Koniec wędrówki

Agnieszka Pajączkowska, fotografka: Nigdzie mi się nie spieszyło, nie miałam problemu z tym, żeby przez półtorej godziny rozmawiać o wnukach czy operacji kolana, skrobiąc ziemniaki. To stało się...

Reklama

Koniec wędrówki

Koniec wędrówki

19.08.2019
Czyta się kilka minut
Agnieszka Pajączkowska, fotografka: Nigdzie mi się nie spieszyło, nie miałam problemu z tym, żeby przez półtorej godziny rozmawiać o wnukach czy operacji kolana, skrobiąc ziemniaki. To stało się ważniejsze niż zdjęcia.
Agnieszka Pajączkowska, Dolny Śląsk, 2016 r. KAMILA SZUBA / MAT. PRASOWE
A

ADAM ROBIŃSKI: Wpuściłabyś kogoś obcego z aparatem fotograficznym na szyi do twojego mieszkania, gdyby niezapowiedzianie zapukał do drzwi?

AGNIESZKA PAJĄCZKOWSKA: Raczej nie. Szczególnie jeśli byłabym w domu sama. Ale pukanie nieznajomej osoby do drzwi mieszkania w miejskim bloku to dość podejrzana sprawa.

Jeżdżąc starym volkswagenem z Wędrownym Zakładem Fotograficznym po wsiach ściany wschodniej i Dolnego Śląska, zaczepiałaś obcych. Jaka była twoja metoda pracy?

Te spotkania odbywały się w przestrzeni publicznej, wspólnej. Przyjazd obcego auta do wsi powoduje, że ludzie podnoszą wzrok i patrzą, kto jedzie. Szybko byłam identyfikowana jako nietutejsza. Mając świadomość, że jestem w tych miejscach gościem, chciałam się przedstawić – starałam się skrzyżować wzrok z pierwszą napotkaną osobą. Kimś, kto szedł drogą, stał przy płocie, pracował w ogrodzie. Przedstawiałam się, mówiłam, że prowadzę Wędrowny Zakład Fotograficzny i że mogę wykonać tej osobie zdjęcie portretowe, a potem wydrukować je na miejscu i wymienić na jedzenie lub opowieści. To był zwykle początek dłuższej rozmowy.

Zofia Rydet wiele lat temu pukała do drzwi, podawała rękę, szybko rozglądała się po wnętrzu i komplementowała coś z jego wystroju.

Dzięki temu nawiązywała nić porozumienia z gospodarzem i mogła mu zrobić zdjęcie. Metoda pracy Rydet dotyczyła wsi sprzed prawie 40 lat. Choć sama była miastowa, wchodziła przez otwarte drzwi, czasem nawet bez pukania – bo tak się kiedyś wchodziło do domów na wsi.

Twoim celem było wejście do cudzego domu?

Czasami tak się to kończyło, ale kompletnie mi na tym nie zależało. Celem Zofii Rydet było zrobienie zdjęcia do wielkiego projektu – „Zapisu socjologicznego”. Kiedy niedawno pracowaliśmy w Fundacji im. Zofii Rydet, udało nam się wydedukować, że w niektórych domach spędzała raptem kilka minut, robiąc w tym czasie kilkanaście zdjęć. Dla mnie fotografia była tylko pretekstem, żeby się przedstawić, porozmawiać i poznać. Zresztą ludzie często wcale nie chcieli tych zdjęć. Mówili, że są starzy, brzydcy, że „klisza pęknie”, że fotografować trzeba młodych, albo inaczej – że mają już zdjęcia, więc nowych nie potrzebują. A mnie to wcale nie zniechęcało, bo rozmowa już się zaczęła. Teraz mogłam zapytać: „No dobrze, a jak się tutaj żyje?”. Albo: „Czy pani jest stąd?”. Albo: „A był tu kiedyś taki objazdowy fotograf?”. I zdarzało się, że lądowaliśmy w kuchni przy kawie nad stosem starych zdjęć, czasem wykonanych przez wędrownych lub małomiasteczkowych fotografów, czasem przez członków rodziny, rzadziej – samych gospodarzy. Ich opowieści krążyły wokół tych fotografii.


