Województwo małpopolskie, czyli jak zbudować kraj z „należytą starannością”

To także aspekt staranności: przekonanie, że moja miejscowość, nawet mała, zasługuje na porządne rzeczy. Staranność innych bywa zaraźliwa i sprawia, że chce się brać przykład.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Z należytą starannością wykonać przedmiot umowy” – to standardowy zapis znany wszystkim, którzy parają się świadczeniem jakichś usług i realizacją zleceń. Wykonanie niedbałe oznacza niewywiązanie się z umowy, ale, co ciekawe, przekroczeniem zasad jest także staranność nadmierna. Należy postępować na miarę swojej wiedzy i kompetencji – tyle litera prawa. A jak ma się to do życia codziennego, które oczywiście jak zwykle swoje?

Gdy się obcuje ze starannością w mowie i uczynku, życie nabiera osobliwego dopełnienia. Działa to trochę tak jak właściwie położone bliki światła i cienie w rysunku albo dodatki dobrane do stroju – z wersji wstępnej, 1.0, czynią gotową całość. To taka wyczuwalna pewność, że miejsce czy rzecz, z których korzystam, będą działały i mogę im zaufać, bo komuś chciało się dopilnować i sprawdzić. Zawsze odczuwam to, gdy spaceruję po tych kawałkach miast polskich, gdzie widać, że komuś się chciało zaprojektować i wykonać coś porządnie i równo, może nawet ze schludną elewacją, a przede wszystkim zrobić więcej niż to nędzne gołe minimum. 

Oczywiście ktoś powie: „przecież na pewno mowa o jakichś bogatych kamienicach, w których musiała się chyba mieścić rezydencja mecenasa Prado!”. Niekoniecznie, ale nawet jeśli, to przecież ulica, wraz z galerią frontów budynków, należy także do spacerowicza, który może cieszyć się tym wszystkim, uwaga, za darmo. To także aspekt staranności: przekonanie, że moja miejscowość, nawet mała, zasługuje na porządne rzeczy. Staranność innych bywa zaraźliwa i sprawia, że chce się brać przykład.

Z drugiej strony mijałam hotel, świeżo zbudowany i na oko wcale nietani, któremu gdzieś, niby temu misiu oczko, odpadła nowo przymocowana literka. Widywałam też oberwane tapety w tych legendarnych toaletach, w których za 4 złote można doznać chwilowego luksusu z muzyką relaksacyjną włącznie. To są rzeczy pojedyncze, dla których można znaleźć zawsze uzasadnienie – tu akurat brakło pieniędzy, tu czekają na przetarg, tam konserwator ma urlop – ale czasami wyraźnie zaczynają się jednocześnie kumulować i przechodzić w etap długiego trwania. 

A więc znów w nasze życie wkrada się zaklęcie złego maga Naodwalsie, pomyślałam z przykrością. Gdy zaczyna ono działać, gdy standard już się obniża – na pewien czas Polacy zarażają się od siebie nawzajem skłonnością do wykonywania wszystkiego po łebkach, zostawiania roboty w pół drogi, machania ręką. To potem mija, ale czar raz rzucony nie znika do końca i ma skłonność do powracania czkawką.

Z folkloru branży remontowej znam bardzo celną zasadę, zgodnie z którą podczas wykonywania usługi możliwe są jednocześnie tylko dwie rzeczy z trzech: szybko, tanio i dobrze. Z obserwacji świata dookoła wynika, że najczęściej rezygnuje się z tej ostatniej kategorii, ale o tym, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, wiedział już staruszek Kopernik. 

Nieco bardziej dziwi może to, że widuje się także realizacje zapewne całkiem kosztowne, które także prezentują się niechlujnie. Tu zapewniona została widocznie tylko jedna z obiecanych jakości, ale może za to podwójnie – szybko i szybko? Polecam np. zwrócić uwagę na wszechobecność literówek w przestrzeni publicznej („litrówek”, jak mawiają żartem tłumacze). Na ogłoszeniach czy ulotkach bywają uciesznym urozmaiceniem codziennego spaceru („zatrudnimy na satanowisko” oraz „województwo małpopolskie” to moje osobiste typy), ale co zrobić, gdy błędy i kiksy pojawiają się na szyldach i banerach firm obiecujących solidną jakość? Albo gdy wręcz dotykają wieczności, bo przecież nagrobek z literówką to też rzecz nie tak znów rzadka?

Najbardziej zdumiewającym przykładem są napisy na budynkach, np. urzędów albo co jeszcze zabawniejsze – szkół, w których litery zderzają się ze sobą albo zsuwają się po linii pochyłej. Tak – to nie są tanie rzeczy, a mimo to komuś nie chciało się dopilnować, by litery tworzące napis „urząd miasta” ustawić w prostej linii i proporcjonalnej odległości. Oczywiście ktoś znów powie, że także i krzywo podpisany urząd jest nadal urzędem, może nawet działającym sprawnie i scyfryzowanym, i znów pod jakimś względem będzie miał rację. Ale prawdopodobnie człowiek odpowiedzialny za montaż liter na elewacji podpisał umowę zakładającą „należytą staranność”. Może podświadomie wiedział, że to umowa na pomnik naszej epoki. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czar maga Naodwalsie