Czwarty, piąty i szósty września 1939 r. to najczarniejsze dni w osiemsetletnich dziejach Sulejowa. Elitarne eskadry niemieckiego lotnictwa systematycznie, dzień po dniu, trzema seryjnymi nalotami zrównały wtedy z ziemią bezbronne miasto. Strzelcy pokładowi Luftwaffe polowali na kryjących się i uciekających mieszkańców. Zginęło ponad 700 osób, wiele było rannych, a niemal 80 procent domów i budynków użyteczności publicznej legło w gruzach.
Zanim zniszczyły go bomby, Sulejów – miasto założone przez cystersów jeszcze w XII wieku – przeżywał swoje najlepsze lata. W 1927 r. przywrócono mu prawa miejskie, utracone w 1870 r. W okresie międzywojennym działały tam cztery przemysłowe piece wapienne, kilkanaście ziemnych, jedenaście kamieniołomów, pięć tartaków, zakłady spożywcze i odzieżowe oraz lokalna elektrownia.
Na początku 1939 r. populacja Sulejowa powiększyła się o blisko czterystu Żydów wypędzonych z Niemiec, a w chwili wybuchu wojny mieszkało w nim 7500 osób, w tym 5037 Polaków, 2352 Żydów i 111 Niemców.

Bomby na Sulejów spadały co kwadrans
Pierwsze bomby spadły na Sulejów 4 września. W mieście przebywało wówczas aż około ośmiu tysięcy osób, bo przybyło kilkuset uciekinierów wojennych z miejscowości w zachodniej Polsce oraz ze zburzonego 1 września Wielunia.
I choć nie było tu żadnych umocnień obronnych, nie stacjonował i nie znajdował się jakikolwiek oddział wojskowy, 27 samolotów z czarnymi krzyżami trzykrotnie, mniej więcej co kwadrans, zrzucało bomby burzące i zapalające. Łącznie 249 sztuk o wadze 83 ton.
Z badań polskich historyków, archiwistów Łodzi i Piotrkowa oraz z raportów niemieckich wiadomo, że zbrodniczych nalotów dokonały 76., 2. i 77. pułk 4 Floty Powietrznej Luftwaffe, dowodzone przez kapitana Waltera Seigela, majora Oskara Dinorta i kapitana Clemensa grafa von Schonborn-Wiesentheida.
Do ataków użyto bombowce Junkers Ju-87 B, nazywane „Stukasami”, które osłaniały myśliwce typu Messerschmitt Bf 109D. Za całość tej zbrodniczej akcji odpowiadał pułkownik Baier.
Major Dinort, jeden ze sprawców masakry Sulejowa, następująco „usprawiedliwił” bombardowanie:
„Przed czternastoma dniami obrzuciliśmy razem z inną grupą samolotów »Stuka« miasteczko to bombami. Było ono wówczas zajęte i bronione przez polskie oddziały elitarne tak, że nasza piechota stanęła tam w miejscu i nie mogła ruszyć naprzód. Nalot trwał zaledwie 3 minuty”.
Niemieckie naloty łamały zapisy konwencji
Prawdą w tym raporcie jest jedynie to, że rejon Sulejowa i Piotrkowa Trybunalskiego znajdował się na drodze do Warszawy 10. armii niemieckiej, dowodzonej przez gen. Waltera von Reichenaua. Tymczasem broniąca tego obszaru Grupa Operacyjna WP „Piotrków” pod dowództwem gen. Wiktora Thommée, wchodząca w skład armii „Łódź”, rozlokowana była kilkanaście kilometrów przed Piotrkowem między Rozprzą a Szczercowem, a więc 20-25 km od Sulejowa. Jakim więc cudem „polskie oddziały elitarne” broniły tego miasta?
Dowódcy niemieckiej armii dobrze wiedzieli, że nie wolno atakować ani bombardować miejscowości, które nie są bronione przez wojsko, a ludność cywilna jest nietykalna. Pierwsze dni wojny dowiodły jednak, że nazistowskie Niemcy za nic mają normy prawa międzynarodowego i zapisy konwencji haskiej i genewskiej.
Tylko w południowej części Ziemi Łódzkiej – poza Sulejowem – lotnicy Luftwaffe dokonali wielkich zniszczeń również w kilku innych miejscowościach, m.in. w Kamieńsku (naloty 2 i 3 września, 68 zabitych, 80 proc. zniszczonej zabudowy) i Piotrkowie Trybunalskim (naloty od 1 do 5 września, 150 śmiertelnych ofiar, 200 budynków zrównanych z ziemią).
Ludzie potykali się na ulicach o zabitych
Tragedię bezbronnego Sulejowa w czwartym dniu wojny, w ów czarny poniedziałek, najlepiej oddają relacje świadków.