Propozycja wykonania portretu jest okazją do rozmowy o starych zdjęciach i ich historiach, granica z Rosją (Mazury), lipiec 2014 r. / FOT. AGNIESZKA PAJĄCZKOWSKA

W książce, która jest niejako biografią twojego zakładu, piszesz, że Rydet Cię wkurzała. Więc pewnie nie czujesz się jej spadkobierczynią?

Faktycznie, gdy byłam na początku studiów, irytowały mnie relacje o sposobie jej pracy. Miałam w sobie neoficką złość na to, że z uprzywilejowanej pozycji wykonywała i wykorzystywała wizerunki osób, które nie były świadome tego, że będą później prezentowane w miejscach, do których nie mają dostępu.

Potem mi przeszło, bo zrozumiałam, że realizowała ten projekt z pozycji marginesu. Starsza, samotna kobieta, działająca poza systemem dofinansowań, robiąca konsekwentnie i autorsko to, co w ówczesnej fotografii wcale nie należało do głównego nurtu. I trudno od niej wymagać, aby pod koniec lat 70. miała stosować współczesne standardy prawne dotyczące upowszechniania wizerunku i refleksję o ambiwalentnym charakterze fotografii.

Bliskie mi jest to, że Rydet fotografowała świat, który uważała za znikający. Tyle że zawsze jakiś świat znika. W każdym momencie coś się kończy, a fotografia pozwala to zobaczyć.

Piszesz, że jednym z bodźców, które pchnęły Cię do założenia Zakładu, był los pewnej chaty na Podlasiu, która z dnia na dzień zniknęła. Została rozebrana i spalona. Ale równocześnie wydaje się, że nie chodziło Ci o dokumentowanie czegokolwiek.

Chciałam doświadczyć takiej wsi, o której teraz się mówi właśnie, że „już znika” – niegdyś pełnej małych przydomowych gospodarstw rolnych, które potrafiły wyżywić rodzinę. Pojechałam pod wschodnią granicę, bo tam część z nich właśnie obumiera, zarasta. Bywa, że są zamieszkane przez pojedyncze osoby dożywające tam swojej starości. Młodzi uciekli do miast. Jeśli wracają, to tylko po to, by urządzać sobie domy letniskowe w chatach po dziadkach.

Postawiłaś się w sytuacji rzemieślniczki, która oferuje usługę. Wielu fotografów obraziłoby się pewnie za takie przedstawienie sprawy.

Pewnie masz na myśli fotografów, którzy definiują się jako artyści lub dokumentaliści. A fotografia od początku miała co najmniej trzy ścieżki. Z jednej strony aspirowała do bycia bliską malarstwu, bo ono miało status sztuki. Stąd dawny pomysł na techniki szlachetne i na to, aby fotografie były niepowtarzalne. Nawet teraz fotografie artystyczne mają krótkie edycje. Drugą ścieżką myślenia o fotografii był zachwyt nad chemiczno-fizycznym procesem, który dawał poczucie, że fotografia może przedstawiać obiektywny obraz rzeczywistości – być dowodem, informacją.

Zdjęcie znaczące więcej niż tysiąc słów.

Jest jeszcze trzecia ścieżka, marginalizowana przez instytucje i badaczy, dla mnie – najbardziej interesująca. Mam o tym nienapisany doktorat. Fotografia niemal od samego początku używana była przez zwykłych ludzi. Obwoźna, jarmarczna, użytkowa, robiona w zakładach, które świadczyły usługi dla ludności. Za stosunkowo nieduże pieniądze można było dostać swój wizerunek. Dla przyjemności własnej, ale też po to, by go komuś pokazać, podarować, z myślą o kimś przechować. Zdjęcia to prywatne przedmioty użytkowe, które się przechowuje, gromadzi, kupuje, ofiarowuje, pali, drze, zakopuje albo chowa do portfela. To właśnie ta domowa, prywatna fotografia jest najbardziej powszechna. Każdy – prawie każdy – posiada jakieś rodzinne zdjęcia. Prowadząc Wędrowny Zakład, proponowałam ten rodzaj fotografii, który jest ludziom znany i bliski, bo jest użytkowy.


Dzięki drukarce autorka oferuje wykonanie zdjęcia na miejscu, Podlasie, sierpień 2012 r. / FOT. AGNIESZKA PAJĄCZKOWSKA

Nie miałaś żadnych ciągot, żeby swoich modeli reżyserować?

