Michał urodził się na początku lat osiemdziesiątych. W czasach szkolnych był dobry w biegach na orientację. Umiał nieźle liczyć w pamięci, choć czasem zacinał się na mnożeniu 7 razy 8. Studia skończył z pełną szafką zapisanych zeszytów i pobazgranych notatkami kserówek, choć jego pismo ręczne zawsze przypominało nieporadne wprawki ucznia podstawówki.
Telefony i maile całkiem wielu osób znał na pamięć, nie mówiąc o adresach wraz z kodem pocztowym. Znajomi zazdrościli mu opanowania, bo faktycznie rzadko kiedy wyprowadzały go z równowagi poranne korki czy trochę „lagujący” (spowalniający) komputer – zawsze mógł posłuchać sobie muzyki albo pobawić się w głupie rysunki na kartce.
Tak było jeszcze dziesięć lat temu.
Milenialsi: czy smartfon coś im odebrał
Dzisiaj Michał korzysta z tych samych wygodnych rozwiązań, co większość z nas: ma smartfona w kieszeni, nawigację w aucie, czasem korzysta z czatbotów, ale bez przesady.
Ostatnio jednak zorientował się, że wszystko stało się dla niego za wolne, nieporęczne, pracochłonne. Nie umiał sobie przypomnieć, kiedy ostatnio chciało mu się pogłówkować nad jakimś prostym problemem.
Chcąc wytłumaczyć komuś drogę w okolicy, którą przecież nieźle znał, musiał się sporo namęczyć bez pomocy mapy w telefonie. Prosty rachunek procentowy w głowie wymagał takich akrobacji umysłowych, że zrobiło mu się wstyd. Nie pamiętał, kiedy czekał na coś bez przykrego zniecierpliwienia.
Czuł, że wszystko w jego życiu jest teoretycznie wygodniejsze, ale on sam coraz mniej pamięta i umie, a do tego wcale nie czuje się specjalnie lżej. Jakby podpisał kuszącą umowę na wyręczanie w codziennych zadaniach, a może wręcz rozpieszczanie wewnętrznego lenia w zamian za samodzielność i umiejętności, które wcześniej nie sprawiały mu problemu. Umowa opłacała się coraz mniej, a nawet podejrzanie przypominała cyrograf.
Zetki: internet był od zawsze
Córka Michała, Maja, przyszła na świat już jako obywatelka nie tylko Polski i Unii Europejskiej, ale także świata cyfrowego. Towarzyszką jej dzieciństwa była Świnka Peppa z ekranu tableta, a potem ulubieni youtuberzy. Nigdy nie korzystała z papierowej mapy, wycieczki z tatą planowali już, wbijając piny w mapę Google’a i wybierając optymalną trasę.
Ma czasem tendencję do bezkrytycznej wiary w to, co usłyszy na wideoblogach, i do chodzenia na skróty – czatbot robił jej ściągi i streszczał lektury. Opanowanie gier, aplikacji, edycji grafik i montowania filmów przychodzi jej w lot.
Część lat szkolnych Mai przypadła na lockdown, dlatego jej naturalnym środowiskiem kontaktów z rówieśnikami jest internet. Tam udziela się w społecznościach fanów k-popu, z którymi widuje się potem na zlotach. Ale też właśnie internet zmotywował ją do zdobywania i dzielenia się umiejętnościami bardzo offline, wymagającymi cierpliwości, precyzji i pracy rąk: tworzeniem kostiumów, makijaży, kaligrafią w bullet journalu, czyli ozdobnym osobistym organizerze. Ostatnio umawia się ze znajomymi na wspólne rysowanie na wideo.
Efekt Google’a: pamiętasz, czego szukałeś, ale nie co znalazłeś
Michał i Maja to postaci powołane do życia na potrzeby tego artykułu, ale sklejone z jak najbardziej realnych doświadczeń usłyszanych w rozmowach z najprawdziwszymi ludźmi.