Wacław Domaradzki:
„Około godziny osiemnastej pierwszy raz zauważyłem nadlatujące samoloty od zachodu. Nad Pilicą obniżyły one lot i zaczęły zrzucać bomby. Kilka minut później wróciły znowu i zrzuciły następną serię bomb. Za dziesięć minut nadleciała znowu eskadra samolotów, które po raz trzeci bombardowały miasto (…). Gdy biegłem przez ulice, potykałem się o wielu zabitych. Ludzie strasznie krzyczeli, wzywali pomocy. Domy zmieniały się w moich oczach w gruzy. Wiele z nich płonęło”.
Kazimiera Musiałowicz:
„Na drodze pełno było trupów, które koszmarnie wyglądały w czerwonym blasku pożarów. Potykaliśmy się o rozszarpane szczątki ludzkie, których widok jeżył włosy na głowie. Na szosie leżały wywrócone wozy, zabite konie i wszędzie trupy ludzkie zastygłe w okropnym przerażeniu. W ustach mam sucho, oczy pieką i nie potrafię wycisnąć łzy nawet na widok zabitej matki z niemowlęciem na piersi. Nad tym straszliwym pobojowiskiem słychać niemilknący na chwilę jęk, wołanie o pomoc, trzask zawalających się domów, morze ognia”.
Władysław Kieruzal z urzędu miasta:
„Gdy wyszedłem na ulicę, ujrzałem miasto w płomieniach (...). Ludzie palili się żywcem pod gruzami domów. Na ulicy Krakowskiej usłyszałem wołanie mężczyzny bez nóg, aby go dobić. Widziałem na ulicach masę zabitych. Jeszcze wieczorem wydałem zarządzenie, aby zbierać z ulic zwłoki”.
Nalot za nalotem
Jeszcze tego samego dnia wieczorem i w nocy znaczna część sulejowian skryła się w okolicznych lasach lub uciekła w kierunku Opoczna i Radomia. Wiele domów wciąż płonęło, gdy dodatkowy chaos powstał na ocalałym moście na Pilicy, przez który w pośpiechu i bezładzie – oby dalej, na wschód – sunęły tłumy uchodźców z Wielunia, Piotrkowa, Radomska, Bełchatowa, a nawet ze Śląska.
Jednocześnie wśród ruin rozgrywały się wręcz dantejskie sceny. Wielu z tych, którzy przeżyli i jednak zostali w mieście, ruszyło na ratunek sąsiadom i znajomym.
Jednym z nich był proboszcz miejscowej parafii ks. Roman Borowski, który udzielał namaszczenia konającym. Z relacji Heleny Szczęsnej wynika też, że uratował on przed śmiertelnym poparzeniem kilku Żydów, ściągając z modlących się płonące szaty rytualne. Z kolei felczer Władysław Gajda ruszył z fachową pomocą rannym, lecz często niewiele mógł zrobić bez zastrzyków przeciwtężcowych i innych niezbędnych leków z apteki, którą bomba zamieniła w wielki lej.
Gdy następnego dnia, 5 września, wielu mieszkańców wróciło do miasta w nadziei, że już najgorsze za nimi, Luftwaffe wznowiło bombardowania, ponawiając je 6 września, po raz trzeci! Gdy z 6 na 7 września pierwsze oddziały okupanta wkroczyły do Sulejowa, zamienionego w wielkie rumowisko, żołnierze Wehrmachtu dodatkowo zaczęli podpalać domy, na które nie spadły bomby.
„Oni wszyscy nie żyją”
Efekt trzydniowych nalotów zrobił wielkie wrażenie również na oprawcach. Jeden z nich, mjr Oskar Dinort, tak zrelacjonował „wizytę” w miejscu, które dwa tygodnie wcześniej oglądał przez okienko bombowca:
„Jesteśmy w Sulejowie. Nie, tego nie da się opisać, tzn. działania naszej broni, a nawet fotografie dają tylko słabe wyobrażenie o tym, co my ujrzeliśmy. Dom przy domu zniszczony aż do fundamentów, dachy porozrywane, półpiętra rozbite, ulice podziurawione przez metrowe leje.
Domy leżą jak wypatroszone zwierzęta (…) Przechodzimy milcząco przez milczące miasto. Z mieszkańców nie widać prawie nikogo. Tylko czasami przebiega jakaś postać i znika jak spłoszone zwierzę. Tylko kilka kobiet pozostaje na środku drogi i spogląda na nas z wyrazami nienawiści na twarzach, a jedna z nich wykrzykuje przeraźliwe złorzeczenia za nami (…). Wszystko, wszystko jest strzaskane!
Jedynie most pozostał cały (…). W domu na rynku widzimy starego człowieka. Jest on zajęty kleceniem oszalowania z desek na ruinach, prawdopodobnie chwilowego schronienia. Przystajemy i obserwujemy go. On nie przerywa sobie roboty. Zbliżamy się, a tłumacz pyta go z mego polecenia: »Czy możemy panu pomóc?«. On podnosi wzrok i potrząsa głową. »Czy jest pan sam?« Tak. »Czy nie posiada pan rodziny?« – Oni wszyscy nie żyją”.