Sami się reżyserowali! Pani Helena, którą opisuję na początku książki, poprosiła o zdjęcie, które mogłoby się nadać na jej grób. Przebrała się, uczesała, ustawiła tło z roślin, usiadła na taborecie, zrobiła minę taką, jaką uznała za stosowną. Sama bym tego lepiej nie wymyśliła. Jasne, czasem ktoś mnie pytał, gdzie ma stanąć, co zrobić z rękami. Ale nie mnie oceniać, co jest ładne, a co nie. Chodziło o to, aby to oni byli zadowoleni z efektu. Tak rozumiem swoją rolę rzemieślniczki. Zdjęcie ma być ostre, dobrze naświetlone. Mam dopilnować, żeby fotografowana osoba nie miała zamkniętych oczu i odpowiednio ustawiła brodę.

Technicznie poprawne. I tyle?

Ciągot artystycznych nie miałam żadnych, także dlatego że na początku zdecydowałam się nigdy nie publikować tych zdjęć. One były na wymianę – ktoś dostał zdjęcie na wyłączny użytek, ja dostałam jajka i opowieść przy okazji. To mnie zwolniło z jakichkolwiek ambicji, również reporterskich czy dokumentalnych.

Mówisz „zdjęcie jako przedmiot”, ale przecież w świecie fotografii ­cyfrowej to chyba przeżytek.

Prowadząc Wędrowny Zakład, często umyślnie wybierałam na swoich rozmówców osoby starsze, których domy i wygląd zewnętrzny mówiły o tym, że są ubogie. Chciałam szukać osób, którym zdjęcie może być faktycznie potrzebne. Ale to jest wąska grupa – sposób, w jaki te osoby myślą i używają fotografii, na pewno nie jest reprezentatywny. Często słyszałam, że: „Kilka lat temu na weselu wnuczki ktoś zrobił mi zdjęcie, ale nie mogę go zobaczyć, bo młodzi to teraz mają w telefonach”. Być może dzięki technologii cyfrowej fotografia stała się jeszcze bardziej powszechna, masowa i egalitarna, ale jest grupa osób, która tego nie doświadczyła i już nie doświadczy.

Tak, dla nich fotografia pozostanie przedmiotem. Pewnie dlatego moja oferta drukowania zdjęcia na miejscu i dawania go do ręki miała sens i powodzenie. Miałam w samochodzie tanią drukarkę termo-sublimacyjną. Mogłam ją podłączyć do gniazda zapalniczki w aucie. Pozwalała mi zamienić w kilka chwil cyfrowe zdjęcie na papierowe.

Ludziom zostawiałaś zdjęcia, a co zostawiłaś sobie?

Doświadczyłam, że nie ma jednego Wschodu, nie ma jednej Polski B, że ta na Suwalszczyźnie jest naprawdę całkiem inna niż ta na Podkarpaciu, a granica z Ukrainą ma inne historie niż ta z Białorusią. To radykalne doświadczenie różnorodności – w tej nieodległej przecież podróży wzdłuż granicy – było znaczące. Jestem też mądrzejsza o praktyczną lekcję współczesnej historii Polski. Można czytać o powojennym kształtowaniu granic czy przesiedleniach, a można też rozmawiać z osobami, których one dotknęły. Czerpać z ich pamięci.

Pamięci, która bywa zaskakująco dobra?

Tak, choć różni się od naukowej historii. Choćby dlatego, że pamięci jest wiele. Pamięć się myli, zmienia, wypacza, przekształca, koloryzuje, miesza. Jest nieweryfikowalna, szalenie subiektywna, żyje i zmienia się wraz z osobą, do której należy. Byłam przejazdem, więc zbierałam jej urywki. To, że współczesna Polska jest jednak nowym tworem, a zaskakująco wielu ludzi nie mieszka tam, gdzie wcześniej żyli ich rodzice czy dziadkowie, jest niby oczywiste, ale dla mnie jako warszawianki z urodzenia było ważnym doświadczeniem. To zresztą faktycznie jest ostatni moment, aby porozmawiać z kimś, kto urodził się za sanacji, kto pamięta wbijanie słupków granicznych czy jak go w 1947 roku przesiedlali. Jadąc tuż przy granicy przez Lubelszczyznę, słyszysz, że tu ludzie są zza Buga, a Ukraińców wywieźli. Potem na Podlasiu, że ludzie są „tutejsi”, a na Warmii – że tu nikt nie jest stąd. Spotykasz tam Ukraińca znad Buga, a potem Łemka na Dolnym Śląsku. Niby to wszystko wiemy, ale bycie w drodze pozwala tego doświadczyć.

