym sprzeciwie i bez wątpienia przetrwało próbę czasu, czego dowodem także nagroda gdyńskiej publiczności. Odebrało jednak szansę innym, świeżo nakręconym i co najmniej równie świetnym tytułom.

Podobnemu testowi na ponadczasowość można by kiedyś poddać dzisiejsze „polskie filmy ukraińskie”. Wszystkie zrealizowano w szlachetnym celu jako fabularyzowane świadectwa putinowskiej inwazji i wyraz współpracy międzysąsiedzkiej, jakże różne są jednak ich punkty widzenia i użyte środki. Na przykład Łukasz Karwowski w „Dwóch siostrach” zastosował perspektywę typowo polską: oto dwie dziewczyny (świetne Karolina Rzepa i Diana Zamojska) ruszają autem do Charkowa, by ewakuować rannego ojca (jest tam wolontariuszem). Mają po drodze rozmaite przygody, stykają się z wojennym koszmarem, lecz doświadczają także pomocy, będącej wyrazem ukraińskiej wdzięczności. Przyrodnie siostry załatwiają też swoje rodzinne obrachunki, ale wyprawa na linię frontu kończy się tak, ażeby nie było żadnych wątpliwości, czym jest ta wojna. Jakbyśmy nie korzystali z internetu, nie oglądali dokumentów i potrzebowali zainscenizowanej dosłowności. 

Okazuje się to niczym w porównaniu z pornografią wojny, jaką serwują nam Maciej Ślesicki i Filip Hillesland w filmie „Ludzie”. Epatują obrazami wymyślnego (chociaż zapewne udokumentowanego) okrucieństwa, głównie z udziałem dzieci, niewidomych, zwierząt oraz kobiet, co zawsze uderza najmocniej. I jeszcze dają popis filmowej erudycji – cytując schody odeskie Eisensteina, „Idź i patrz” Klimowa, „Underground” Kusturicy czy „Ładunek 200” Bałabanowa. Paradoksalnie ginie gdzieś w tej surrealistycznej szarży banalno-ludzkie bestialstwo rosyjskich „orków” i aż chciałoby się zapytać, czy biorący w tym udział świetni ukraińscy aktorzy (i dzieciaki!) nie doświadczają czasem powtórnej traumatyzacji. Bo zwykli widzowie bez wątpienia.

Można jednak opowiedzieć o tej wojnie zupełnie inaczej. Całkowite zaprzeczenie eksploatacyjnej metody znajdziemy u Damiana Kocura w „Pod wulkanem”, który zainicjował festiwal i jednocześnie okazał się (obok „Minghuna” Jana P. Matuszyńskiego) jego wielkim przegranym. Film opiera się na niby-dokumentalnej obserwacji dobrze sytuowanej ukraińskiej rodziny, którą rosyjska inwazja zaskoczyła na Teneryfie, i który w ogóle nie pokazując wojny, mówi o niej bardzo dużo. Toczy się ona bowiem w głowach bohaterów, a poniekąd i w naszych. Dlaczego ów polski kandydat do Oscara, pokazywany niedawno na festiwalu w Toronto, opuścił Gdynię z jedną tylko nagrodą jury, dla nastoletniej Sofiji Berezowskiej za profesjonalny debiut aktorski? Czyżby rodzime kino ciągle nie było gotowe na język pozbawiony literalności, złożony raczej z nastrojów, niewysłowionych lęków i napięć? (Więcej o filmie Kocura, w związku z jego premierą kinową, w najbliższym numerze „Tygodnika”).

Kadr z filmu „Pod wulkanem”, reż. Damian Kocur, 2024 r. // Materiały prasowe KPFF

Na tym tle nie dziwi, iż skromny, wręcz zgrzebny dramat „Pod szarym niebem” Mary Tamkovich doceniono za debiut reżyserski. Tworząca w Polsce niezależna białoruska reporterka opowiada tu autentyczną historię dziennikarskiej pary, Kaciaryny Andrejewej i Igora Iljasza, doświadczających (przede wszystkim ona) najsurowszych represji za swoją antyreżymową działalność. I nawet jeśli były na festiwalu bardziej intrygujące debiuty (np. „Lany poniedziałek” Justyny Mytnik, czyli wybuchowa mieszanka dziewczyńskiej traumy, obrzędowego katolicyzmu i realizmu magicznego), jury najwyraźniej preferowało otwarcie polityczne emocje.