Dwa tygodnie pogrzebów
Z akt powiatowego Archiwum Państwowego w Piotrkowie Trybunalskim wynika, że lotnicy Luftwaffe zniszczyli w Sulejowie:
491 domów mieszkalnych, 481 budynków gospodarczych, całe śródmieście z przyległymi ulicami, większość obiektów użyteczności publicznej, w tym m.in. nowoczesny budynek szkolny, siedzibę magistratu, synagogę, bibliotekę, elektrownię, łaźnię miejską, rzeźnię oraz zakłady przemysłowe i usługowe w 60 procentach. Szkody wyceniono na około 18,5 mln złotych według cen z 1939 r.
Nie mają natomiast żadnej ceny straty w ludziach. Większość ofiar niemieckich bombardowań spoczęła w zbiorowych mogiłach. Pochówki trwały dwa tygodnie.
Zginęło około 750 osób, w tym 350 sulejowskich Żydów i 57 Żydów-uciekinierów z Niemiec. To właśnie ludność żydowska poniosła w Sulejowie największe straty (aż 59 proc. zabitych).
Dane te nie obejmują wielu mieszkańców, zmarłych później z powodu odniesionych ran.

Sulejów pod okupacją
Zaraz po licznych pogrzebach katolickich i żydowskich pochówkach, mimo ogromnej traumy sulejowianie zabrali się do odgruzowywania i odbudowy domów. Nie był to jednak koniec ich gehenny. Szczególnym okrucieństwem zapisali się niemieccy żandarmi z psychopatycznym trzydziestoparoletnim komendantem Gierischem.
- Rozstrzelano 46 mieszkańców i 22 osoby z gminy Sulejów. Większość za rzekome naruszenie niemieckich rozporządzeń lub podejrzenie o udział w ruchu oporu, kilkoro zaś za pomoc i współpracę z partyzantami.
- „Łapanki” miały miejsce przeważnie w środę, dzień targowy lub w niedzielę, gdy wierni wychodzili z kościoła. Po kilku miesiącach brutalnych przesłuchań część zatrzymanych zwalniano, część wysyłano na roboty do Niemiec, a niepokornych rozstrzeliwano.
- Tylko do KL Auschwitz wywieziono 151 sulejowian, z których przeżyła połowa – 78 osób. Wiele osób trafiło też do innych obozów koncentracyjnych, ale brak dokładnych danych.
Gdy w 1940 r. przeprowadzono akcję aresztowań w środowiskach inteligenckich, tylko w Sulejowie aresztowano 108 osób. W tym też czasie na terenie przemysłowego pieca wapiennego „Wiktor” urządzono obóz-getto, w którym zamknięto sulejowskich Żydów. Później – poprzez getto w Piotrkowie – trafili oni do różnych obozów koncentracyjnych, w większości – około 2 tysięcy – do KL Treblinka.
Na początku 1940 r. sulejowianie podjęli działalność konspiracyjną. Po kilku miesiącach miejscowy oddział ZWZ liczył 62 osoby. Niestety, jeden z werbujących ochotników, dowódca kompanii Stefan Pietrusiński okazał się niemieckim agentem. Po aresztowaniu wszystkich zesłano do obozów koncentracyjnych.
Oddział odtworzono, na początku 1944 r. liczył 182 żołnierzy Armii Krajowej [Związek Walki Zbrojnej został przemianowany na Armię Krajową w 1942 r. – red.]. Do jego najbardziej aktywnych członków należeli dwaj miejscowi lekarze: dr Bolesław Kwapiński i dr Mieczysław Kubik. Zajmowali się rannymi żołnierzami podziemia, okolicznym partyzantom przekazywali środki opatrunkowe i leki.
Trzej sulejowscy księża: Alojzy Gburczyk, Teofil Grzymowicz i Antoni Misiórski pospieszyli z pomocą mieszkańcom miasta w czasie bombardowań, ale i później aktywnie wspierali podziemie. Wszyscy trafili do Dachau, dwóch pierwszych rozstrzelano, trzeci w obozie zmarł.
Sulejowianie nie zapominają o tragedii swojego miasta z września 1939 r. Co roku uroczyście upamiętniają ofiary bombardowań.
Korzystałem z książki K. Myszkowskiej „Sulejów historyczny” i broszury K. Bojarczuka i P. Wąsa „Dzieje Sulejowa nad Pilicą 1145–2015”. Relacje żołnierzy niemieckich pochodzą z publikacji „Unsere Flieger über Polen. Vier Frontoffizziere berichten. Eingenfuhrt und betretut vom General der Flieger Kesselring”. Dziękuję Tomaszowi Millerowi za udostępnienie zdjęć Sulejowa z lat wojny na potrzeby tego artykułu.
Grzegorz Łubczyk (ur. 1946) jest dziennikarzem, pisarzem i dyplomatą. Jest autorem wielu książek i filmów dokumentalnych o tematyce polsko-węgierskiej. Pochodzi z Sulejowa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