Wszystkie pokolenia odczuwają konsekwencje nadmiernego odciążenia poznawczego (cognitive offloading), ale w nieco inny sposób. Odciążenie poznawcze to praktyka stosowana jeszcze przed wynalezieniem komputerów i prawdopodobnie stosowana przez każdego – chodzi o wszelkie sposoby, które pozwalają delegować nieco wysiłku umysłowego na zewnątrz: karteczki post-it i kalendarze, które pomagają pamiętać, kalkulatory wyręczające w liczeniu. Prosiaczek z „Misia Uszatka” wiązał na chusteczce węzełek, gdy chciał sobie przypomnieć o jakiejś ważnej sprawie. Stosowana z umiarem, praktyka ta pozwala uwolnić możliwości umysłu, by móc skupić się na bardziej złożonych sprawach i nie rozdrabniać się nad problemami rutynowymi.
Im bardziej jednak polegamy na takich pomocach, tym bardziej rośnie zagrożenie, że zamiast działać jak brzytwa, umysł się przytępi i rozleniwi. Już w 2011 r. Betsy Sparrow, Jenny Liu i Daniel Wegner z Uniwersytetu Harvarda opisali „efekt Google”, czyli zapamiętywanie, czego szukaliśmy w wyszukiwarce, ale już nie samej odpowiedzi.
Obecnie w odniesieniu do utraty umiejętności poznawczych używa się czasem pożyczonego z ekonomii, złowrogo brzmiącego terminu „deskilling”, czyli spadek kwalifikacji. W kontekście przemysłu używano go do sytuacji, gdy wykwalifikowanego pracownika firma zastępowała niezawodowym operatorem maszyny, co oznaczało osłabienie pozycji tego pierwszego. Dziś natomiast, gdy redukujemy cały wysiłek, pozwalając się w pełni wyręczać urządzeniom, robimy to sobie sami.
Cyfrowa amnezja: gdy wiedza rdzewieje
Starsi – ci, którzy zdobyli umiejętności analogowe, a potem wykonali skok na główkę w cyfrową rzeczywistość – mierzą się ze specyficzną odmianą atrofii: zanikiem kompetencji poznawczych zbliżonym do osłabienia mięśni po bardzo długim bezruchu. Zjawisko to upowszechniło się na tyle, że doczekało się złowrogo (i słusznie) brzmiącego określenia „cyfrowa amnezja”.
Wiedza nie znika zupełnie, ale mocno rdzewieje i powrót do dawnej wprawy bywa frustrujący, bo przypomina nam o własnych zaniedbaniach. To do nich mógłby swoje słowa kierować główny bohater wydanej w 2014 r. powieści „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka: „Wyjąłeś sobie wszystko z głowy i włożyłeś w tablet, w komputer, w chmurę, w cokolwiek (...) Co się stanie, jak pamięć zewnętrzna się zepsuje?”.
Młodsi, „tubylcy cyfrowi”, często stoją przed wyzwaniem trudniejszym, ale być może bardziej ekscytującym: nauki czegoś zupełnie od zera. Nie muszą sobie czegoś przypominać czy robić kroku wstecz, bo pewnych rzeczy, oczywistych jeszcze dla pokolenia ich rodziców, czasami się po prostu nie uczyli. Z badań szwajcarskiego socjologa i analityka behawioralnego Michaela Gerlicha wynika, że najmłodsi użytkownicy są najbardziej narażeni na zależność od wspomagania technologicznego, a co za tym idzie, osłabienie zdolności do samodzielnego i krytycznego myślenia.
Cyfrowy impuls: do realu da się wrócić
Nie jest jednak powiedziane, że znajdujemy się na jednokierunkowej drodze, co widać także w wynikach badań. Przykładowo, projektant i wykładowca George Hajian dzielił się swoimi wnioskami z zajęć ze studentami, którzy od początku pracowali w środowisku cyfrowym. Im więcej zlecał zadań wymagających ręcznej pracy, tym dokładniejsze i lepsze stawały się ich projekty wykonane już przy pomocy komputerów.