Większość ludzi nie miała problemu, żeby się przed Tobą otworzyć? Ktoś ci nawet powiedział, że prowadzisz Wędrowny Zakład psychologiczny, a nie fotograficzny.

Myślę, że ten osobliwy obraz: żółty rozklekotany samochód, trochę śmieszny, a trochę intrygujący, z drobną kobietą w środku powodował, że ludzie się mnie nie bali, byli ciekawi. Ale ta otwartość może być też podobna do „efektu przedziału kolejowego”. Rozmowy niezobowiązującej, ale ważnej. Ktoś nieznajomy jest tu chwilowo, ale ma dla ciebie czas i okazuje szczere zainteresowanie. Zadaje pytania, których bliscy czy sąsiedzi już nie zadają, bo to są pytania o przeszłość lub codzienność. Być może wystarcza to, że nigdzie się nie spieszy? Osoby mieszkające w przygranicznych wioskach, daleko od miast, od ośrodków kultury, od rodziny, miewają mało okazji do rozmowy. Przyjeżdża listonosz, straż graniczna, objazdowy sklep. Ale ile można gadać z listonoszem? Mnie się nigdzie nie spieszyło, nie miałam problemu z tym, żeby przez półtorej godziny rozmawiać o wnukach czy operacji kolana, stojąc przy bramie albo skrobiąc ziemniaki. To czasami było potrzebne, aby pojawiły się sytuacje lub tematy, które interesowały mnie bardziej.

Nie spieszyłaś się, bo nikt Cię potem z tego nie rozliczał?

Nie planowałam wydania zapisu Wędrownego Zakładu Fotograficznego jako książki. Jeździłam w wakacje, bez konkretnego tematu, bez deadline’ów, umów i dofinansowań. Gdy ktoś realizuje konkretny projekt, być może musi swoich rozmówców cisnąć. Ja mogłam sobie pozwolić na niespieszne i niezobowiązujące bycie razem, z którego czasami coś się wyłaniało. Zostawał mi potem w pamięci obrazek, dialog, krótka historia. Z czasem – mam nadzieję, że to będzie dla czytelnika klarowne – pojawiły się tematy, które mnie szczególnie interesowały. Na Warmii, Mazurach, Dolnym Śląsku temat przesiedleń i poniemieckiej ­obecności zaczął w moich obserwacjach i pytaniach regularnie powracać.

Czyli Ty, fotograficzka, nauczyłaś się też tego, że fotografia jest nieważna?

Powiedzieli mi to moi rozmówcy. Ponad połowa osób, które zaczepiałam, po prostu nie była zainteresowana zdjęciami. Po co mi zdjęcie, skoro mam już jedno od ślubu? Pewna kobieta poszła do fotografa w momencie, gdy urodziła już wszystkie dzieci, ale jeszcze nie zdążyła się zestarzeć. Kolejnych już nie chciała, bo i po co? Zatrzymała na zdjęciu ten konkretny, wybrany moment w życiu, który uznała za najpełniejszy.

Chciała się zapamiętać taką, a nie inną.

Własna starość jest chyba tym czymś, czego ludzie na zdjęciach nie chcą widzieć, bo – to cytat – „mają ją na co dzień w lustrze”. Gdyby ci ludzie potrzebowali zdjęć, toby je sobie zrobili. Poprosiliby wnuka o odbitkę. Sąsiada o podwózkę do zakładu fotograficznego w mieście. Zresztą instytucja wędrownego fotografa też do końca nie umarła. Czasami przy okazji świąt religijnych czy peregrynacji świętych obrazów zawodowy fotograf robi zdjęcia parafianom, a potem w kolejną niedzielę wystawia przed kościołem tablicę, z której można wybrać coś dla siebie i zamówić odbitkę.

Drukujesz zdjęcia, które robisz dla siebie?