Nagrody dla „Dziewczyny z igłą” i „Białej odwagi”

„Dziewczyna z igłą” Magnusa von Horna, duński kandydat do Oscara i najbardziej uhonorowany tytuł polskiego festiwalu, ze Srebrnymi Lwami włącznie, pomimo całej swojej baśniowo-horrorowej stylizacji też ma w sobie polityczność. Ta mroczna przypowieść o seryjnym dzieciobójstwie sprzed stu lat, o pokłosiu Wielkiej Wojny i perwersyjnej siostrzanej sprawczości, to zakamuflowana krytyka systemu, który nie dawał kobietom wyboru.

Jednakże „fabrykantka aniołków” zagrana przez Trine Dyrholm (nagroda za drugoplanową rolę żeńską) pomagając tytułowej dziewczynie, nosi w sobie wiele sprzeczności i film nie poprzestaje na obnażeniu indywidualnej psychopatologii. Domaga się wnikliwej analizy na wielu polach i zawieszenia prostych moralnych osądów, jakkolwiek jego efektowna forma (nagroda za zdjęcia Michała Dymka, za muzykę Frederikke Hoffmeier, scenografię Jagny Dobesz czy kostiumy Małgorzaty Fudali) nie przylega idealnie do treści. Jest ekscesem, który dodatkowo obezwładnia, toteż jego wystudiowane piękno może się wydawać chwilami wręcz podejrzane w obliczu spiętrzonej tu makabry. Tyle że reżyser „Intruza” i „Sweat” zdaje się całkowicie tego świadomy – zrobił film tylko pozornie kostiumowy i czarno-biały. I bardziej polski, niżby mogłoby się wydawać, bliższy jakiejś dystopijnej, acz niedalekiej przyszłości niż dawno zamkniętej przeszłości. 

Innego rodzaju baśniowy filtr zastosował Marcin Koszałka w „Białej odwadze”, drugim tytule obsypanym hojnie nagrodami (za reżyserię, scenariusz Koszałki i Łukasza M. Maciejewskiego, za pierwszoplanową rolę Sandry Drzymalskiej i drugoplanową Juliana Świeżewskiego). Kiedy film wchodził do naszych kin, zbierał mieszane recenzje, czasem skrajne w tych samych kwestiach. Zarzucano mu, że mówiąc o wstydliwym epizodzie, jakim była podhalańska kolaboracja z nazizmem, uraził góralski honor, to znów, że za słabo docisnął temat. Dla jednych wielką i małą historię potraktował nazbyt swobodnie, dla innych wcale nie był filmem historycznym, lecz góralską gawędą o archetypicznym konflikcie dwóch braci. Wszyscy zachwycali się zdjęciami gór, chociaż niektórym przeszkadzało, że film ucieka w „górskie porno”.

Od początku doszukiwano się w filmie Koszałki kontrowersji, a równocześnie krytykowano, że na skandalu buduje renomę. Jedno jest pewne: to tytuł, który lepiej sprawdza się bez medialnego wzmożenia, oglądany z większym dystansem, z otwarciem na walory ekranowe i licencje poetyckie. Wtedy widać najlepiej, że ta historia z Goralenvolkiem w tle, wbrew zarzutom z różnych stron, nie jest ani jednowymiarowa, ani wykalkulowana, ale po prostu atrakcyjna filmowo.      

Kadr z filmu „Dziewczyna z igłą”, reż. Magnus von Horn, 2024 r. // Fot. Łukasz Bąk / Materiały prasowe Gutek Film

Oblicza przemocy w polskim kinie

Dobrze, że dzisiejsze polskie kino nie zatrzymuje się na oczywistych obrazach przemocy, sprowadzających ją do spektaklu z czasów zaprzeszłych i miejsc oddalonych. W tym roku wyróżniono dwa debiutanckie filmy (jeden z Konkursu Głównego, drugi z nowej sekcji Perspektywy), w których odbijały się systemowe nadużycia władzy tak oswojone czy wręcz znormalizowane, że prawie niewidoczne w swej patologii.