Bywa też, że to świat cyfrowy dostarcza impulsu, by wyjść poza jego granice, zachęcając do udziału w społecznościach zainteresowań. Miewają być może dla wielu nowomodne nazwy, które pozwalają odnaleźć się nawzajem w internecie, ale kolejnym krokiem jest wyjście do tzw. realu: birdwatching (ptasiarstwo, czyli obserwowanie i rozpoznawanie ptaków), urban sketching (rysowanie w plenerze).
Podczas najbliższej podróży pociągiem zachęcam do dyskretnego rozejrzenia się dookoła: wielu pasażerów będzie siedzieć z nosami w telefonach, ale ci z krzyżówką czy robótką prawdopodobnie będą należeć do pokolenia dwudziestolatków (a do nowego hobby prawdopodobnie zachęcił ich internet).
Analogowe umiejętności są, owszem, chronologicznie starsze, ale dla ludzi, którzy od urodzenia żyją w środowisku cyfrowym, bywają zupełną nowością. Niektórzy podejmują się ich opanowania.
Amerykański eksperyment: życie bez telefonu
Jeremy Rellosa, dziennikarz „New York Magazine”, postanowił przez miesiąc prowadzić swoje zwyczajne życie – z pracą, podróżami, spotkaniami towarzyskimi – ale bez telefonu komórkowego. Przypominało to wycieczkę do świata sprzed 20 lat: Rellosa zamontował sobie w domu telefon stacjonarny i prosił rozmówców o zostawienie wiadomości na automatycznej sekretarce, muzyki słuchał z odtwarzacza MP3 z radiem, papierowe mapy czy dowody rezerwacji drukował z komputera, zdjęcia robił samodzielnym aparatem fotograficznym.
Największym wyzwaniem okazało się dla niego to, że nie może na bieżąco zmieniać planów, a brak telefonu wymusił na nim punktualność. Największym zaskoczeniem – przypadkowe spotkanie znajomego na drugim krańcu Stanów. Okazało się, że obaj zostali zaproszeni na ten sam ślub. Dla milenialsa to wszystko może brzmieć jak małe piwo, ale Rellosa, przedstawiciel generacji Z, musiał już sam opracować sobie te strategie („nigdy nie umawiałem się z nikim na randkę przez e-mail”, przyznał szczerze).
Analogowa podróż: najważniejsze są mapy
Szczęśliwym zrządzeniem losu akurat kiedy zaczynam pracę nad tym artykułem, w luźnej rozmowie mój dobry kolega zapowiada, że wybiera się na pierwszą w życiu podróż z papierową mapą. Ma dobrego przewodnika – to urodzony w roku 2000 Bartek Szabat, muzyk zespołu Poczta Polska, który regularnie wciąga znajomych w „analogowe” wyprawy.
– Przede wszystkim zasadą jest, że nie bierzemy smartfonów. Na wszystkie funkcje, które się nam gromadzą w jednym małym, płaskim urządzonku elektronicznym, musimy znaleźć ekwiwalenty analogowe, więc bagaż trochę się rozrasta. Mamy jeden telefon w bagażniku, jakąś starą „cegłę” na wypadek sytuacji awaryjnych. Jedziemy starym samochodem, mamy mapę, aparat fotograficzny, dwie walizki kaset magnetofonowych, starą japońską kamerkę Victor, którą kiedyś kupiłem za 20 złotych – opowiada Bartek. – Zaczęło się od tego, że kupiłem starą mapę Czech i Słowacji z 1997 r. Budują nowe autostrady, ale starych przecież nie zaorają i nie obsadzą polem, prawda? A skoro i tak nie zamierzałem jeździć po nowych drogach, bo to nudne, to uznałem, że stare mapy wystarczą. Jeździmy bez celu, zazwyczaj zaczynamy od słowackiej granicy, bo jestem z południa. Tankujemy furę do pełna i po prostu jedziemy, aż się paliwo skończy. Jak się skończy, to tankujemy znowu i wracamy do Polski.