Rzadko. Nie jest tak, że jako autorka Wędrownego Zakładu Fotograficznego mam swoje życie wydrukowane w albumach ustawionych na regale. Mam kilka zdjęć na ścianie, a na dysku folder, do którego wrzucam zdjęcia naprawdę ważne. Wiem też, że kiedy następnym razem będę jechała do rodziny w Warszawie, to uruchomię drukarkę, tę samą, której używałam w trasie, i wydrukuję zdjęcia mojej czteromiesięcznej córki, bo upominają się o to jej dziadkowie i pradziadkowie: „Aga, my nie mamy zdjęcia Heleny!”. Mają – na telefonach, ale nie na ścianie.

Na Wędrowny Zakład Fotograficzny składały się trzy elementy. Zakład, czyli Ty, Fotograficzny, czyli aparat i drukarka. Został nam jeszcze Wędrowny, czyli samochód. Jak się ma twój volkswagen?

Kiepsko. Ma już 38 lat, popsuł się we wrześniu ubiegłego roku na trasie szybkiego ruchu między Wrocławiem a Warszawą, pierwszy raz zabrała mnie wtedy laweta. Ale wokół volkswagenów T3 wytworzyła się w Polsce świetna społeczność ludzi, którzy się na nich znają i sami je naprawiają. Często korzystałam z ich pomocy. Więc dziesięć miesięcy po tamtej awarii moje auto znów jest sprawne. Zależało mi na tym, bo chcę pojechać na festiwal literacki do Miedzianki i – poza tym drugie – dlatego, że chciałabym wrócić do kilku z portretowanych osób, kiedy książka się już ukaże. Dzięki nim powstała, chciałabym, aby ją dostali. Samochód ma więc przed sobą jeszcze jedną trasę. Potem pewnie sprzedam, bo koszty jego utrzymania mnie przerastają.

Wyobrażam sobie, że jego zdjęcie na pewno trafi na twoją ścianę.

Wisi od dawna. To zdjęcie z pierwszego wyjazdu w 2012 roku. Biało-żółte auto przed biało-niebieską cerkwią. Uroczy obrazek. Wydawało mi się wtedy jeszcze, że ta podróż to będą beztroskie wakacje. Szybko się okazało, że to nie do końca tak.

Czyli Zakład zamykasz?

Zakład już jest zamknięty od 2016 roku i nie wiem, czy będę do tej formuły wracała. Z czasem łapałam się na tym, że coraz trudniejsze jest dla mnie to przyjeżdżanie i odjeżdżanie, prześlizgiwanie się po miejscach, sytuacjach i historiach. Poznaję kogoś, rozmawiamy, śpię na jego podwórku, rano odjeżdżam – i po kilku kilometrach miałam ochotę zawracać. Zostać dłużej, dopytać, coś zweryfikować. Zaczęła mi doskwierać ta wędrowność, która była przecież sensem projektu.

Wędrowiec jako przechodzień, ten, który może tylko liznąć temat. Odwieczny problem literatury drogi.

Bycie w drodze bez wyraźnego celu jest dobre i potrzebne do pewnego momentu. Ma wielką wartość, dopóki nie zaczyna doskwierać niedosyt wynikający z powierzchowności spotkań, z ich przypadkowości i nietrwałości. Dobrze jest doświadczyć, jak wędrowanie doprowadza do miejsca, w którym ma się ochotę zostać na dłużej. ©


PIOTR SPIGIEL / MAT. PRASOWE

AGNIESZKA PAJĄCZKOWSKA (ur. 1986) jest fotograficzką, animatorką kultury i kuratorką. W latach 2012-16 prowadziła Wędrowny Zakład Fotograficzny. Właśnie nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jej książka pod takim tytułem.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor krajoznawczego zbioru esejów „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” (Wyd. Czarne 2017), za który...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Świetna dziewczyna, zazdroszczę takiego zycia, musi być wspaniałe….A na marginesie - co to za piękny dom na zdjęciu i dlaczego nikt go nie chce odbudować?

Pałac w Bełczu Wielkim - jest w Wikipedii. Smutne dzieje tej budowli w wolnej Polsce tutaj: http://www.drogajestcelem.com/2018/06/becz-wielki-czyli-jak-unicestwic-paac-w.html
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]