Korek Bojanowski w mikrobudżetowej „Utracie równowagi” rozprawia się z mechanizmami przemocy działającymi w szkole teatralnej. „Ja was muszę zgwałcić, żeby was życie nie zgwałciło” – taką metodę pedagogiczną stosuje w filmie reżyser przedstawienia dyplomowego. Dostrzeżona przez gdyńskie jury Nel Kaczmarek wciela się w postać ambitnej studentki, która walczy o rolę Lady Makbet i pada ofiarą reżyserskich manipulacji, nazwanych tu eufemistycznie pracą na emocjach. Efektem jest małe laboratorium przemocy, a jej raz rozkręcony mechanizm wymyka się w którymś momencie spod kontroli.

I tak jak film Bojanowskiego nawiązuje do głośnych afer ostatnich lat w szkolnictwie artystycznym, tak „Rzeczy niezbędne” Kamili Tarabury powstały na podstawie reportażu „Mokradełko” Katarzyny Surmiak-Domańskiej (film właśnie wszedł do kin). Współscenarzystka Katarzyna Warnke zagrała kobietę, która z pomocą zaprzyjaźnionej dziennikarki (w tej roli Dagmara Domińczyk) próbuje uwolnić się nie tylko od traumatycznego dzieciństwa, kiedy była molestowana przez ojca za cichym przyzwoleniem własnej matki (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), ale też od piętna winy i wstydu.

Razem ze wspomnianym, utrzymanym w zupełnie innej tonacji „Lanym poniedziałkiem” filmy te przełamują tabu i zarazem towarzyszącą mu czasami niezdrową sensację, w imię swojej wewnętrznej prawdy. Podobnie jak pominięta w werdykcie „Kobieta z...” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, gdzie intymny dramat polskiej osoby transpłciowej udało się osadzić na tle historycznych przemian i ponadczasowej obstrukcji prawnej. I gdyby nie pojawiający się gdzieniegdzie ton nadmiernie aktywistyczny, pewnie skuteczniej dałoby się wzbudzić empatię wobec bohaterki zagranej przez Mateusza Więcławka i Hajewską-Krzysztofik.

Zdjęcia do tego filmu kręcone były m.in. w Bystrzycy Kłodzkiej – mieście, które „wystąpiło” również jako dawna Kopenhaga w „Dziewczynie z igłą” i miasteczko z „Lanego poniedziałku”, a które dziś zmaga się z powodzią. Tak oto rzeczywistość wdarła się jeszcze mocniej na festiwalowe ekrany. Lecz pojawiały się, na szczęście, momenty, kiedy te ciemne skłębione zasłony dało się na chwilę rozgonić. Krzysztof Skonieczny we „Wrooklyn Zoo” snuje brawurowe fantazje o wielokulturowym Wrocławiu, gdzie współcześni Romeo i Julia oraz niespodziewany sojusz skejtersko-romski z pomocą dziadka kresowiaka spuszczają łomot miejscowym skinheadom (nagroda za montaż dla Sebastiana Mialika). Jest w tym młodziakowatym kinie mało prawdopodobieństwa, za to dużo wdzięku, a kto pamięta „Hardkor Disko” czy serial „Ślepnąc od świateł” tego samego reżysera, będzie wiedział, czego się spodziewać. Nade wszystko uwodzicielskiej stylówki – dla wykreowanego na ekranie miasta i dla bohaterów. Trzeba też odnotować aktywny udział społeczności Romów w tym przedsięwzięciu, choć naiwnie baśniowa konwencja, chcąc nie chcąc, wymusiła egzotyzację.

Co zostaje w pamięci po gdyńskim festiwalu

Spełnieniem kina lżejszej wagi miał być także „Kulej. Dwie strony medalu” Xawerego Żuławskiego. Nie do końca się to udało. Łobuzerska natura tytułowego bohatera i łotrzykowska energia narracji nie zdołały spiąć filmu sportowego o legendarnym polskim pięściarzu z historią obyczajową (Jerzy Kulej jako fatalny mąż i ojciec) i opowieścią o uwikłaniu w gomułkowski reżym. Ciekawym pomysłem na postać zagraną przez Tomasza Włosoka było dopisanie do bokserskiego biogramu historii emancypacyjnej jego żony Heleny (Michalina Olszańska), podejmującej tuż przed Marcem ’68 roku pracę w MSW. Aczkolwiek z jakichś powodów wszechwiedzącym narratorem pozostaje za kadrem nie ona, lecz trener Kuleja, odtwarzany przez Andrzeja Chyrę. W efekcie nie jest to opowiedziane ani na serio, ani wystarczająco zabawnie – może z wyjątkiem scen z Konradem Elerykiem i Bartoszem Gelnerem w roli zaprzyjaźnionych cwaniaczków. Ostatecznie film musiał się zadowolić jedynie statuetką za charakteryzację dla Agnieszki Hodowanej.