Najważniejsze są mapy. Bartek przyznaje, że od dziecka jest „mapiarzem”, a jeżdżąc z rodzicami samochodem, uwielbiał śledzić i zapamiętywać trasy. Żartuje, że dzięki temu ma naturalny kompas w głowie, a może wręcz mentalną mapkę w prawym dolnym rogu ekranu, jak w grze „Need for Speed”. Wszyscy dotychczasowi towarzysze podróży byli „pokoleniem GPS”, zupełnymi nowicjuszami w kwestii map.
Orientacja przestrzenna: kiedy warto się zgubić
– Na początku myślałem, że będzie to wyglądać tak, że osoba na miejscu pasażera będzie rozkładała mapę na pół przedniej szyby, że będziemy się gubić. Wszyscy jakoś szybko to łapią i potrafią sobie ukuć mniej więcej wyobraźnię przestrzenną, choć oczywiście robimy oberki, czyli zawracamy – śmieje się Bartek i dodaje, że nauka orientacji w przestrzeni i radzenia sobie w podróży w ogóle przychodzi uczestnikom zadziwiająco naturalnie.
– Jak mówiłem znajomym na uczelni, jaki mam plan przed pierwszą taką podróżą, to wszyscy mówili, że zwariowałem, że zginiemy jak ciotka w Czechach. Okazało się, że wszystkie trudności są pozorne. Po prostu mamy oczy dookoła głowy, rozglądamy się, czy gdzieś jest znak na stację benzynową, na aptekę, na noclegi. Jeśli nie znajdziemy czegoś w wiosce, kierujemy się na najbliższe miasto. Taka jazda na znaki jest trochę jak gra w podchody. To też prostsze, luźniejsze i przyjemniejsze dla umysłu – opowiada muzyk.
– Od czasu, kiedy jeżdżę – dodaje – przestałem w ogóle szukać w internecie, gdzie można coś dobrego zjeść, tylko rozglądam się po okolicy, wybieram losowo, sprawdzam organoleptycznie. Te pozornie wygodne rzeczy, sprawdzanie wszystkiego w smartfonie, wybieranie bez końca, porównywanie, są w rzeczywistości bardzo angażujące.
Aspekt uzdrowiskowy: w poszukiwaniu naturalnych emocji
Wyprawy bez smartfona miały z początku być tylko przygodą z elementem kontrolowanego ryzyka. Okazało się, że mają, jak mówi Bartek, aspekt uzdrowiskowy.
– Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak bardzo to będzie relaksujące. Taka dwu-, trzydniowa wyprawa w nieznane jest jak film drogi. Mierzymy się wtedy z różnymi trudnościami, co też jest super, bo jeśli masz wszystko zaplanowane, nic cię nie zaskoczy i nie doświadczasz naturalnych emocji.
A te bywają ogromne – np. gdy po całym dniu błądzenia udaje się znaleźć kolegę, z którym było się umówionym „na mniej więcej”.
– Raz przyjęliśmy sobie konkretny cel: odwiedzić naszego serdecznego koleżkę, który przebywał w Wiedniu. Umówiliśmy się telefonicznie przed wyjazdem, poprosiliśmy, żeby się za bardzo nie oddalał. Mieliśmy mapę, która sięgała dokładnie do Wiednia, małą karteczkę z adresem i informację, że Roman mieszka naprzeciwko jakiejś pizzerii. To wszystko. Musieliśmy kombinować przy pomocy dostępnych w metrze mapek turystycznych, dogadywać się łamanym niemieckim. Po kilku godzinach tułania się po mieście znaleźliśmy pizzerię. Roman akurat wynosił śmieci i zauważył naszą czerwoną Mazdę. Mamy to na filmie, jak zaczynamy się wszyscy przytulać. Myślałem, że jestem wprawiony, ale również dla mnie to było niesamowite doświadczenie – wspomina mój rozmówca.
