Skąd w nas uzależnienie od poczucia pewności?

Znacie tę obawę przed wypracowaniem sobie własnego zdania? Obserwuję to w dyskusjach o książkach czy filmach: „dobrze, że wypowiedziałaś swoje zdanie, bo już myślałam, że to ze mną jest coś nie tak”.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Nie jest przyjemnie udowadniać, że nie jest się wielbłądem, choć jest to bagaż, z którym trzeba się liczyć, publikując cokolwiek pod własnym nazwiskiem. Np. „Tygodnik Powszechny” budzi przeróżne skojarzenia, co wiąże się z możliwością zostania posądzonym o jakieś zaetykietowane poglądy. Są to często skojarzenia, na które sama bym nie wpadła, i bardzo ode mnie samej odległe, ale trzeba z tym jakoś żyć – wbrew różnym mitom ludzie pióra nie mają jakiegoś wszechmocnego wpływu na ludzkie umysły. To zresztą dobrze, bo warto mieć swój własny.

No właśnie – swój własny. Tak czasami, w starych, zagrzybiałych latach dziewięćdziesiątych i zerowych, ludzie odpowiadali na pytanie o przekonania polityczne, dotyczące wiary itp. Jakie masz poglądy? Moje własne (albo czasami mniej dyplomatycznie: to nie pański interes; czy: to wolny kraj i mogę myśleć, co mi się podoba). Czasem stało za tym wcale niegłupie przekonanie, że niektóre rzeczy to istotnie sprawa osobista, a czasem faktycznie satysfakcja z tego, że samodzielnie, drogą doświadczeń, rozmów, czytania albo po prostu myślenia kształtowało się swój horyzont opinii, nawet jeśli niespójny czy naiwny.

Z powodu zawodowego zainteresowania codziennością minionych dekad bywam posądzana o nostalgię, co akurat nie jest prawdą – wcale nie uważam, że kiedyś żyło się lepiej. Są jednak dwie rzeczy, które przeniosłabym z lat dziewięćdziesiątych do dziś. Po pierwsze, chciałabym, żeby dziś muzyka była tak samo ważną częścią codziennego życia. A po drugie – właśnie tę dumę z własnoręcznie kleconej niezależności umysłu, połączonej ze zdolnością „wybierania swoich bitew”, bo nie na wszystkich frontach da się walczyć naraz, i machaniem ręką na niektóre sprawy (dla referencji polecam włączyć sobie stary przebój T.Love, „I love you”).

Pojęcie indywidualizmu ma ostatnio złą prasę. Być może zmienia się jego odcień znaczeniowy i używane jest inaczej niż wcześniej: bardziej niż „samodzielność, niezależność myślenia i postępowania” spotyka się je w kontekstach sugerujących sobkostwo, egocentryzm i niezdolność do współpracy. Słowa także ewoluują i czasem wobec osiągnięcia jakiejś masy krytycznej pozostaje się przyzwyczaić. Ale samej postawy – nieważne, jakiego nowego imienia się doczeka – zamierzam bronić – bo zbyt łatwo przychodzi porzucanie samodzielności i odpowiedzialności za swoje czyny, postawa „niech ktoś coś”. Pomoc umysłu roju się przydaje, gdy trzeba przeprowadzić burzę mózgów, zasięgnąć rady – ale wielu decyzji delegować nie można i są chwile, gdy trzeba przede wszystkim ufać sobie.

Mówi się, że ludzie teraz o wszystko się kłócą, ale jednocześnie dzieje się coś innego, pewnie ciekawszego niż taka inscenizacja wiersza Brzechwy „Na straganie” – obawa przed wypracowaniem sobie własnego zdania i niepewność co do niego. Obserwuję to w dyskusjach o książkach czy filmach: „dobrze, że wypowiedziałaś swoje zdanie, bo już myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, skoro ten film mi się nie podobał”. „Nareszcie ktoś to powiedział”. („A Ty nie mogłeś?” – nasuwa się pytanie).

To uzależnienie od poczucia pewności, od tego, że musi odpowiedzieć nam jakieś echo, tak jakby własna myśl nie miała żadnej prawomocności – nawet dla nas samych. Albo impuls szufladkowania, który próbuje się czasami opakować w ładną, nowoczesną nazwę „efektywności”, podczas gdy skrywa przykrzejszą rzeczywistość narażania na lenistwo umysłowe. Niektórzy mądrzy skądinąd specjaliści czasami bronią swojego przekonania o słuszności szufladkowania, powołując się na ewolucję („gdybyś nie szufladkował w paleolicie, to byś umarł w butach z mamuta!”), ale chyba mylą przy tym ewolucję, czyli proces, z przeznaczeniem wyrytym w kamieniu, albo wpadają wprost pod „gilotynę Hume’a” – bo tak czasami w filozofii nazywa się rozstrzyganie między „jest” a „być powinno”. Ale także, być może i niestety, to obrona przed tym, by nie musieć się zastanawiać.

A zatem wywołując dysonans poznawczy, robisz dobry uczynek, bo chronisz umysły przed popadnięciem w marazm. Można zacząć od spraw prostych i mało inwazyjnych: jedno ze wzgórz, na których ludzie nie wiedzieć czemu lubią ginąć, to formy gramatyczne i słowotwórstwo. Zatem na pytanie: „czy wolisz mówić, że ta pani to mój »gość«, czy moja »gościni«?” możemy odpowiedzieć: „mnie jest to obojętne, jak ona woli”. „A jak sama wolisz być nazywana?” – tu zgodnie z prawdą również odpowiadam, że także jest mi to absolutnie obojętne, bo w Polsce jak kto chce. 

I już pyszna zabawa w szufladkowanie popsuta. Znów trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystko jest takie oczywiste. No masz ci los…

To już samozaszufladkowanie się // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nareszcie ktoś to powiedział