A za pierwszoplanową rolę męską nagrodę zgarnął Jacek Borusiński, grający w niepozornym „Wróblu” Tomasza Gąssowskiego. W tym akurat filmie czuje się trochę ożywczego powietrza, choć przecież znamy skądinąd te minimalistyczno-prowincjonalne klimaty, ciepłe i cierpkie jednocześnie – kłania się tradycja kina czeskiego czy oldskulowy Aki Kaurismäki. Dawno nie było tak sympatycznego portretu Polaka nieudacznika: samotnego listonosza, który traci pracę, zapalonego piłkarza, który ciągle grzeje ławę, na dodatek ukradli mu rower i z dnia na dzień musi zająć się swoim wyrodnym dziadkiem z DPS-u.

Z kolei świeżą jakość humoru inteligenckiego przyniósł w konkursie Perspektywy „To nie mój film” debiutantki Marii Zbąskiej, nagrodzony Złotym Pazurem im. Andrzeja Żuławskiego. Kiedy zimową porą małżeństwo czterdziestolatków w kryzysie postanawia przejść czterysta kilometrów bałtyckim wybrzeżem, ciągnąc na saniach swój tymczasowy dom, dowiadują się o sobie więcej niż przez całe wspólne życie. A wielu ich rówieśników z widowni ma szansę odnaleźć w owych przekomarzankach i pozach tę bardziej irytującą cząstkę siebie.

Zamiast rytualnych narzekań na polskie kino festiwalowe, porównań z poprzednimi edycjami, wyciągania średniej arytmetycznej i spiskowych spekulacji wolę inne podsumowanie: jeśli festiwal należał do udanych, to na pewno w swojej różnorodności. Również narodowej i językowej, tudzież dzięki tym paru tytułom, które z rozmaitych powodów nie pojawiły się w roku ubiegłym.

Wybrana wówczas nowa dyrektorka artystyczna Festiwalu Joanna Łapińska dopiero w tym roku miała szansę stworzyć imprezę bardziej autorską, a dzięki ostatnim przetasowaniom w czołowych instytucjach odpowiedzialnych za naszą kinematografię i wygranej walce o tantiemy z internetu dało się odczuć powiew zmiany, wreszcie naprawdę dobrej. Oczywiście, dramatycznie brakuje pieniędzy na filmy, instytucja kina coraz częściej przegrywa ze streamingiem, pojawiają się nowe wyzwania cywilizacyjne, a gruntowne porządki w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej czy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich zajmą jeszcze sporo czasu.

„Jesteśmy przed wielkim egzaminem. Walczymy o naszą twarz” – mówił podczas gali zamknięcia Wojciech Marczewski, nagrodzony Platynowymi Lwami za całokształt. I cokolwiek miał na myśli ten mistrz i mentor, to tegoroczna twarz polskiego kina, zapewne janusowa, zmęczona, niedoinwestowana i na ogół mocno spięta, w większości przypadków wstydu nie przyniosła.

Po tych słowach mimowolnie pomyślałam o mężu „dziewczyny z igłą”, który wrócił z okopów bez połowy twarzoczaszki, został cyrkowym dziwowiskiem, ale mimo wszystko nie stał się potworem. To jednak nie jego, ale jej twarz, ekspresyjnie oskarżycielska i wielkooka niczym z kina niemego, wbija się w moją pofestiwalową pamięć najbardziej, podobnie jak twarz ukraińskiej dziewczynki, która pod palmami, w cieniu kanaryjskiego wulkanu, ze zgrozą ogląda karnawałowe fajerwerki. Właśnie dla takich twarzy warto było pojechać do Gdyni. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Doniesienia spod wulkanu