Próba powtórzenia tego wyzwania, tym razem z koleżanką w Budapeszcie, nie doszła do skutku ze względu na, jak do tej pory, jedyną niebezpieczną sytuację podczas wypraw offline – zasłabnięcie i konieczność wezwania lekarza. To wydarzenie uświadomiło też Bartkowi, co jest najtrudniejszą do opanowania umiejętnością, w której wyręcza nas technologia: komunikacja z innymi.
– To, że masz smartfon, sprawia, że jesteś absolutnie samowystarczalna. Czasami nie musisz komunikować się z nikim, w ogóle. A kiedy korzystasz z bardziej ograniczonych mediów, to musisz korzystać z pomocy napotkanych ludzi, którzy nie zawsze mówią po angielsku. Smartfony sprawiły, że nie trzeba gadać z ludźmi, żeby rozwiązać w danej chwili jakiś problem. Nikt już nie pyta o drogę, chyba że mu się rozładuje telefon. Na kursach językowych to podstawa, ale w rzeczywistości nikt tego nie robi.
Cyfrówka na domówce: podpowiedź dla zmęczonych
Korzystanie z analogowych technologii bywa czasem zbywane przez sceptyków albo jako nieżyciowa próba zawracania kijem Wisły, albo jako nieszkodliwa retromania, sztuka dla sztuki, rodzaj estetyzacji życia, w której chodzi głównie o to, że urządzenia starszych generacji wyglądają fajnie na zdjęciach w mediach społecznościowych. Choć i taki aspekt istnieje, to skupianie się wyłącznie na nim pomija najciekawszą część obrazu: to, czego uczy i co zmienia w nas posługiwanie się rozwiązaniami innymi niż domyślne i zbaczanie z oczywistego kursu rozwoju.
Czasami przynosi to niespodziewane rezultaty. – Regularnie robię podejścia do starszych technologii, z różnymi efektami – opowiada Antoni Przesławski, znany jako 63anton, artysta wizualny i z pewnością nie cyfrowy asceta, raczej człowiek, który nieustannie przeplata w swoim życiu wymiar online i offline.
– Do najbardziej udanych należą te z aparatami fotograficznymi. Ludzie robią się zmęczeni ciągłymi zdjęciami, zestresowani możliwością zostania uchwyconym w niekorzystnym momencie (i od razu zapostowanym w social mediach). Ale gdy na domówce pojawia się osoba z cyfrówką, tworzy to specjalny rytuał. Zamiast unikać oka obiektywu jak ognia, każdy nagle, niezależnie od obecnego stanu, chce się znaleźć na zapozowanym zdjęciu, być częścią uwiecznianego momentu. Większość ludzi mogła nie mieć takiego sprzętu w ręce, więc z chęcią zagada do osoby posiadającej takowy, i próbuje samemu zrobić parę zdjęć. Fotki robione telefonem zazwyczaj natychmiast stają się elementem instagramowej relacji, a na zdjęcia z cyfrówki trzeba poczekać parę dni. Z racji na swój charakterystyczny styl, zdjęcia takie oprócz wartości „in the moment” i wpływu na energię imprezy, są też atrakcyjne jako pamiątka. Zamiast na stories, pewnie wylądują w poście, może nawet na czyjejś ścianie jako obraz z historią. Nie tyczy się to oczywiście tylko spotkań towarzyskich, aparat noszony na co dzień zmieniał moje postrzeganie otoczenia – mówi.
Obecnie jego ulubionym aparatem fotograficznym jest trzynastoletni smartfon, iPhone 5s, który służy mu jedynie do fotografowania. Zapewnia pożądaną niedoskonałość obrazu, a do tego mieści się w kieszeni. Działa prospołecznie, bo jako niespotykany już model – niby nowy, a jednak już vintage – budzi zainteresowanie ludzi, zachęcając do rozmowy.
Dwanaście godzin screentime’u: czy to się da odświeżyć
Antoni jest przykładem człowieka, który retro technologie traktuje jako sposób poszerzenia swoich możliwości i doświadczeń, nie jako wehikuł nostalgii. Testując je metodą prób i błędów, przy okazji dowiaduje się czegoś o sobie, o tym, na co zwraca uwagę i czego poszukuje.
W przypadku muzyki zrezygnował z korzystania z modnego obecnie retro urządzenia – iPoda shuffle, którego sposób odtwarzania zbytnio różnił się od jego przyzwyczajeń zaangażowanego konsumenta audio, ale już w przypadku filmu zdecydowanie wybiera opcję vintage.
– Największy problem jest taki, że współczesny macOS nie lubi się z 16-letnim odtwarzaczem, przez co do wgrania muzyki użyć musiałem dwóch innych komputerów. Biorąc pod uwagę, że na bieżąco odkrywam nową muzykę i towarzyszy mi niemal całą dobę, taki problem z zarządzaniem biblioteką jest dość kluczową sprawą. W przypadku filmów wyznaję odwrotną filozofię. Mimo traktowania laptopa niemal jak przedłużenia siebie, nie jestem fanem oglądania filmów na nim, szczególnie na streamingach, które tną jakość, gubiąc szum, psując gradienty i zaburzając kontrast kolorów. Jeśli już chcę obejrzeć film w domowym zaciszu, jestem skłonny poświęcić nawet godzinę na wypłynięcie celem znalezienia odpowiedniej blurayowej wstawki na niezbadanych wodach, żeby wycisnąć z (naprawdę imponującego wizualnie) ekranu w laptopie maksimum. Albo po prostu pójdę do kina studyjnego. Po seansie kinowym często czeka mnie dyskusja, a następnie powrót tramwajem i, po drodze, refleksje o kinowym doświadczeniu. Dzięki temu nie jest to tylko kolejny kolorowy obraz na moim ekranie podczas codziennych dwunastu godzin screentime’u, a faktyczne doświadczenie dzieła kultury w sposób, w jaki zostało stworzone.
Siła tarcia: niech żyją drobne niedogodności
Moi rozmówcy, niezależnie od siebie, wskazują na podobną korzyść płynącą ze świadomego wybierania starszych technologicznie rozwiązań: wystawianie się na drobne niewygody, celowe utrudnianie sobie życia (odrobinę, używam tego słowa ze świadomą przesadą) po to, żeby wycisnąć z niego więcej, żeby lepiej doświadczać, zapamiętywać, przeżywać.
Gdy amerykańska publicystka Kathryn Jezer-Morton wprowadziła do obiegu termin tarcie (friction) na określenie bardziej konkretnego, samodzielnego kontaktu ze światem, zyskał on błyskawiczną popularność. Jezer-Morton nazwała coś, czego ludzie doświadczają powszechnie. Współczesne rozwiązania cyfrowe ułatwiają wszelkie doświadczenia i minimalizują zaangażowanie użytkownika tak, że przechodzimy nad nimi bezwiednie. Przekroczenie granicy optymalnego odciążenia poznawczego czyni człowieka jednocześnie biernym i przemęczonym. Można powiedzieć – wyręczonym na śmierć.
Poszukiwanie pozytywnego tarcia czy napięcia między sobą a światem nie jest skomplikowane, wymaga tylko jednego kroku w tył: spaceru bez GPS, pójścia dokądś pieszo, zamiast pojechania samochodem, ugotowania posiłku samodzielnie. Czasami – rozdzielenia zadań smartfona pomiędzy oddzielne narzędzia. Jezer-Morton przekonuje, że takie proste poszerzanie samodzielności i rezygnacja z nadmiernej wygody przynosi dla umysłu i psychiki podobne korzyści, co dla ciała ruch.
Kajecik zamiast tabletu: to pomaga zapamiętywać
– Nie chcę robić sobie pod górkę, ale ta łatwość, z którą absolutnie wszystko można sobie scyfryzować, jest zbyt kusząca – mówi Bartek Szabat. – W ramach decyfryzacji, którą staram się wprowadzać na co dzień, kupiłem sobie kajecik. Taki notes B5. Dzięki niemu od roku nie korzystam już z notatek iPhone’owych, które są dzisiaj standardem zapisu myśli, coraz mniej używam kalendarza Google’a. Zawsze mam ze sobą ten mój notatnik z fajnym datownikiem na górze. To daje mi szersze pole do zapisu swoich myśli niż klawiatura iPhone’a, która jest ograniczona do znaków. A tu mogę sobie coś narysować, dodać strzałeczkę. Bardzo mi się przyjemnie pisze w tym kajeciku.
Liczni badacze dodaliby, że nie jest to jedynie przyjemne, ale też korzystne dla zapamiętywania i umiejętności głębokiego uczenia się.
Antoni mówi, że w swoich eksperymentach ze starszymi technologiami poszukuje wymiaru, którego współcześnie najbardziej mu brakuje, czyli aspektu dotyku i pamięci mięśniowej. Przekonuje, że smartfon stał się zbyt uniwersalnym kombajnem jak na możliwości naszych zmysłów, i że oduczenie się polegania jedynie na nim przynosi spore korzyści.
– Muzyki słuchamy z telefonów, zdjęcia robimy telefonem, filmy oglądamy na telefonie, nawigujemy telefonem, czytamy na telefonie, pracujemy na telefonie i socjalizujemy się na telefonie. Każda czynność w naszym codziennym życiu ma miejsce z użyciem jednego obiektu, z jednym sposobem interakcji, dostarczającym głównie bodźców wizualnych. Nawet pralka, zmywarka czy płyta indukcyjna są sterowane dotykowo. Klimatyzacja w samochodzie czy przycisk otwarcia drzwi w autobusie również – mówi.
Pamięć ciała: dotyku się nie wygeneruje
I podsumowuje: – Mam wrażenie, że przez takie podejście w projektowaniu strasznie przeciążamy sobie wybrane zmysły, nie używając w ogóle pozostałych. Do dziś pamiętam sposób, w jaki chodziła klamka w aucie rodzinnym, które mieliśmy, gdy byłem mały. Fizyczne odczucie tamtego momentu przywołam nawet szybciej niż obraz w głowie – po prostu mając migające kolorowe obrazy 24/7 przed oczami, trudniej je zapamiętać. Szczególnie gdy te obrazy możemy do woli generować komputerowo, a fizycznych odczuć na szczęście jeszcze nie.
Antoni mówi, że poszukuje nieprzewidywalności, którą współczesne rozwiązania eliminują jako przeszkodę, a tymczasem to ona dostarcza odkryć, pobudza inspirację i w konsekwencji zwiększa satysfakcję.
– Szum na płycie winylowej, nierówno podświetlony wyświetlacz, przybrudzona taśma magnetyczna, źle naświetlona klisza fotograficzna. Każde z tych zjawisk wprowadza do procesu twórczego pewną niewiadomą, ingerencję sił natury w nasze działania, element niepewności, czy wszystko wyjdzie tak, jak to planowaliśmy, a może natrafimy na jakąś ciekawą, nieprzewidzianą niespodziankę. Fizyczne nośniki mediów mają swoje granice i dużo ciekawiej się po nich poruszać i próbować je naginać, w przeciwieństwie do nieograniczonego sandboxa ery cyfrowej, gdzie mnogość możliwości prowadzi do paraliżu decyzyjnego i przestymulowania.
W 1970 r. Alvin Toffler napisał, że „analfabetami XXI wieku będą nie ci, którzy nie potrafią czytać i pisać, ale ci, którzy nie potrafią się uczyć, oduczać i uczyć na nowo”. Z perspektywy 2026 r. widać, jak cenną umiejętnością w tym procesie jest zatrzymywanie się w bezkrytycznym płynięciu przed siebie, a czasem zrobienie pozornego kroku w tył, by móc zintegrować cyfrowe z organicznym – to, co online, i to, co offline.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








